Strona 1 z 2
X never-ever marks the right spot
: śr wrz 23, 2026 11:57 pm
autor: Ricky O'Hara
if you want to be a good archeaologist,
you have to get your ass out of the library
Problem z szukaniem zaginionych przed wiekami artefaktów polegał na tym, że średnio przez pierwsze trzy dni wszystko zwykle szło tak, jak powinno. Nie było większych kłopotów z rozbiciem obozowiska, mapy były czytelne i prowadziły dokładnie tam, gdzie miały prowadzić. Nawet pogoda sprzyjała poszukiwaniom, a nikt z całej ekipy nie padł jeszcze ofiarą jaguara. Dopiero później wszystko zaczynało się komplikować.
Wszechobecny upał i wilgoć utrudniały termoregulację, ale nie odbierały na szczęście ostrości zmysłom.
Nie można było jednak tego samego powiedzieć o zdrowym rozsądku czy ostrożności — te cechy zresztą nigdy nie były elementem wachlarza cnót, jakimi mógł poszczycić się Ricky O’Hara, znany wśród poszukiwaczy przygód, awanturników i hien cmentarnych archeologów z pasją głównie jako Gotowy Na Wszystko Wariat, Który Śmierci Się Nie Boi.
Nie była to jednak tak do końca prawda.
Gdyby O’Hara nie bał się śmierci, z pewnością nie pozwoliłby złotemu medalionowi — ponoć własności króla Inków — spaść w bezdenną przepaść wraz z trojgiem innych śmiałków, którzy próbowali zerwać go z szyi posągu w świątyni. Z pewnością nie przejmowałby się nasączonymi trucizną strzałkami w egipskim grobowcu, który eksplorował w poprzednim roku i wyszedł z niego bez żadnych odkryć — ale przynajmniej żywy i w jednym kawałku, czego nie można było powiedzieć niestety o jego partnerze, Blackwoodzie, z którego została jedynie mokra plama w wilczym dole, najeżonym szpikulcami.
Gdyby O’Hara nie bał się śmierci, to nie patrzyłby w tej chwili na Maggio z absolutnym przerażeniem w oczach.
— Powiedz, że ty masz ze sobą telefon satelitarny — wyszeptał grobowym głosem, po raz szesnasty przewracając swój plecak do góry nogami i sprawdzając każdą możliwą kieszonkę. Choć od kilku godzin oboje na zmianę przekonywali się o tym, że wcale nie zabłądzili i doskonale wiedzą nie tylko którędy dotrzeć do ruin, których tak zaciekle szukali, ale i w razie potrzeby wrócić do obozu, to im bliżej było do zmierzchu tym bardziej docierało do nich, że się tylko okłamują.
Zgubili się. W amazońskiej dżungli. Z zapasami na maksymalnie czterdzieści osiem godzin, z zamokłą od deszczu mapą i — jak wszystko na to wskazywało — bez telefonu satelitarnego.
Maggio Winters
X never-ever marks the right spot
: czw wrz 24, 2026 12:20 am
autor: Maggio Winters
Odkąd tylko pamiętał marzył o zostaniu archeologiem. Chciał przeżywać prawdziwe przygody i odkrywać skarby, które tak skutecznie podobno chowano przed niepowołanymi osobami. Pragnął całym swoim młodzieńczym serduszkiem zapisać się na kartach historii jako postać znacząca, zamiast pośmiertnie zniknąć wraz z prochami rozwianymi na wietrze. Chciał być kimś wielkim i liczył, że praca u boku kogoś tak wspaniałego, okrzykniętego niemal sławą - bo przecież każdy znał nazwisko O’Hara - jak Ricky mu to umożliwi. Był jego idolem, przykładem osoby, dzięki której Maggio nadal brnął w swoje marzenia pomimo rodziny, która nie popierała tego wyboru. Miał zostać kustoszem, ale cóż to była za przyjemność jedynie na dupie siedzieć, zamiast poznawać świat?
Jakie było jego zadowolenie, kiedy przydzielili go do mężczyzny - starał się o to naprawdę długo, wysyłając liczne aplikacje! A teraz? Teraz w końcu nadeszło błogosławieństwo.
