Strona 1 z 1

kingston, ontario

: czw wrz 24, 2026 9:29 am
autor: raphael valencourt
nine
baby, i'm preying on you tonight
Wiadomość od Bell nie mogła przyjść w lepszym momencie. Leżał akurat w pustej wannie z nogą przerzuconą przez szeroką ramę głębokiej bali, wpatrując się w misternie zdobiony sufit, na którym anioły z włoskiego fresku patrzyły na ludzkie grzechy z obojętnością właściwą jedynie istotom przekonanym o własnej wieczności. W prawej dłoni dopalała się wolno cygareta, której popiół opadał leniwie na jasny marmur posadzki, podczas gdy w lewej, zamknięta w grubym, ciężkim szkle, kołysała się złota whisky, przechwytując światło wpadające przez wysokie okna i rozbijając je na dziesiątki ciepłych refleksów. Nadal miał na sobie strój do dresażu, jakby od chwili zejścia z konia świat nie znalazł dość przekonującego argumentu, by zmusić go do przebrania się. Koszula, uszyta na zamówienie przez londyńskiego krawca, opinała jego ramiona z wojskową precyzją, białe bryczesy pozostawały nieskazitelne mimo godzin spędzonych w siodle, wysokie skórzane oficerki połyskiwały niczym lustra, a jedynym śladem ludzkiej niedoskonałości był rozpięty pod szyją kołnierz, odsłaniający obojczyki i fragment torsu, jak gdyby nawet dyscyplina musiała ostatecznie ustąpić miejsca znudzeniu. Wyglądał niczym postać wyrwana z obrazu przedstawiającego schyłek arystokracji – człowiek tak bogaty, że nie musiał już niczego udowadniać, a mimo to nieustannie próbował przekonać samego siebie, iż wciąż potrafi odczuwać cokolwiek poza chłodną satysfakcją.
Przejazd po posiadłości wciąż pulsował w jego mięśniach, pozostawiając w nich przyjemne zmęczenie, lecz znacznie wyraźniejsze od rytmu końskiego chodu pozostawały wspomnienia poprzedniej nocy. Całonocna orgia mieszała się ze smakiem alkoholu i ciasnym zapachem perfum, które nie chciały odejść mimo całej pogardy, jaką dla nich żywił. Budynek w King znów zamienił się w scenę widowiska przeznaczonego wyłącznie dla ludzi przekonanych, że pieniądze były nowoczesną formą boskości. Helikoptery lądowały jeden po drugim przecinając nocne niebo, limuzyny sunęły przez eukaliptusowe aleje niczym czarne okręty wpływające do portu, a wraz z nimi napływali ludzie. Kobiety owinięte jedwabiami droższymi od przeciętnych domów śmiały się zbyt głośno, mężczyźni rozmawiali półsłówkami, zawierając między jednym kieliszkiem a drugim transakcje warte więcej niż budżety małych państw. Nikt nie przyjechał tam dla muzyki ani dla szampana. Przyjeżdżali dla poczucia, że istniało miejsce, gdzie świat kończył się na bramie posiadłości, a wszystko, co miało się wydarzyć za nią, miało pozostać pogrzebane pod warstwami dyskrecji równie grubymi jak rodzinne sejfy.
Gardził nimi, a jednak otworzył przed nimi odrzwia wynajętego na ten specjalny czas domu. Potrzebował zagłuszyć uporczywe obrazy, dopominające się jego uwagi niczym rozszczekane psy. Zrobił to, bo tego chciał, a równocześnie — po raz pierwszy od długiego czasu — potrzebował rozproszenia od własnego umysłu. Dlatego też progi ogromnej posiadłości wypełniła lawina bezosobowego tłumu, łaknącego rozrywki. Wszak największym luksusem bogactwa nie były jachty ani dzieła sztuki, lecz możliwość bezkarnego przekraczania granic, których reszta świata nie odważyłaby się nawet dotknąć. Elity nie były moralniejsze od innych. Były jedynie lepiej chronione przed konsekwencjami.
