Strona 1 z 2

Tato, weź się...

: wt wrz 22, 2026 12:36 pm
autor: Cobie Takeda
Drzwi otworzył jej Nate, więc obdarzyła brata szerokim uśmiechem, rzucając mu się na szyję. Ten podniósł ją z ziemi niczym piórko i, obróciwszy się, postawił ją na podłodze.
- Nie ściągaj butów! Mamy gości, więc twoje nogi muszą wyglądać dobrze. - rzucił z rozbawieniem, na co ona odpowiedziała znudzonym spojrzeniem.
- Kaisha no tame ni watashi o uru tsumori, onī-chan? Nihon no AV misugi janai?
Nate otworzył usta, totalnie zatkany odpowiedzią, ale Cobie już to nie interesowało. Obracała się właśnie wokół własnej osi, prezentując swój strój na dzisiaj.
- Nie powiesz mi, że źle wyglądam! - stwierdziła z przekonaniem, odgarniając dwa zostawione kosmyki włosów z twarzy.
Prezentowała się naprawdę wspaniale i tak inaczej niż wtedy, kiedy Harris zobaczył ją po raz pierwszy po piętnastu latach. Złapała się brata, by nie stracić równowagi, kiedy stanęła na jednej nodze, żeby poprawić rzemyk od sandałków na obcasie. Dzisiaj robił od rana numery i ciągle się rozplątywał.
- Kogo rodzice zaprosili? - zapytała, ale dostała w odpowiedzi tylko tajemniczy uśmiech i suche:
- Zobaczysz...
Więc wzruszyła ramionami i, poprawiwszy jeszcze włosy przy lustrze, ruszyła za bratem do salonu. Państwo Takeda byli majętnymi ludźmi. Ona była lekarką, która poprowadziła syna w kierunku zawodu i na pewno też pomagała Harrisowi podjąć decyzje związane ze studiami. On był dużym agentem ubezpieczeniowym, który z czasem zbudował własną firmę brokerską, obsługującą duże azjatyckie firmy działające w Ameryce Północnej.
- Otōsan! - Cobie przywitała się z przesadzoną słodkością na widok ojca, zupełnie nie zauważając tego, że Harris jest obok i rozmawia z jej mamą.
Podbiegła do ojca, co było nie lada wyczynem w tak wysokich szpilkach. Zatrzymała się tuż przed nim z lekkim poślizgiem i skłoniła się, jak nakazywała tradycja, po czym rzuciła się na szyję zaskoczonemu ojcu, który roześmiał się rubasznie, klepiąc córkę po plecach.
- Kondo wa ikura kakaru n da? - zapytał, ale Cobie nie zdążyła odpowiedzieć, bo matka skarciła ich za to, że mówią po japońsku przy gościu.
I ku zaskoczeniu dziewczyny tym gościem okazał się Harris. Przez moment jej mina wyrażała bezbrzeżne zaskoczenie zmieszane z zakłopotaniem, ale zaraz opanowała to, wchodząc w rolę grzecznej córki. Splotła dłonie przed sobą, stanęła wyprostowana i skłoniła się przed Harrisem.
- Konnichiwa, Harisu-san. - strzeliła do niego chochlikami z oczu, pokazując mu delikatnie język, kiedy rodzice nie patrzyli, a kiedy Nate przechodził koło niej, niosąc drinki dla matki i Harrisa, mruknęła cicho do brata:
- Taki z ciebie skrzydłowy?
Po chwili odezwał się kolejny dzwonek do drzwi, który z zaskoczeniem przyjęli wszyscy poza ojcem. Pokojówka otworzyła drzwi i po chwili do pomieszczenia wszedł przystojny Japończyk w wieku koło czterdziestu lat.
- Ach! Hiro-kun, dobrze, że jesteś, to za chwilę możemy usiąść do obiadu. - ojciec wziął pod rękę wspomnianego Hiro, który skłonił się przesadnie nisko na przywitanie, i przyprowadził go prosto do Cobie, gdzie przedstawił go i zaczął wychwalać to, jak pracowitym i ułożonym jest człowiekiem.
Cóż... Otōchan myślał już o emeryturze i tutaj rodził się podstawowy problem. Nie było komu przejąć interesów. Nate - duma Takedów - został lekarzem, a Jacoba - czarna owca - biegała za niegrzecznymi ludźmi! Naturalnym pomysłem była fuzja z firmą, z którą od lat współpracował na bardzo dobrych, partnerskich stosunkach. A tak się stało, że ci przyjaciele mieli syna... Bardzo ułożonego syna!
Cobie naprawdę starała się być miła i grzeczna, ale Harris mógł rozpoznać tę uniesioną brew i tylko odrobinę dostrzegalne "wtf?" za maską grzeczności. Ale to widział tylko ktoś, kto naprawdę dobrze znał Takedę.

***


Miała szesnaście lat, kiedy rodzice uparli się na to, by zrobić przyjęcie. Oficjalne przedstawienie córki socjecie Toronto. Już samo to, że musiała zrzucić swoje rockowe ciuchy i wcisnąć się w furisode. Z jakiegoś powodu rodzice uznali, że to będzie idealna kreacja, jakby samo "wystawienie jej na sprzedaż" nie było wystarczająco upokarzające.
Spojrzała na siebie w lustrze... Kurczę, nawet ładnie w tym wyglądam. Kilka ruchów, kilka póz.
- Piękna prezentacja... - aż podskoczyła, kiedy usłyszała głos Harrisa przy uchu.
Odwróciła się do niego z przestrachem i cofnęła się o krok, zbyt gwałtownie. Zaplątana w warstwy materiału straciła równowagę, z przerażeniem w oczach sięgając ręką w jego kierunku.
Harrisu-san <3

Tato, weź się...