Starał się jak mógł, aby sprawdzić się w każdej potrzebnej dziedzinie - miał wiedzę, umiał szukać, był ogarnięty i dobrze zorganizowany. Tak przynajmniej myślał do momentu, w którym okazało się, że w jego plecaku wcale nie spoczywa telefon - został na stoliku, przy którym się pakował.
-Niestety - rzucił jedynie, rozglądając się na około. Przecież nie mogło być tak źle, prawda? To tylko kilka drzew, monstrualne rośliny, krwiożercze bestie i kilka małych jadowitych żyjątek. Kto by się przejmował. Nie mógł pokazać się jako tchórz przy kimś tak wielkim, jak O’Hara. - Jestem pewien, że zaraz znajdziemy drogę. nie odeszliśmy tak daleko - pewnie z jakieś dwieście kilometrów, dodał w myślach - O tam! Tam jest ścieżka. Sądzę, że musimy nią iść! Pamiętam ją z mapy. Ten zlepek krzaków był na niej dokładnie narysowany - skomentował, uradowany, że w końcu uda mu się porządnie zabłysnąć. Za cel obrał sobie wyprowadzenie ich z tego gąszczu i chociaż sam wewnętrznie obawiał się chociażby poruszyć w obawie, że coś na nich skoczy, tak przecież przetrwali już trochę!
-Panie O’Hara, proszę za mną! - machnął na niego ręką, pewnie kroki stawiając, kierując się w stronę wcześniej wspominanej drogi. Zaledwie dziesięć metrów później poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg, a on poleciał jak długi lądując w kałuży. Uniósł głowę dostrzegając tuż przed twarzą wielką, wygłodniałą rosiczkę.
-Panie O’Hara - tym razem zapiszczał, jakby ktoś właśnie ścisnął go za jądra.
Ricky O'Hara
X never-ever marks the right spot
: czw wrz 24, 2026 10:45 am
autor: Ricky O'Hara
Mimo tego, że jego historia była pokomplikowana i tajemnicza, to w zapale Wintersa odnajdywał samego siebie. Rozczulało go trochę to, że chłopak stara się z całych sił, by nie pokazać swojego braku doświadczenia, z drugiej strony — jego nadmierna pewność mogła okazać się niebezpieczna…
— Maggio? Zaczekaj, nie rozdzielajmy się!
Nie ruszył za nim od razu, wciąż zajęty zbieraniem wywalonych przed chwilą przedmiotów do plecaka. Kolejny okrzyk, następujący krótko po poprzednim, zjeżył mu włosy na karku. Byle jak wrzucił ostatnie drobiazgi do plecaka, zarzucił go na ramię i pobiegł za chłopakiem.
Przygoda Ricky’ego z ekstremalną archeologią, jak lubił tę dziedzinę nazywać, zaczęła się już w dzieciństwie. Często siadywał na kolanach swojego dziadka, zapalonego historyka, i z błyszczącymi oczami oglądał jego pożółkłe zdjęcia i dzienniki z ekspedycji naukowych. Myślał wówczas, że sam również będzie głównie zajmował się spisywaniem raportów i przedstawianiem nowych odkryć podczas sympozjów, ale właśnie wtedy w jego życiu wydarzyła się ogromna tragedia, o której nigdy nie mówił.
Plotki głosiły, że nastoletni O’Hara brał udział w katastrofie małego, prywatnego samolotu, w której zginęła jego matka. Po przeżyciu dwóch tygodni samotnie w Himalajach Ricky miał odkryć w sobie żyłkę ryzykanta i raz na zawsze zmienić swoje podejście do życia, nauki i rozwoju.
Ktoś inny opowiadał o tym, że gdy towarzyszył dziadkowi na jednej z jego wypraw, zobaczył na niej coś zupełnie niewytłumaczalnego, związanego ze świętym artefaktem Azteków.
Inni uważali, że O’Hara po prostu od zawsze był bezmyślny i szukał śmierci.
Gdzie leżała prawda — to wiedział chyba tylko sam Ricky. Jakkolwiek by jednak nie było, nic nie przygotowywało człowieka na widok olbrzymiej, mięsożernej rośliny, której z pyska (z kwiatu?!) ścieka żółtozielona ślina (nektar?!), podczas gdy przerażony i ubłocony towarzysz niedoli po prostu na nią patrzy z szeroko otwartymi oczami.