Alkohol, muzyka, seks zwieńczyły się dopiero, gdy słońce wzeszło nad horyzontem, a służący zaczęli wypraszać ostatnich maruderów, nie zważając na to, co mieli do powiedzenia. W końcu ich zdanie wcale go nie obchodziło. Tak samo jak nie obchodziły go porozrzucane po całej posiadłości przedmioty, tworzące w oczach innych chaos. Dla niego wręcz przeciwnie – dostrzegał w nim pewien rodzaj estetyki. Porozrzucane marynarki i bielizna, pojedyncze kolczyki, kryształowe kieliszki pozostawione na fortepianie, szachownicy, parapetach, zgniecione zaproszenia, niedopita butelka koniaku stojąca samotnie na bibliotecznej drabinie; wszystko to przypominało pole bitwy stoczonej nie o przetrwanie, lecz o chwilowe zapomnienie. Ludzie wydawali fortuny tylko po to, aby przez kilka godzin nie słyszeć własnych myśli. A potem wracali do swoich imperiów, udając przed światem, że nadal wierzyli w cnotę, odpowiedzialność i rodzinne wartości.
Leniwie, niemal bezwiednie zaciągnął się dymem, pozwalając, by ciężki aromat tytoniu wymieszał się z zapachem cedru i starego kamienia. Wagner sączył się gdzieś z odległej sali, tak cicho, jakby orkiestra grała za ścianą innego życia, i Raphael pomyślał z gorzkim rozbawieniem, że właśnie dlatego kochał tę muzykę. Nie była piękna. Była monumentalna. Nie pocieszała. Przygniatała. Przypominała, że człowiek, choćby zgromadził wszystkie bogactwa świata, nadal pozostawał jedynie krótkim epizodem wobec czasu.
Dźwięk telefonu przeciął tę ciszę niemal brutalnie. Imię Sarai rozświetliło ekran, a na jego ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech – jeden z tych rzadkich, których nie ćwiczył przed lustrem i których nie pokazywał publicznie. W świecie pełnym ludzi pragnących czegoś od Raphaela istniało zaledwie kilka osób, które mogły pozwolić sobie napisać do niego bez zapowiedzi. Bell od kilku tygodni wpraszała się do tego wąskiego grona. Jej maile były dla niego intrygujące nie z powodu jej samej, lecz obietnicy, jaką składały. Otworzył wiadomość niespiesznie, smakując chwilę oczekiwania bardziej niż samą treść, bo wiedział, że najcenniejsze rzeczy nigdy nie polegały na spełnieniu, lecz na napięciu tuż przed nim.
- Sir.
Mężczyzna, jak zawsze, nie wszedł do pomieszczenia. On zdawał się z niego wyłaniać, niczym cień, który od pokoleń należał do tego Dominium równie mocno jak kamienne ściany. Valencourtowie zmieniali epoki, rządy i kontynenty, lecz rodzina służącego pozostawała przy nich od tak dawna, że lojalność przestała być obowiązkiem, a stała się czymś przypominającym dziedziczoną religię. Kamerdyner nie patrzył na bałagan ani na dym unoszący się nad wanną. Dla niego nie istniało nic poza poleceniami pana.
Raphael nawet nie odwrócił głowy. Obracał w dłoni szklankę, obserwując wirującą whisky z takim skupieniem, jakby właśnie tam ukryta była odpowiedź na wszystkie pytania, których nigdy nikomu nie zadawał. Przez krótką chwilę pomyślał, że człowiek może mieć wszystko: ziemię, nazwisko, pieniądze, wpływy, ludzi gotowych umrzeć na jego rozkaz – i mimo to budzić się każdego ranka z tym samym, nieusuwalnym uczuciem pustki. Być może właśnie dlatego nieustannie organizował kolejne przyjęcia, kolejne spotkania, kolejne widowiska. Nie dla nich. Dla siebie. Aby choć na moment zagłuszyć ciszę, która zawsze wracała. Szczególnie teraz, gdy Prowadząca pozostawała zamknięta w szpitalnych ścianach.
- Przygotuj auto - mruknął w końcu.
- Cel, sir?
Ciemne oczy podniosły się ku freskom nad głową.
20 Victoria.

Sarai Bell