: śr wrz 23, 2026 1:55 am
autor: Harris L. Morgan
Harris nie miał szczególnego powodu, żeby podejrzewać, że niedzielny obiad u Takedów będzie czymś więcej niż właśnie tym – obiadem. Nate wspomniał mu o zaproszeniu dość mimochodem, a jego rodzice od lat byli częścią tego rodzaju ludzi, którzy potrafili zaprosić kogoś na rodzinne spotkanie bez większego powodu poza tym, że dawno się nie widzieli. Harris znał ich wystarczająco długo, żeby nie traktować wizyty jako szczególnego wydarzenia. Zwłaszcza że po powrocie do Toronto kilka takich zaproszeń było właściwie nieuniknionych, i po prawdzie, z rozwodem wiszącym mu na głową, wszyscy bliscy, znajomi i rodzice tychże, uparli się żeby wyciągnąć go z jego pustego mieszkania.
Dlatego kiedy matka Nate’a prowadziła go przez salon, rozmawiając o szpitalu i pytając o powrót do miasta, Harris nie spodziewał się niczego więcej. Był ubrany trochę bardziej formalnie, niż wymagałaby tego zwykła niedziela, ale tego akurat nauczył się przez lata znajomości z Takedami. W ich domu „luźny obiad” nadal oznaczał koszulę, porządne spodnie i świadomość, że prawdopodobnie powinien był przyjechać pięć minut wcześniej.
Słysząc otwierające się drzwi, odruchowo odwrócił głowę i zobaczył Cobie.
Przez krótką chwilę po prostu patrzył, bo różnica między kobietą, którą spotkał na szpitalnym parkingu, a tą, która właśnie weszła do salonu, była wystarczająco duża, żeby zaskoczyć go po raz drugi w ciągu niespełna dwóch tygodni. Wtedy, z włosami związanymi i skupieniem typowym dla kogoś, kto próbuje jednocześnie opanować sytuację z lamą i własne radio. Teraz wyglądała jak ktoś, kto doskonale wiedział, że wszyscy będą na nią patrzeć.
Zdążył tylko lekko unieść brwi, zanim Cobie zauważyła jego obecność.
Jej przesadne, niemal ceremonialne powitanie sprawiło, że kącik jego ust drgnął.
– Konnichiwa, Cobie-san – odpowiedział równie uprzejmie, ale jego spojrzenie na moment zatrzymało się na niej dłużej, niż było to konieczne. Potem, zgodnie z własnym instynktem samozachowawczym, przeniósł wzrok gdzieś w bok, pozwalając jej odegrać przed rodzicami rolę idealnie wychowanej córki.
Znał ten dom wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak wiele potrafiły znaczyć takie drobne przedstawienia. Sam pamiętał czasy, kiedy Cobie była jeszcze dzieciakiem kręcącym się gdzieś pomiędzy dorosłymi i Nate’em, a jej rodzice mieli bardzo konkretne wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać właściwe zachowanie przy stole. To, że teraz patrzył na dorosłą kobietę, która właśnie przyszła na rodzinny obiad w szpilkach, było kolejnym przypomnieniem, że piętnaście lat to jednak całkiem sporo czasu.
Uśmiechnął się pod nosem, słysząc ciche słowa wymienione pomiędzy rodzeństwem. Nie próbował nawet zgadywać, o czym rozmawiali. Z doświadczenia wiedział, że jeżeli Nate miał ten charakterystyczny wyraz twarzy, a Cobie wyglądała, jakby właśnie rozważała możliwość zamordowania go przy użyciu sztućca, najlepiej było się nie wtrącać.
Prawdziwe podejrzenia pojawiły się dopiero kilka minut później.
Harris odwrócił głowę, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, a potem obserwował, jak ojciec Cobie osobiście wita nowego gościa. Mężczyzna, którego przedstawiono jako Hiro, był najwyraźniej kimś, kogo gospodarze znali od dawna. Uprzejmy, nienagannie ubrany, około czterdziestki i zdecydowanie zbyt dokładnie opisany przez głowę rodziny jako „pracowity”, „ułożony” i „godny zaufania”.
Harris słuchał przez chwilę z kieliszkiem w dłoni.
Potem spojrzał na Nate’a.
Nate wyglądał, jakby bardzo dobrze wiedział, co się właśnie dzieje.
Harris uniósł lekko brwi.
Nate odpowiedział mu spojrzeniem, które było niemal jednoznaczne.
Kiedy ojciec Cobie zaczął mówić o tym, jak dobrze Hiro prowadzi własne interesy, Harris skinął głową z odpowiednim zainteresowaniem.
– Brzmi imponująco – powiedział i pokiwał głową. Nie dodał, że dokładnie ten sam ton słyszał już wiele razy podczas rozmów, w których ktoś próbował przedstawić mu kandydata na stanowisko, klienta albo członka zarządu.
Zerknął kątem oka na Cobie. Jej twarz pozostawała uprzejma, ale uniesiona brew powiedziała mu znacznie więcej niż wszystkie słowa jej ojca.
Musiał odwrócić wzrok, żeby nie parsknąć śmiechem.

___


Harris nie spodziewał się jej znaleźć w tym pokoju. Widok Cobie w tradycyjnym stroju przez moment naprawdę go zaskoczył – głównie dlatego, że nagle zobaczył, jak bardzo wyrosła z roli dzieciaka, który od lat kręcił się gdzieś obok niego i Nate’a.
– Piękna prezentacja... – Nie zdążył przewidzieć, że ją przestraszy. Dziewczyna odwróciła się tak gwałtownie, że przez moment wyglądało na to, że rzeczywiście zaraz wyląduje na podłodze, a on odruchowo wyciągnął rękę, łapiąc ją za przedramię. Drugą przytrzymał jej plecy, dopóki nie złapała równowagi.