— Winters! — Ricky wydarł się wcale nie mniej piskliwie, a rosiczka zwróciła swoją wielką głowę w jego kierunku. Nie mogła go widzieć, nie mogła go słyszeć, a jednak zareagowała na dźwięk — to było jeszcze bardziej straszne niż sam fakt, że takie monstrum kryło się w tym miejscu. — Tylko sp-p-p-pokojnie, zaraz ją zneutralizujemy… na pewno jest wrażliwa na…
Grzebał w plecaku, ale pierwszą rzeczą, na jaką trafił, był... Old Spice.
Maggio Winters
X never-ever marks the right spot
: czw wrz 24, 2026 11:27 am
autor: Maggio Winters
Patrząc w paszczę wygłodniałej, złaknionej krwi rośliny, Maggio miał wrażenie, że całe życie przemknęło mu przed oczami. Widział swoją rodzinę i ich wspólną kolację na ostatnie święta Bożego Narodzenia. Nie zachował się wtedy porządnie kłócąc się z ojcem o swoją przyszłość. Dość ostre słowa wtedy padły, a teraz? Teraz już nie będzie miał żadnej okazji, żeby w ogóle z nimi porozmawiać i przeprosić. On teraz nawet nie będzie w stanie zjeść swojego ulubionego czekoladowego batonika Choco Braws, którego dwie sztuki spoczywały w plecaku.
-Tak mi przykro, tato - szepnął w eter, ale nie bardzo głośno, by przypadkiem rośliny jeszcze bardziej nie rozdrażnić tym bardziej, że póki co jedynie się w niego wpatrywała (???), jakby nie będąc pewną, czy powinna go zjeść czy nie. Był żylasty, nie miałaby pożytku. powinien jej to powiedzieć?
Niespodziewanie pojawił się jego bohater - pan O’Hara, który dzielnie rozproszył uwagę rośliny. Ach, Maggio zdecydowanie chciał być w przyszłości taki jak on - nie bać się przeżywając przygody. No, może bez potworów, które chciały go zjeść.
Odczołgał się kawałek czując, jak woda wsiąka mu w ubrania - jeśli nie dostanie jakiejś tropikalnej gorączki, to będzie dobrze.
Nagle poczuł na swojej twarzy ciepło i obrócił się w stronę jego źródła. Jego oczom ukazała się struga szalejącego ognia - Ricky postanowił wykorzystać dezodorant oraz zapalniczkę, żeby unicestwić roślinę. Winters patrzył oniemiały jak roślina skwierczy, jak wije się pod naporem pożogi. Z tym, że wraz z nią również otaczające ją inne rośliny. Grunt jednak, że Maggio mógł ostatecznie się podnieść, gasząc płomień na kołnierzyku i podbiegł do mężczyzny, który szaleńczo wyżywał się na puszczy.
-Już wystarczy, spłonęła! - uspokoił go, a kiedy ogień ustał, wpadł mu w ramiona. - Dziękuję, dziękuję. Uratował mnie pan. I w sumie… trochę się panu plecak jara - skomentował, wskazując na przedmiot nieopodal.
Kiedy udało im się ugasić (tak przynajmniej sądzili) jakiekolwiek inne oznaki potencjalnego pożaru, mogli ruszyć dalej.
-Jak pan myśli, będzie ich więcej? - zainteresował się, kierując, teraz wolniej, w stronę ścieżki, o której wcześniej wspominał. Wolał trzymać się blisko mężczyzny, żeby przypadkiem znowu nie zostać ofiarą jakiejś krwiożerczej rośliny.
Ricky O'Hara
X never-ever marks the right spot
: czw wrz 24, 2026 12:56 pm
autor: Ricky O'Hara
Żelazną zasadą, której Ricky nauczył się podczas lat spędzonych na niebezpiecznych misjach, było to, by w chwili zagrożenia nie tracić głowy. Może i nie do końca mu to wychodziło, a na pewno nie w momencie, w którym stawał oko w oko (czy raczej — oko w kwiatostan) z krwiożerczą rośliną, której istnienia nawet nie podejrzewał.
Całe szczęście zestaw młodego MacGyvera w plecaku się przydał, podobnie jak nałogowe oglądanie „Harry’ego Pottera” za młodu, bo pierwsze co przyszło do głowy O’Harze to było potraktowanie rośliny ogniem. Okazał się on równie skuteczny w stosunku do rosiczki jak do diabelskich sideł, chociaż trzeba przyznać, że w szale zniszczenia trochę go poniosło.
