in the middle of the night
: wt wrz 22, 2026 12:27 am
Nie wyprowadził się, przynajmniej jeszcze nie. Sądził, że powinien, chociaż jeszcze o tym nie rozmawiali, a Brandon nadal przebywał w szpitalu. Lenny wiedział, że w końcu wróci i wtedy będą musieli porozmawiać o tym co dalej. Panicznie się tego bał i przez to w ogóle nie mógł spać. Albo chodził po domu jak duch, jak cień dawnego siebie, albo kręcił się w łóżku, w którymś niegdyś spał jak dziecko tuż przy ukochanym mężczyźnie. Teraz czuł tam tylko chłód, a pościel była nieprzyjemnie szorstko i nie pachniała już Branem, a kwiatowym płynem do płukania, który nic mu nie przypominał.
Wziął klucze, zarzucił na ramiona skórzaną kurtkę i opuścił dom, kierując się tam, gdzie go nogi poniosą. Nie miał planu, a dochodziła północ. Może znalazłby jakiś w miarę dobry bar albo klub i wypił coś na odwagę (a raczej jej brak) i spróbował zasnąć z umysłem spowitym mgłą. Nie miał jednak zbyt dużej motywacji, bo jak pomyślał o użeraniu się z innymi pijakami i byciem skacowanym następnego dnia, to jakoś mu się odechciewało. Przecież chciał odwiedzić Brandona, jak codziennie, więc chciał też zachować trzeźwy umysł.
Przechodził akurat obok zabytkowego kościoła. A może mówiło się katedra? Nie mógł sobie przypomnieć, o tej godzinie nie myślało się mu już najlepiej. A może chodziło o stres i ciężar wszystkiego, co stało się w ostatnich tygodniach? Sam już nie wiedział, ciągle miał mętlik w głowie. Nie mógł nawet pracować, co było w jego przypadku niesłychane i musiał wziąć wolne. Z tym nie było problemu, w końcu miał mały wypadek samochodowy, więc każdy to rozumiał i nikt nie zawracał mu dupy.
Zauważył, że drzwi są uchylone, a ze środka sączy się ciepłe, żółte światło. Skojarzyło mu się z bezpieczeństwem, więc spontanicznie skręcił i ruszył po schodach na górę, w stronę wejścia. Wnętrze było bardzo imponujące i chociaż chyba już tu kiedyś był, to znowu zrobiło na nim wrażenie. Uwielbiał stare, zabytkowe budynki, które miały do zaoferowania widoki, których raczej się już nie zapominało. Lenny lubił piękno, generalnie, zarówno w rzeczach, krajobrazach, architekturze, ale i w ludziach. Nie chodziło o to, aby obrazy były idealny, ale aby miały w sobie to coś
— Witam, szczęść boże — powiedział, widząc księdza, który krzątał się w środku. W ławkach siedziało kilka osób, głównie starszych, ale zauważył też młodą kobietę z grubym warkoczem ciemnych włosów, która klęczała i szeptała modlitwę. Przez chwilę ściskał w dłoni srebrny krzyżyk, który nosił raczej z przyzwyczajenia i sentymentu, bo nie był jakoś specjalnie religijny i na pewno nie chodził regularnie do kościoła. Z szacunku przeżegnał się po chwili i podszedł trochę nieśmiało do pierwszej ławki, gdzie powoli usiadł. Sam nie wiedział na co liczy, ale może bardziej na rozmowę, niż spędzenie czasu sam na sam w ciszy. To mógł robić w domu i od tego przecież uciekł.
Matteo Carissoni