– Spokojnie. Nie zamierzałem Cię zabić. – Puścił ją, kiedy tylko stanęła pewniej, a na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech. Wciąż była młodszą siostrą jego najlepszego przyjaciela. Dziewczyną, którą znał od dziecka i której dorastanie obserwował z boku. Zdecydowanie za młoda, żeby jego pierwszą reakcją miało być cokolwiek poza rozbawionym zaskoczeniem, że mała Cobie rzeczywiście potrafi wyglądać jak ktoś, kogo rodzice z dumą pokazaliby całemu Toronto. – Dobrze wyglądasz, Cobes. Twoja mama będzie z Ciebie dumna.


Cobie

Tato, weź się...

: śr wrz 23, 2026 4:23 pm
autor: Cobie Takeda
Dom Takedów był przedziwną mieszanką serdeczności, otwartości, zwyczajów, tego, co wypadało, i interesów, które robiło się zarówno za zamkniętymi drzwiami gabinetu, jak i przy kolacji albo na przyjęciach, które Mama Takeda potrafiła urządzać w zastraszających ilościach. Właściwie każda okazja była dobra, by przygotować przyjęcie. Nic też dziwnego, że miała coraz mniej czasu na pracę w zawodzie. Ale wyglądało na to, że jest z tym szczęśliwa. Niedzielne obiady nie były wyjątkiem. Wydawały się być nieco bardziej formalne niż rodzinne spotkanie, bo każdy ubierał się odświętnie. W końcu, odkąd dzieci wyprowadziły się z domu, to były na tych obiadach gośćmi.
W tym momencie wróciła z kuchni do salonu, by oznajmić wszystkim, że mogą siadać do stołu. Więc mały tłumek stworzony z rodziny i kilku gości, poza oczywistymi kawalerami w trakcie awansów o rękę królewny, powoli zaczął przepływać do jadalni.
Nate stanął jeszcze na chwilę koło Harrisa, uśmiechając się pod nosem.
- Pomyślałem sobie, że ubawi cię to, jak ojciec będzie swatał Cobie... - i powód zaproszenia był jasny. - Do tej pory nie przedstawiła rodzinie żadnego chłopaka, więc... She's gay, or... Dunno!
Tymczasem zaskoczona córka na wydaniu wsunęła rękę pod zaoferowane przez Hiro ramię i pozwoliła się zaprowadzić do jadalni, na moment tylko wychodząc z roli, żeby błagalnym spojrzeniem poprosić Harrisa o pomoc!
Na szczęście w jadalni usadowili gości dość blisko siebie, więc o ile Hiro i Cobie siedzieli obok siebie, to Harris naprzeciwko dziewczyny, a Nate obok niego. Chwilę potem w kieliszkach znalazło się białe wino, a na stole pierwsza z potraw: chawanmushi z krewetką i shiitake, czyli delikatny, gotowany na parze krem jajeczny. Na drugie danie wjechał grillowany czarny dorsz, marynowany w białym miso.
Small talk trwał w najlepsze, szczególnie ze strony Hiro, który chyba próbował sprzedać Cobie całą swoją historię osiągnięć, mało jej przy tym nie zanudzając. Zresztą szybko straciła zainteresowanie, coraz częściej łapiąc spojrzenie Harrisa. Uśmiechała się wtedy delikatnie jednym kącikiem ust, pokazując dołeczek w prawym policzku. W jej czarnych oczach pojawiała się iskra chochlika i wyzwania. Na słowa jej absztyfikanta reagowała tylko wtedy, kiedy naprawdę było to konieczne. Zresztą on był bardziej zainteresowany snuciem opowieści o przyszłości obu firm po fuzji i prognozami dla rynków SEA. Jako syn właścicieli miał ambicję zrobić z tego dealu fuzję dekady.
Matko, jak bardzo się nudziła... Aż w końcu przyszedł jej do głowy głupi pomysł, kiedy poczuła, że ten niesforny rzemyk od butów znów się rozplątał. Zrzuciła po cichu but i, zmieniwszy nieco pozycję, odwróciła głowę do Hiro, udając, że bardzo ją interesują prognozy dla rynków Azji Południowo-Wschodniej. Ale jej stopa trąciła delikatnie kostkę Harrisa pod stołem.

***


Matko, jak to dobrze, że miała na sobie tak dużo makijażu! Dzięki temu nie zauważył, jak bardzo się zarumieniła, kiedy przyciągnął ją do siebie, by nie upadła. Serce waliło jej jak młotem, kiedy poczuła jego dłoń na swojej talii. Aż chciała spleść palce z jego dłonią. Było tak romantycznie...
Dobrze wyglądasz, Cobes. Twoja mama będzie z Ciebie dumna.
- Co?! - wyrwało jej się jękliwe.
Zmarszczyła brwi, nie potrafiąc powstrzymać skrzywienia na twarzy.
- Ugh!
Odepchnęła go od siebie, wyswobadzając się z ratunkowego uścisku.
- Tak... Ostatnie, co chciałam teraz usłyszeć, to że w tym stroju spodobam się mamie. - przewróciła oczami, wyraźnie nadąsana. - I nie lubię "Cobes"! Już i tak uszło Ci płazem "Cobie"...
No dobra, to ostatnie nawet lubiła. Lubiła nawet bardzo. I to mimo tego, że był czas, kiedy jako czternastolatka wszystkim kazała nazywać się "Jay", od Jacoby. Cobie za bardzo przypominało jej, kto taki ten zwrot wymyślił, a te dwa lata temu Harris straaaasznie ją irytował. On i Chelsea...
Harrisu-san <3

Tato, weź się...