— Mam nadzieję, że nie będzie ich ani więcej, ani większych — mruknął Ricky, starając się rozglądać uważnie, ale wielkie liście nieznanych mu roślin przesłaniały niemal cały kadr. Do zmierzchu zostało jeszcze trochę czasu, ale tutaj, kilkanaście metrów poniżej koron drzew, zaczynało się już naprawdę ściemniać.
— Jesteś pewien, że wiesz, w którą stronę powinniśmy iść? — spytał z niepokojem po kilkunastu minutach marszu. Zdecydowanie nie kojarzył tej trasy — według jego najlepszej wiedzy ani nie wracali do obozu, ani nie obrali ścieżki prowadzącej ku ich faktycznemu celowi — ruinom świątyni. — Obawiam się, że niedługo możemy stać się świeżą karmą nie tylko dla tych strasznych roślin, ale i dla jaguarów.
W tym momencie w krzakach gdzieś po prawej dało się słyszeć tajemniczy szelest. Pękła jakaś gałązka, zatrzepotały liście. O’Hara i Winters spojrzeli na siebie z przestrachem i momentalnie zamarli w pół kroku, instynktownie pochylając się nieco, by nie było ich tak dobrze widać. Ricky nie miał jednak złudzeń. Jeśli to jakiś drapieżnik, to na pewno nie zauważył ich w tej chwili, a śledził już od dawna; próby ukrycia się nie miały najmniejszego sensu.
— Winters — wyszeptał prawie niedosłyszalnie, zerkając w stronę chłopaka — nie panikuj teraz, ale tak w razie czego… to miło było cię znać.
Kiedy tylko te słowa padły, szelest przybrał na sile. Rozległ się bardzo dziwny dźwięk, przypominający nieco szczekanie i powarkiwanie. Maggio i Ricky, wrzeszcząc jak oparzeni, wpadli sobie w ramiona, a wówczas z poruszających się coraz intensywniej gęstych zarośli wypadło coś wielkości sporego psa.
— Precz, demo-…!
Była to kapibara.
Maggio Winters 
X never-ever marks the right spot
: czw wrz 24, 2026 3:59 pm
autor: Maggio Winters
Maggio zaczął się obawiać, że przez jego wcześniejszy wybryk Ricky zaraz mu oznajmi, że nie chce z nim nadal podróżować. To wydawało się przerażające z dwóch powodów - po pierwsze Winters nijak nie wiedział którędy powinien wrócić do obozu, a to znaczyło, że pewnie by umarł pomiędzy drzewami wielkości wieżowców; a po drugie to jednak nie chciał, żeby mężczyzna z niego zrezygnował po pierwszym niepowodzeniu. On naprawdę miał jeszcze wiele do zaoferowania i chciał to udowodnić chociażby odnajdując poprawną drogę do ruin, na których im zależało. Był pewien, że podążając w kierunku, w którym właśnie się kierowali, szybko dojdą do celu.
Niestety, szybko okazało się, że dżungla ma dla nich kolejne niespodzianki. W momencie, kiedy usłyszał szelest pomiędzy liśćmi, momentalnie stężał ze strachu. To nie brzmiało dobrze. Na dodatek miał wrażenie, że taki dźwięk musiało wydawać wielkie do porzygu zwierzę!
Umrą tutaj, z pewnością umrą.
-Panie O’Haaara - zabiadolił, przytulając się do niego. Egoistycznie pomyślał, że może jeśli zwierzę zajmie się blondynem, jemu uda się uciec, ale i tak zapewne nie przeżyje długo. jak nie to, to capnie go coś innego.
Jaka była jego radość, kiedy okazało się, że sprawcą całego zamieszania jest kapibara. Maggio odsunął się od mężczyzny, zażenowany nawet na niego nie patrząc, od razu podchodząc do zwierzaka.
-Jakie słodkie, kochane - rozczulał się, głaszcząc stworzenie, które z pewnością złaknione było pieszczot. Też by był, jakby się zawieruszył w takim miejscu. No bo gdzie właściwie była reszta stada? - Musimy ją odprowadzić do pozostałych! - zawyrokował. Skarby skarbami, ale jeśli coś tę kapibarę zeżre, to Maggio nie będzie zadowolony. Zresztą w razie czego może im posłużyć za przynętę.
