karma is a bitch
: śr wrz 23, 2026 8:38 pm

010
— Widziałaś teczkę z umowami na współpracę na listopad? — spytała nerwowo, wpadając do biura po godzinach, a dokładnie to do pokoju księgowych. Była tam jedynie Rue, jedna ze starszych pracownic, która miała w domu cztery koty i zero powodów, żeby nie klapać nadgodzin. Tego wieczoru jednak pewnie pożałowała, że nie ulotniła się wcześniej, bo Whitmore już od dziesięciu minut trzaskała jej nad głowa szafkami.
— Daisy… ale spokojnie, może się gdzie zawieruszyły? — podniosła się z krzesła, powoli tracąc cierpliwość. Nie chciała jednak być uszczypliwa. Pół redakcji już słyszało o tym, co poprzedniego dnia stało się Rowanowi Whitmore i to, że został napadnięty. Rue nie chciała jej dowalać, ale przecież też nie mogła pozwolić, by Whitmore przewracała wszystkie dokumenty. — Może pozwól, że ja to poszukam?
— Ale ja to potrzebuje na już — uniosła się Daisy. Prawda była taka, że wcale tego nie potrzebowała, a jedynie musiała czymś zająć ręce i przede wszystkim głowę, że nie myśleć, a akurat współprace, które trzeba było zatwierdzić z markami wydawały się świetną zabawą na środowy wieczór. — No przecież tu nie można nic znaleźć… — ciekawe czemu. Może dlatego, że przewaliła już większość segregatorów.
Rue chociaż poirytowana, podeszłą do jednej z półek i zabrała się za przebieranie dokumentów. Pamiętała, że niedawno osobiście wszystko drukowała i faktycznie papiery powinny być na wyciągniecie reki. W międzyczasie ukradkowo spoglądała w stronę managerki. I pewnie gdyby miała trochę oleju w głowie, ugryzłaby się w język, ale Rue lubiła sobie pogadać… Dlatego kiedy tylko znalazła teczkę, którą chciała Daisy, podniosła na nią również zielone spojrzenie.
— A jak Rowan? — spytała spokojnie, wyciągając papiery w stronę przełożonej i miała nadzieje, że to wystarczy, by nie zostać zgromioną od góry do dołu nerwowym spojrzeniem, ale nie. Whitmore prawie z a b i ł a ją wzrokiem, znowu czując, jak narasta w niej irytacja.
— Źle — wyszarpała teczkę, sprawdzając przy okazji zawartość. — Ma potłuczone żebra, więc nawet nie może trenować i do tego… — zapowietrzyła się w połowie wypowiedzi, spoglądając w stronę korytarza, gdzie mignęła jej aż za dobrze znana kurtka z naszywkami. — Musze już iść — oznajmiła i wyrwała się do wyjścia. Rue jeszcze za nią krzyczała, ale Daisy nawet nie zwróciła na nią uwagi.
Wybiegła na korytarz i z walącym w piersi sercem ruszyła za plecami Kiry.
— Finch! — krzyknęła głośniej, upewniając się grzeczniej, że nikogo nie było dookoła. Godzina co prawda była już późna, ale gdzie niegdzie wciąż kręcili się pracownicy. Nie chciała, żeby ktokolwiek widział je razem, szczególnie po tym, co miało miejsce i Kiry w domu. Coś o czym ona nie mogła zapomnieć, chociaż trzeba przyznać, że cała akcja z Rowanem mocno pozmieniała jej priorytety w głowie. — Kira! — warknęła głośniej, już na tyle, że musiała ją usłyszeć, bo Daisy stała już praktycznie za jej plecami. Zacisnęła palce na ramieniu dziennikarki, a potem odwróciła ją energicznie przodem do siebie i momentalnie pożałowała.
Tylko nie te szare oczy…
Przełknęła jednak jakoś ślinę i doprowadziła się do porządku, szarpiąc blondynkę i pierwszą, lepszą sale konferencyjną i zatrzaskując za nimi drzwi.
— Coś ty kurwa zrobiła? — wycedziła przez zęby, nachylając się nad Kirą i obserwując uważnie jej każdą, jedną reakcje. — Dumna z siebie jesteś?