: sob wrz 26, 2026 5:12 pm
autor: Harris L. Morgan
Dość szybko zorientował się, że Hiro zamierzał traktować ten obiad jako znacznie poważniejsze spotkanie, niż ktokolwiek mu zapowiadał. Nie przeszkadzało mu to szczególnie. Potrafił przez długi czas słuchać o cudzych interesach z miną autentycznego zainteresowania tematem, nawet jeśli w rzeczywistości jego myśli zaczynały już powoli odpływać w stronę poniedziałkowego grafiku.
Dużo ciekawsza od rozmowy okazała się jednak reakcja jego najlepszego przyjaciela. Może i mieli po trzydzieści siedem lat, ale czasami nadal wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wrócili do czasów, kiedy porozumiewali się półsłówkami i minami zamiast prowadzić normalne rozmowy. Morgan uniósł lekko brwi. Nate odpowiedział tym samym, kiwnął głową w stronę Hiro, który pod wpływem państwa Takeda właśnie przechodził od swoich inwestycji do planów związanych z przyszłością firmy. Obaj przez chwilę próbowali zachować powagę, ale w końcu musieli odwrócić wzrok, żeby nie roześmiać się przy stole.
Ojciec Cobie na szczęście niczego nie zauważył. Z pełnym przekonaniem rozwijał temat przyszłości rodzinnych interesów, a Hiro z równie pełnym przekonaniem opowiadał o swoich planach. Harris słuchał, odpowiadał, kiedy wypadało, i przez jakiś czas nawet pozwalał sobie czerpać z tego wszystkiego cichą rozrywkę. Zwłaszcza że Cobie również najwyraźniej znalazła własny sposób na przetrwanie obiadu.
Ich spojrzenia zaczęły spotykać się coraz częściej. Czasem wystarczało ledwie uniesienie brwi, innym razem ledwo widoczny uśmiech. Harris odpowiadał na to niemal odruchowo, z tą samą swobodą, z jaką robił to przy jej bracie. Było coś znajomego w tym porozumieniu bez słów i przez pierwszą część kolacji nie widział powodu, żeby się nad tym zastanawiać. Dopiero kiedy poczuł lekkie trącenie w kostkę, jego uwaga oderwała się od rozmowy. Spojrzał na Cobie, ale ona nawet nie drgnęła. Nadal słuchała Hiro z miną wzorowego zainteresowania, jakby właśnie usłyszała coś niezwykle istotnego o rynku Azji Południowo-Wschodniej.
Kącik ust Harrisa uniósł się mimowolnie. Przez chwilę miał ochotę odpowiedzieć na tę zaczepkę, ale zamiast tego przesunął stopę odrobinę dalej i wrócił do rozmowy.
Drugie szturchnięcie przyszło chwilę później.
Tym razem wyraźnie zesztywniał. Szczęka zacisnęła mu się na moment, zanim zdążył nad tym zapanować, a potem poprawił się na krześle, odsuwając nogę jeszcze trochę. Nie spojrzał na Cobie od razu. Zamiast tego skupił wzrok na Hiro, który właśnie mówił coś o możliwościach ekspansji na kolejne rynki.
Nie chodziło nawet o sam gest. Gdyby był to po prostu żart, pewnie nadal by go bawił. Problem polegał na tym, że jego własna reakcja przestała być równie prosta. Coraz trudniej było mu udawać przed samym sobą, że niczego nie zauważa, skoro zauważał zdecydowanie za dużo: kolejne spojrzenia, drobne uśmiechy, sposób, w jaki Cobie najwyraźniej szukała z nim porozumienia ponad stołem.
Zaczynało go dezorientować.
Nie chciał też analizować tego właśnie teraz. Nie przy tym stole i nie w domu Nate'a, gdzie wszystko miało pozostać zwyczajnym rodzinnym obiadem. Tym bardziej że sam nie wiedział jeszcze, czy powinien cokolwiek z tych drobnych sygnałów traktować poważnie. Łatwiej było więc wrócić do rozmowy i pozwolić, żeby emocje, których nie potrafił teraz nazwać, zostały dokładnie tam, gdzie powinny — poza stołem.
– To naprawdę interesująca perspektywa – odezwał się w odpowiednim momencie, dając Hiro kolejną okazję do rozwinięcia tematu. Sięgnął po kieliszek i dopiero wtedy zerknął na Nate'a. Jego przyjaciel wyglądał na zdecydowanie zbyt rozbawionego sytuacją i na pewno nie zauważył jego rozterek. Odpowiedział mu spojrzeniem, które mówiło wyraźnie: nawet nie zaczynaj.
Nate tylko uśmiechnął się szerzej.
H pokręcił głową i wrócił do rozmowy, tym razem rzeczywiście próbując słuchać. Na razie to było znacznie prostsze niż próba zrozumienia, dlaczego kilka niewinnych gestów Cobie potrafiło wytrącić go z równowagi bardziej, niż chciałby przyznać.

---


Harris uśmiechnął się tylko szerzej, słysząc jej oburzenie.
– Oj, przestań, Cobes. Wiem, że to nie prawda. – Wyciągnął rękę, jakby zamierzał potargać jej włosy, ale zatrzymał się w ostatniej chwili. – Twoja mama spędziła nad nimi chyba pół dnia. Nie będę rujnował jej pracy...
Cofnął dłoń z rozbawieniem, przyglądając się jej jeszcze przez moment. Naprawdę wyglądała dobrze, z makijażem, który uwydatniał jej ciemne oczy.
– Nate zaraz tu będzie. Pewnie już się zastanawia, gdzie się podziewasz. – Rzucił okiem w stronę drzwi. – Ja też powinienem już iść. Chelsea czeka na mnie na dole. Chciałem tylko życzyć ci powodzenia.


Cobie Takeda

Tato, weź się...