Zadziwiającym faktem, Ricky faktycznie się na to zgodził i męcząc się z próbą ruszenia stworzenia z miejsca, ostatecznie O’Hara wziął ją na ręce i ruszyli w stronę, którą wybrał, po raz kolejny, Maggio. Sam fakt, że starszy mężczyzna mu na to pozwolił, był błędem, ale hej przygodo.
-Hmm… to nie wygląda bezpiecznie - skomentował, kiedy znaleźli się przy drewnianym moście, który z pewnością nie przeszedł kontroli BHP. - Ale tam też nie - skomentował i spojrzał ze skraju w dół niewielkiego wąwozu.
Ricky O'Hara
X never-ever marks the right spot
: pt wrz 25, 2026 12:02 am
autor: Ricky O'Hara
Podczas gdy Maggio zachwycał się zwierzęciem, Ricky już kalkulował w głowie, jak obecność kapibary może im pomóc się odnaleźć. Ostatecznie te wielkie gryzonie miały to do siebie, że prowadziły półwodny tryb życia — w takim razie gdzieś nieopodal musiała być jakaś rzeka albo chociaż strumień. A to dawało im możliwość pójścia wraz z jego nurtem; ostatecznie idąc wzdłuż wody zawsze była większa szansa, że trafią do cywilizacji, niż gdyby mieli się przedzierać znowu przez te amazońskie chaszcze.
Ktokolwiek wpadł na pomysł wzięcia kapibary na ręce (Ricky odmawiał przyznania, że to jego osobista idea) powinien spłonąć w piekle. Zwierzak wyjątkowo chętnie dawał się nieść, zresztą Ricky wcale mu się nie dziwił. To musiało być całkiem męczące — takie bycie kapibarą i pływanie w tych samych wodach co olbrzymie anakondy czy jakieś inne kajmany. Nic dziwnego, że te największe gryzonie świata wyglądały tak, jakby miały kompletnie wywalone na wszystko. Ostatecznie w każdej chwili mogły zostać zeżarte.
Na właśnie takich rozmyślaniach schodziła mu droga w stronę tajemniczego mostu. Osobiście nie za bardzo chciał zaufać jego wątpliwej konstrukcji… ale zerkając w dół w ślad za Maggio musiał przyznać, że zostały im tylko trzy opcje. Przejść przez most, który od samego patrzenia zdawał się skrzypieć, próbować zejść wąwozem, który porośnięty był tak gęsto, że chyba tylko wałęsaki brazylijskie mogły się przecisnąć między tymi chaszczami, albo ewentualnie zawrócić i szukać innej drogi. A że Ricky O’Hara był Rickym O’Harą…
— Jak to się mówi — raz kapibarze śmierć! — oświadczył, ale kapibara chyba nie była tego samego zdania co archeolog, bo w momencie gdy postawił tylko stopę na drewnianym moście, zwierzak zaczął się rzucać i wyrywać, kłapiąc szczękami i poszczekując. — Co ty robisz? Oszalałeś?
Chyba zmisgenderował tę kapibarę, bo ta zaczęła się rzucać jeszcze intensywniej, jakby ją mordowali. Może miała tylko lęk wysokości, a może wolała sama przejść przez most, a może chciała jednak skorzystać z opcji trzeciej i zawrócić zanim będzie za późno. Cokolwiek to było — wyrwała się blondynowi, kopiąc go jeszcze tylną łapą w kolano, a Ricky, który od paru chwil ledwo balansował, totalnie stracił równowagę i poleciał jak długi — prosto przez spróchniałą balustradę mostu.
— AAAAAA!
Maggio Winters
kostki som bezlitosne
X never-ever marks the right spot
: pt wrz 25, 2026 12:15 am
autor: Maggio Winters
Nigdy nie podejrzewał, że ma lęk wysokości. Zawsze wydawało mu się, że bardzo dobrze radzi sobie z chodzeniem po mostach, patrzeniem w dół, przebywaniem na szczytach kolosalnych wieżowców. Ba, nawet latanie samolotem było dla niego czystą przyjemnością. kiedy jednak spoglądał w dół wąwozu odczuł irracjonalne przerażenie, jakby w tym krwiożerczym gąszczy czaiło się wielkie zwierzę gotowa zaraz wyskoczyć mu na pysk. Nie no, mało sprzyjająca myśl. Aż się wzdrygnął.