: ndz wrz 27, 2026 4:33 pm
autor: Cobie Takeda
Podobał jej się ten uśmiech i to, jak od razu skupił na niej uwagę, kiedy szturchnęła go po raz pierwszy. Serce zabiło trochę mocniej, a ochota na flirt wzmogła się, dlatego śmielej trąciła go po raz drugi. Tym razem świadomie wsunęła stopę trochę pod jego spodnie, palcami dotknęła jego skóry i przyjemny dreszcz przebiegł po całym jej ciele. Aż musiała się poprawić na swoim krześle, a na buzi pojawiły się rumieńce.
Tyle tylko, że on zareagował zupełnie inaczej, niż chciała... Zesztywniał i cofnął nogę, więc szybko, nawet odrobinę za szybko, cofnęła się do prostego siadu na krześle. Coś ścisnęło ją w gardle, a serce z przyjemnego rozbiegu przeszło w roztrzepotany finał sprintu po jej pierwszym świadomym biegu, kiedy budowała sprawność do akademii policyjnej.
Głupia... Zachowujesz się jak nastolatka, zupełnie wtedy, kiedy...
- ...narzucasz się komuś ze swoją ofertą, a on po prostu nie jest nią zainteresowany... - Hiro perorował dalej na temat firmy, tym razem znajdując wdzięcznego słuchacza w Harrisie, który z takim skupieniem WOLAŁ wpatrywać się w niedoszłego przyszłego Cobie zamiast w NIĄ!
Boże, to tak jakby znowu go pocałowała i została...
- ...porzucona! To duża firma, która nie ma swojego opiekuna, warto byłoby, żebyśmy się jej przyjrzeli. Tak, inwestycja będzie większa, bo będzie trzeba do nich polecieć... - Pan Takeda słuchał z mieszaniną skupienia, uznania, ale i rozbawienia.
Chyba już zauważył, że coś jest nie tak, bo zwrócił się do córki.
- Jacoba-chan, dobrze się czujesz?
Cobie spojrzała z zaskoczeniem na ojca, ale zdecydowała się wykorzystać moment. Powachlowała się dłonią i uśmiechnęła się przepraszająco.
- Chyba muszę przypudrować nosek, zrobiło mi się bardzo gorąco... - poklepała po dłoni Hiro, ale jej spojrzenie, z lekko zmarszczonymi brwiami, zatrzymało się na Harrisie. - Przepraszam...
Powiedziała cicho, nie spuszczając wzroku, po czym podniosła się ze swojego krzesła, z lekkim uśmiechem przyjmując to, że jej ojciec też się podniósł, jak zwykł robić przy kobietach. Następnie, szurając rozwiązanym rzemykiem od prawego buta, ruszyła w kierunku łazienki. Wreszcie jednak, zdenerwowana niewygodą, zrzuciła oba buty i na palcach przemknęła w kierunku schodów na górę.
***

- COBIE! - zaprotestowała bardziej stanowczo, po czym spróbowała uniknąć jego dotyku. - Możesz?!
Niemała irytacja zapłonęła w jej niewielkim ciałku i rosła z każdym kolejnym słowem o mamie i... Chelsea.
- Tak, tak! Idź sobie... - mruknęła z irytacją w głosie, ale nieco zmiękła, kiedy powiedział, że chciał jej życzyć powodzenia. - Dziękuję, Harris...
Spojrzała na niego sarnimi, skośnymi oczami i uśmiechnęła się łagodniej.
***

Wbiegła po schodach na górę i szybko znalazła swój dawny pokój, który prawie wcale się nie zmienił od czasów, kiedy tutaj mieszkała. Na ścianach dalej wisiały plakaty, grzecznie, pod linijkę, pozamykane w ramach, bo mama nie wyraziła zgody na przybijanie ich do ściany albo doklejanie taśmą klejącą. Cały ten pokój, chociaż ładny i dziewczęcy, był bardziej pospinany niż Hiro na dole... Rzuciła się na łóżko, żeby schować twarz w jednej z poduszek.
- Fuck! Czemu to znowu sobie robię?!
Przecież on się dopiero rozwodzi i ostatnie, o czym myśli, to nastoletnia siostra przyjaciela i jakieś flirty i miłostki.
- Nie jesteś już nastolatką... - mruknęła pod nosem i westchnęła.
Zsunęła poduszkę z twarzy i wbiła spojrzenie w sufit. Dokładnie w to samo miejsce, w które wbijała ponad piętnaście lat temu, rozmyślając o tym głupku i jego Chelsea.
</3

Tato, weź się...

: ndz wrz 27, 2026 8:32 pm
autor: Harris L. Morgan
Harris odprowadził Cobie wzrokiem, kiedy wstała od stołu. Jej przeprosiny były ciche i właściwie zupełnie niepotrzebne, a jednak coś w sposobie, w jaki na niego spojrzała, sprawiło, że przez moment poczuł się tak, jakby właśnie zrobił coś niewłaściwego. Nie zdążył nawet zastanowić się nad tym dłużej, bo pan Takeda już wrócił do rozmowy. Harris odpowiedział mu automatycznie, podejmując temat inwestycji, ale przez kilka kolejnych minut jego uwaga nie była już tak skupiona jak wcześniej. Co jakiś czas zerkał w stronę drzwi, za którymi zniknęła Cobie, próbując wmówić sobie, że robi to wyłącznie dlatego, że jej nagłe wyjście było trochę dziwne.
Nie wróciła. W końcu Hiro zaczął rozwijać kolejny wątek, a on przytaknął w odpowiednim momencie, chociaż ledwie kilka słów z całej wypowiedzi rzeczywiście do niego dotarło. Dopiero wtedy zauważył, że Nate również zerknął w stronę drzwi i ich spojrzenia spotkały się na moment. Tym razem Morgan nie musiał nic mówić; w jego spojrzeniu było raczej pytanie niż wcześniejsze rozbawienie. Nate wzruszył lekko ramionami, jakby sam nie wiedział, co właściwie dzieje się z jego siostrą.
Nie chciał robić z tego większej sprawy, niż było trzeba. Cobie była dorosłą kobietą, znała ten dom lepiej niż ktokolwiek przy stole i najwyraźniej potrzebowała chwili dla siebie. Może rzeczywiście zrobiło jej się gorąco. Może buty ją obtarły. Może rozmowa przy stole zaczęła ją męczyć równie bardzo jak jego. Tyle że żadna z tych możliwości nie tłumaczyła do końca tego spojrzenia, którym go obdarzyła przed wyjściem, i to nie dawało mu spokoju.
– Wybaczcie na chwilę. – Nie czekał na odpowiedź. Wstał od stołu i ruszył w stronę korytarza, choć sam nie był jeszcze pewien, co właściwie zamierza powiedzieć, jeśli ją znajdzie. Może zapytać, czy wszystko w porządku. Tylko tyle. I zdecydowanie nic więcej.
Na korytarzu panowała cisza, która po gwarze jadalni wydawała się niemal nienaturalna. Harris rozejrzał się, i kilka kroków dalej zauważył na jasnej podłodze porzucony sandał, a kawałek dalej drugi. Podniósł wzrok na schody. Znał ten dom wystarczająco długo, żeby wiedzieć, gdzie znajdował się dawny pokój Cobie, choć nigdy wcześniej nie miał właściwie żadnego powodu, żeby tam zaglądać. Wszedł po schodach, zatrzymując się na chwilę przed drzwiami. Nie zapukał od razu. Przez moment zastanawiał się, czy może jednak powinien wrócić na dół i zostawić jej tę chwilę w spokoju. W końcu jednak ciche przekleństwo dobiegające zza drzwi rozwiało jego wątpliwości.
Zapukał raz, krótko.
– Cobie?
Nie czekając zbyt długo na odpowiedź, uchylił drzwi na tyle, żeby zajrzeć do środka. Pokój wyglądał tak, jakby czas zatrzymał się w nim znacznie skuteczniej niż w pozostałej części domu. Harris rozejrzał się po nim z lekkim zaskoczeniem, zanim jego wzrok odnalazł zgubę na łóżku.
Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zrozumiał, że zdecydowanie nie chodziło tylko o niewygodne buty.
– Mam nadzieję, że nie planujesz zostać tutaj do końca obiadu. – odezwał się w końcu, pozostając jeszcze w drzwiach. – Twój ojciec może jeszcze nie zauważył, ale Hiro prawdopodobnie zacznie cię szukać, kiedy zabraknie mu kogoś do zanudzania.



Cobie Takeda

Tato, weź się...

: ndz wrz 27, 2026 10:44 pm
autor: Cobie Takeda
No Mała, siedzisz tutaj stanowczo za długo... Zaraz ktoś przyjdzie i...
Cobie?
- Niee... - jęknęła, słysząc głos Harry'ego, i zasłoniła twarz na powrót poduszką. - I tak się czuję już głupio...
Spod poduszki dobiegł stłumiony głos, ale zaraz odrzuciła ją na bok i przesunęła się na łóżku, by usiąść na krawędzi przodem do niego. Niestety przy tym nieco podwijając spódnicę i odsłaniając trochę nóg.
- Przyznam się, że nie miałam planu... Trochę chciałam zapaść się pod ziemię albo uciec przez okno. Dalej rośnie na ścianie ta winorośl, po której wymykałam się, żeby chodzić na wasze imprezy.
Westchnęła, spoglądając spokojnie na Harrisa. Zmierzyła go spojrzeniem, ciągle zastanawiając się nad tym, czemu ona zachowywała się w tak durny sposób.
- Przepraszam, nie powinnam była Cię zaczepiać pod stołem... Wygłupiałam się, to był durny pomysł. Jak wtedy, kiedy Cię pocałowałam. - przewróciła oczami i zsunęła się z łóżka, by stanąć na nogi.
Podeszła do swojej toaletki, by sprawdzić, czy się nie rozmazała, ale uznawszy, że jest w miarę, poza delikatnym starciem podkładu, przypudrowała tylko tu i ówdzie.
- Myślę, że Hiro będzie się bawił zdecydowanie lepiej z moim papą niż ze mną. Ja właściwie jestem gotowa się stąd urwać. - wyjaśniła, przerywając poprawki, żeby spojrzeć na niego w lustrze swojej toaletki.
Zmarszczyła nieco brwi, nad czymś się zastanawiając. Mieliła w ustach pytanie przez chwilę, by wreszcie wyrzucić je z siebie.
- Czemu ty mnie szukałeś, a nie na przykład mama? Znaczy... Dlaczego przyszedłeś za mną tutaj? Dość się już wygłupiłam przy Tobie. - podsumowała swoje własne nieporadne pytanie i odwróciła się do niego, siadając na taborecie toaletki.
Odkąd pojawił się tak przypadkowo w jej życiu na nowo, po prostu zdurniała. Uwsteczniła się w swoich zachowaniach, a przecież była dorosłą kobietą, policjantką, która na co dzień radziła sobie z czytaniem ludzi ot tak. Tutaj można byłoby pstryknąć palcami. Przy Harrisie zaczynała się zachowywać jak ta zakochana nastolatka...
Harris L. Morgan

Tato, weź się...