-Jestem pewien, że nie będzie tak źle. Trochę się buja, ale musi być solidny. No bo jakieś zwierzęta z pewnością tędy przechodzą, a ta kapibara to trochę spasiona jest - zauważył, patrząc potulnie na zwierzątko. Nie chciał go obrazić, broń wszechświecie. Uważał, że z tym tłuszczykiem to było mu nawet do twarzy, bo dzięki temu wydawał się być jeszcze fajniejszy.
-Panie Ricky, proszę tylko uważać, gdzie pan stawia stopę! - zawołał do niego widząc, jak się z futrzakiem szamocze. To nie było zbyt rozsądne i wiedział to nawet Winters, który podczas tej wyprawy zdążył już popełnić kilka kategorycznych błędów. Mostem zaczeło bujać i to w sposób, który od samego patrzenia przyprawiał o chorobę lokomocyjną.
-PANIE O’HARA! - krzyknął, patrząc jak ten koziołka robi przez spróchniała balustradę. no nie czas był teraz na popisy akrobacji bo nie dość, że miejsce nieodpowiednie, to w każdej chwili serio mogło ich coś zeżreć.
Popędził w kierunku mężczyzny, przeskakując nad rozleniwioną kapibarą, która żuła trawę i w ostatnim momencie złapał mężczyznę za nogę, samemu omal nie spadając. Co on żarł, że był taki ciężki?!
-Proszę się trzymać, ja pana uratuję! - krzyknął do machającego zawzięcie rękami poszukiwacza przygód. Nie ułatwiał, zwłaszcza, że Maggio poczuł jak ta noga to zaczyna się wyślizgiwać ze spodni, na których materiale dłoń zacisnął. - NIE ZAPIĄŁ PAN PASKA?! - zapiszczał. No jak nic mu wypadnie.
Napocił się, natrudził, ponapinał tak, że omal zwieracz mu nie puścił, ale ostatecznie wciągnął tego bydlaka na most, który trzeszczał coraz bardziej.
-Gacie panu zleciały - zauważył, odwracając wzrok, bo były widoki, których podziwiać wcale nie chciał nawet, jeśli miał takie same. - Proszę dać prowadzić kapibarze, ona jak nic ma zdolności przywódcze - zauważył, obracając lekko głowę by sprawdzić, czy już może patrzeć na swojego idola. Uff, kryzys zażegnany, bo konarów już miał dość.
Ricky O'Hara
X never-ever marks the right spot
: pt wrz 25, 2026 1:12 am
autor: Ricky O'Hara
Nie wiedział, czego dokładnie miałby się trzymać, gdy jego ciało dosłownie zawisło w pustej przestrzeni, ale całe szczęście jego młody padawan był na posterunku. To, jak udało im się obu utrzymać na moście, zapewne nie miało logicznego wytłumaczenia, które mieściłoby się w istniejących prawach fizyki. Opadnięte gacie były najmniejszym problemem, kiedy przed sekundą O’Hara mógł spać w kilku czy kilkunastometrowy wąwóz i rozwłóczyć swoje wnętrzności na konarach (hehe) drzew.
— Ekhm… wybacz, Winters, ale są potwory, których nie da się wiecznie trzymać na uwięzi.
Z tymi mądrymi słowami ruszył za kapibarą, która — po brawurowej ucieczce z ramion Ricky’ego — wcale nie spierdzieliła gdzieś w las, tylko grzecznie gryzła trawkę, czekając aż te dziwne dwunożne istoty przestaną odwalać manianę, po czym, kiedy sytuacja już się uspokoiła, ruszyła jak gdyby nigdy nic mostem, poszczekując chwilami, jakby chciała pogonić archeologów-awanturników.
Ricky i Maggio spojrzeli po sobie, równocześnie wzruszyli ramionami i poszli za zwierzakiem. Ostatecznie nie pozostało im nic innego do roboty, skoro mapa ich zawiodła, GPS-a nie mieli, a telefon satelitarny leżał w obozowisku. Mogli jedynie zaufać, że kapibara nie prowadzi ich na pewną śmierć.