: wt wrz 29, 2026 6:56 pm
autor: Harris L. Morgan
Harris uniósł lekko brwi, słuchając jej wyjaśnień. Zwłaszcza tego o winorośli, która najwyraźniej nadal stanowiła alternatywną drogę ucieczki z rodzinnego domu. Tym razem nie powstrzymał krótkiego uśmiechu, choć szybko zniknął, kiedy Cobie wspomniała o pocałunku. Samo wspomnienie wystarczyło, żeby przez moment poczuł to samo niezręczne ukłucie, które pojawiało się ostatnio zdecydowanie częściej niż miał na to ochotę.
– Jakiej właściwie reakcji się spodziewałaś? – zapytał. W jego głosie nie było nagany, raczej lekkie niedowierzanie. – Siedzimy przy stole z twoimi rodzicami, Nate'em i człowiekiem, którego twój ojciec najwyraźniej już zdążył wybrać ci na męża, a ty próbujesz wsunąć mi stopę pod nogawkę… Ja nie…
Zmarszczył brwi w skupieniu, jakby próbował znaleźć odpowiednie słowa.
– To nie jest dokładnie sytuacja, w której człowiek wie, jak powinien zareagować. Nie chciałem cię zawstydzić.
Przesunął za nią wzrokiem, kiedy podeszła do lustra i zajęła się poprawianiem makijażu, i pozwolił sobie na krótkie spojrzenie po pokoju. Nigdy wcześniej tutaj nie był, choć znał ten dom od tak dawna, że powinien mieć wrażenie, jakby widział wszystko po raz setny. Tymczasem pokój Cobie był jednym z niewielu miejsc, do których nigdy nie miał powodu zaglądać. Teraz, stojąc w jego progu, miał dziwne poczucie, że właśnie przekroczył jakąś granicę, choć przecież zrobił tylko kilka kroków po schodach.
Jej pytanie sprawiło, że znów spojrzał na nią w lustrze.
– Bo to nie ona oberwała spojrzeniem, zanim wyszłaś. – Uśmiechnął się lekko. – Twoja mama była zajęta rozmową, twój ojciec niczego nie zauważył, a Nate… – urwał na moment, wyraźnie powstrzymując komentarz. – Nate od samego początku wygląda, jakby cała sytuacja bawiła go trochę za bardzo.
Pokręcił głową z rozbawieniem, po czym jego wyraz twarzy znów nieco złagodniał.
– A ty wyglądałaś, jakbyś naprawdę chciała stamtąd zniknąć. Więc pomyślałem, że sprawdzę, czy wszystko jest w porządku i wyjaśnię.
Powiedział to tak zwyczajnie, jakby nie było w tym niczego szczególnego. Właściwie właśnie tak to widział. Mimo wszystkich rzeczy, których nie potrafił ostatnio poukładać sobie w głowie, jedna była prosta: Cobie była dla niego ważna. Zawsze była. Tyle że po piętnastu latach przerwy nie wiedział już dokładnie, jak powinien teraz rozumieć tę bliskość, a wskakiwanie na głęboką wodę bez przemyślenia sytuacji wcześniej nie było w jego stylu.
Odsunął się od framugi i wszedł do pokoju jeszcze pół kroku, ale nie podszedł bliżej. Wsunął dłonie w kieszenie spodni.
– I nie musisz się przede mną tłumaczyć. – Spojrzał na nią spokojnie. – Jeśli potrzebowałaś chwili, to… – wzruszył ramionami, sugerując, że kompletnie rozumie. Przez moment milczał, po czym jego spojrzenie znów powędrowało w stronę drzwi. – Może następnym razem zacznijmy od kawy na bardziej neutralnym gruncie – Uśmiechnął się pod nosem.
To było znacznie bliższe temu, co Morgan rzeczywiście czuł. Troska była naturalna, niemal automatyczna, ale wszystko, co wychodziło poza nią, pozostawało na razie niepokojąco niejasne. Nie chciał jej odpychać, ale równie mało chciał udawać, że wie, co zrobić z tym, co zaczynało się między nimi dziać.


Cobie Takeda

Tato, weź się...

: śr wrz 30, 2026 3:53 pm
autor: Cobie Takeda
Jakiej właściwie reakcji się spodziewałaś?
Przewróciła oczami, wzdychając z frustracją. Uciekła od niego spojrzeniem na swoje stare łóżko, przykryte różową, pikowaną narzutą. Boże, jak bardzo było to infantylne. Tak samo jak jej zachowanie. Splotła ręce na piersi.
- Ty nie, co? - zapytała, podnosząc na niego spojrzenie ozdobione zmarszczonymi brwiami.
Gdyby nie jej postura, mogłaby się nawet wydawać groźna w tej swojej złości.
- Najwyraźniej ja zawstydziłam Ciebie. Już Cię przepraszałam, nie musisz mi tłumaczyć, że zachowałam się głupio.
Zachęcona spojrzeniami, uśmiechami... Dla niej to był flirt. Tak, bawili się, wydurniali. Oczywiście, że było to okraszone dodatkową nutką niebezpieczeństwa, że ich nakryją. Dobrze wiedziała, jakie byłoby oburzenie rodziców. Ale też jasnym było, pewnie dla nich też, że z tego aranżowanego mariażu nic nie wyjdzie.
Pokiwała głową, słuchając o reakcji Nate'a. Tak, to akurat do niego pasowało. Zawsze bawiło go to, że Cobie podkochiwała się w Harrisie, i to, kiedy stawiano ją w niezręcznej sytuacji. Swoją drogą ciekawe, ile z tej tajemnicy poliszynela wiedział sam Morgan? Zauważał to? Ignorował? Nie widział? Tolerował?
Prychnęła na słowo "wyjaśnię", ale po chwili wzięła głębszy oddech, żeby jednak uspokoić falę emocji, która raz, że była niestosowna, a dwa, że absolutnie niepotrzebna w tej sytuacji.
- Harry... - znów uciekła spojrzeniem gdzieś w bok, próbując poskładać myśli w sensowny ciąg.
Tego też nie lubiła w sobie. Od dawna była pewną siebie dziewczyną, która zazwyczaj sama onieśmielała facetów, a teraz było zupełnie na odwrót. Najgorsze jednak było to, że żaden z tych sygnałów tak naprawdę nie oznaczał, że mogła sobie pozwolić na aż tyle. Zaczynała działać jak faceci, których ganiała... Boże. Molestować.
I nie musisz się przede mną tłumaczyć...
Napięcie z jej ciała opadło, a ona wróciła powolnym, właściwie powłóczystym spojrzeniem do niego. Twarz złagodniała, brwi ułożyły się w kształt sugerujący jej zażenowanie samą sobą.
- Chyba chciałam, żeby tamta nastolatka poczuła, że się jednak Tobie podoba... Myślałam, że jak nas zmatchowało na Tinderze, to wpadłam Ci w oko. I wiem, że wystartowałam jak na rodeo...
Urwała, dając mu tę chwilę na dokończenie myśli. Tej, która sprawiła, że aż rozchyliła usta, robiąc wielkie oczy.
- Na kawę chodzą przyjaciele... - zauważyła zaczepnie, zanim zdążyła naprawdę pomyśleć o reakcji. - Morgan, robisz mi mętlik w głowie...
Tym razem już nie uciekła. Wpatrywała się w jego oczy, oblizawszy suche ze stresu wargi. Mała, nie możesz dłużej się zachowywać jak nastolatka. To naprawdę materiał na kolejne spotkanie z psychologiem. Uśmiechnęła się pod nosem do swoich myśli.
Harris L. Morgan