— Przysięgam, że po tym spacerku nabawię się jak nic awersji do mostów… nie wiem, czy wiesz, Winters, ale mosty to generalnie bardzo częsty element różnych trudno dostępnych świątyń. W związku z tym taka trauma może okazać się potencjalnie problematyczna — opowiadał O’Hara. Na pierwszy rzut oka (czy ucha) jego słowa miały nawet trochę sensu, ale dopiero po dłuższym wsłuchaniu się wychodziło, że to trochę taka mowa-trawa. Uruchomił mu się jednak mechanizm obronny — bardzo, naprawdę bardzo nie chciał iść tym mostem, więc musiał paplać trzy po trzy, żeby jakoś zająć własną uwagę.
Dzięki tej paplaninie wkrótce było po wszystkim i wszyscy po kolei — kapibara, Ricky i Maggio — stanęli na pewnym gruncie po drugiej stronie lichego mostu. Zwierzak nie odwrócił się nawet w ich stronę, zastrzygł malutkimi uszami i beztrosko ruszył dalej, a dwaj mężczyźni — niewiele myśląc — prosto za nim.
— Zastanawiam się, czy ona zgubiła się tak samo bardzo jak my, czy jednak trochę lepiej wie, dokąd idzie. W sumie pewnie trafia po zapachu, co nie? — zastanawiał się Ricky, podczas gdy przemierzali kolejne kępy chaszczy.
Maggio Winters
X never-ever marks the right spot
: pt wrz 25, 2026 1:32 am
autor: Maggio Winters
Mimowolnie, zupełnie niewytłumaczalnie, spojrzał w dół na swoje spodnie by sprawdzić, czy aby i jemu nic z nich nie ucieka. Na całe szczęście ubranie spoczywało bezpiecznie na jego tyłku, dzięki czemu nie musiał się obawiać świeceniem konara, który raczej takie małe drzewko, co ledwie sadzonką być przestało.
Z tymi myślami, ruszył za ich kapibarą psem oraz Rickym, którego spodnie wyglądały tak, jakby nosiły w sobie naprawdę ciężki balast.
Bujali się niepewnie na moście, który ostatecznie udźwignął ich ciężar (jak, nad tym Maggio nawet nie chciał się zastanawiać), chociaż Winters skłamałby, gdyby nagle powiedział, że nic się nie bał. On niemal porobił się w gacie, kiedy tak nimi trzęsło, a deski skrzypiały przy każdym kroku. Nawet zaczął się zastanawiać, czy gdyby teraz spadli w gąszcz, zaraz oblazłyby ich jakieś wielkie węże pokroju pytona.
-Śmiem twierdzić, że śmierdzimy bardziej od jej rodziny, więc powinna mieć zakłócenia - skomentował, prąc naprzód przez gąszcz roślin, starając się nie zgubić kapibary, dłonią torując sobie drogę. Takim stworzeniom to było fajnie - wywalone na cały świat a i tak każdy je kochał, pragnąc pomiziać lub nakarmić. Może chłopak urodził się jako nieodpowiednie zwierzę?
Niespodziewanie coś go ukłuło za uchem. Z rozmachem uderzył w tamto miejsce dostrzegając rozciapanego owada. Wydawało mu się, że już gdzieś go widział, chociaż za nic nie potrafił sobie przypomnieć gdzie. Coś mu jednak mówiło, że nie miał wspólnego z niczym dobrym. Zaraz… te niebieskie paski zmieszane z odrobiną żółci. Czy to nie był czasem Wesołek Hajówkowy? Jeśli tak, to miał zdrowo przekichane i pozostało mu liczyć, że Ricky znajdzie antidotum.
-Panie O’Hara, dziabnęło mnie - powiedział jedynie i momentalnie zaczął czuć się jakoś dziwnie. Bujał się na wszystkie strony, bo w jego głowie również mu się niemiłosiernie kręciło. A może to świat? Świat wirował razem z nim, stając się jednością. - Ale ja pana uwielbiam, wie pan - ucieszył się, zwyczajnie naćpany, przytulając do starszego mężczyzny, jakby nie było w tym niczego złego. - Powinien pan ze mna zatańczyć. Wśród tych wszystkich pięknych, kolorowych kwiatów. Czy widzi pan te bańki? - zainteresował się, palcami zbijając bąble, które w rzeczywistości nie istniały.
Ricky O'Hara