Tato, weź się...

: czw paź 01, 2026 6:14 pm
autor: Harris L. Morgan
Przez kilka sekund Harris po prostu na nią patrzył. Zdecydowanie nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Spojrzenie, które do tej pory było spokojne i odrobinę rozbawione, zatrzymało się na jej twarzy, jakby próbował upewnić się, że dobrze zrozumiał.
– Tinder? – powtórzył w końcu, trochę ciszej, niż zamierzał.
Dopiero wtedy przypomniał sobie, że rzeczywiście się tam spotkali. Wtedy jednak wszystko wydawało mu się znacznie prostsze. Była dorosłą kobietą, którą po latach zobaczył właściwie przypadkiem w swoim miejscu pracy, a aplikacja była tylko aplikacją. Nie zastanawiał się nad tym, co mogłoby wyniknąć z jednego matcha. Zwłaszcza że przez ostatnie lata nauczył się raczej nie dopowiadać sobie rzeczy, których nikt nie powiedział wprost.
Teraz najwyraźniej właśnie to zrobiła.
Harris przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując pierwszą, zdecydowanie zbyt spontaniczną odpowiedź. Na moment spuścił wzrok, po czym znów na nią spojrzał.
– Cobie... – zaczął, ale urwał. Jej słowa o tym, że chciała poczuć, że mu się podoba, nadal brzmiały mu w głowie i zdecydowanie nie pomagały w zebraniu myśli. Westchnął cicho. – Nie wiedziałem, że tak to odebrałaś.
Nie było w tym ani odrzucenia, ani próby ucieczki od tematu. Raczej szczere przyznanie, że najwyraźniej oboje weszli w tę sytuację z zupełnie innymi założeniami.
– I chyba rozumiem, dlaczego. – Kącik jego ust uniósł się na moment. – Na parkingu trochę się z tobą drażniłem. Dzisiaj też... – zawahał się. – Pewnie nie pomogłem. – To ostatnie przyznał z pewnym zakłopotaniem. Nie zamierzał udawać, że jej sygnały pojawiły się znikąd, skoro sam odpowiadał na jej spojrzenia, uśmiechał się i przez większą część obiadu pozwalał sobie na tę dziwnie znajomą swobodę. – Ale to nie znaczy, że chciałem cię wprowadzić w błąd.
Przez chwilę milczał. Potem pokręcił głową, jakby sam był trochę zirytowany tym, jak trudno było ubrać wszystko w odpowiednie słowa.
– Po prostu... dopiero co znowu się spotkaliśmy. Minęło piętnaście lat. Jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, niż kilkanaście lat temu. – Spojrzał na nią uważniej. – A ja nadal próbuję zrozumieć, jak mam cię teraz widzieć. – To było chyba najbliższe prawdy, jaką był w stanie jej teraz dać. Bo pamiętał Cobie jako dziewczynę, która kręciła się wokół niego i Nate'a. Pamiętał tamten pocałunek. Pamiętał również Chelsea i całe życie, które wydarzyło się później. A teraz przed nim siedziała dorosła kobieta, która właśnie powiedziała mu wprost, że chciała wiedzieć, czy mu się podoba.
I Morgan naprawdę nie wiedział, jak odpowiedzieć na to bez zrobienia czegoś, czego później mógłby żałować. Jej ostatnie słowa sprawiły, że uśmiechnął się krótko, trochę bezradnie.
– Wzajemnie. – przyznał.
Przez moment patrzył jej w oczy, po czym parsknął cicho pod nosem.
– Tylko że ja mam trzydzieści siedem lat, jestem w trakcie rozwodu po prawie dwudziestoletnim związku i właśnie siedzę w pokoju młodszej siostry mojego najlepszego przyjaciela, próbując wyjaśnić, dlaczego przyszedłem za nią po schodach. – Pokręcił głową. – Więc może tym razem to ja mam prawo nie wiedzieć, co robić dalej.
Jego spojrzenie złagodniało.
– Kawa nadal jest kawą, Cobie. Nie musimy od razu nazywać tego randką. – Uśmiechnął się lekko. – Ale możemy zacząć od tego, jeśli naprawdę chcesz się ze mną spotkać poza domem swoich rodziców. Po prostu daj mi znać. – Zacisnął usta w coś na krawędzi uśmiechu i zakłopotania. Wciąż z dłońmi w kieszeniach wzruszył ramionami i wycofał się w stronę drzwi rzucając jej jeszcze jedno spojrzenie.



Cobie Takeda