Strona 1 z 1

feed me truth and feed me prayer

: czw wrz 24, 2026 11:24 am
autor: odelia winslow
1

just like the seed i'm chasing the wonder
i unravel myself all in slow motion


{ outfit }


Kiedy w położonym na czwartym piętrze mieszkaniu pod numerem czterdzieści jeden rozlega się dźwięk dzwonka, Odelia klęczy na chropowatym betonie wyścielającym posadzkę balkonu i babrze się w ziemi, która cuchnie domieszką kompostu. Zapach, na jaki non stop skarżą się jej sąsiedzi spod czterdziestki i czterdziestki dwójki, dla niej jest tak naturalny, że pochylając się nad nową, pełną świeżej ziemi doniczką, nawet nie marszczy już nosa. Układa wśród śmierdzącej gleby jedyną uratowaną od mszyc sadzonkę mięty, a potem przykrywa ją jeszcze jedną porcją ziemi. Niefortunnie paskudzi sobie przy tym łokcie brązowymi smugami. Po przysunięciu do nich nosa Odelia dochodzi do niemożliwego do obalenia wniosku, iż, w rzeczy samej, właśnie ubabrała kompostem jeden ze swoich ulubionych swetrów. Bawełniany i wściekle pomarańczowy – idealny na wrzesień.
Marszcząc brwi, podnosi się do pionu. Jej kolana wydają przy tym bardzo nieprzyjemne strzyknięcie; ignoruje je tak jak zawsze. Odsuwa worek z ziemią gdzieś na bok, ściąga z dłoni rękawice, a potem wraca do mieszkania, żeby doprowadzić się do porządku. W tej samej chwili po raz drugi słychać czysty, melodyjny dźwięk dzwonka do drzwi, chociaż ona, roztargniona i pogrążona w myślach, słyszy go dopiero po raz pierwszy. Zerka na zegar wiszący w miejscu, gdzie powinien znajdować się telewizor (Odelia nie tyle jest jedną z osób, które nie chcą zanieczyszczać swojej przestrzeni ekranami, co wręcz traktuje tarczę z płynnie przeskakujacymi po niej wskazówkami jako równoznaczność wyświetlającego ciekawe obrazy pudła), a gdy dostrzega, że wskazuje godzinę siedemnastą (dokładnie – siedemnastą zero dwa), wybałusza oczy i otwiera usta. Wydawać by się mogło, że zaraz prześlizgnie się przez nie jakieś przekleństwo, ale nie – na nienaturalnie okrągłych oczach i uchylonych ustach kończy się wyraz zdziwienia Odelii Winslow.
Podchodzi do drzwi powoli; trochę przez to, że nigdy się nie spieszy, a trochę żeby nie zabić się o porozrzucane na podłodze, ceramiczne motyle, które odkupiła za bezcen od jakiejś staruszki z Craigslist, i z którymi zamierzała ozdobić swój ulubiony, cylindryczny wazon. Potłukła go w zeszłym tygodniu i chociaż po krótkiej misji konserwacyjnej z użyciem kleju nie wygląda najgorzej, raczej nie nadaje się już do szczelnego trzymania wody; Odelia postanowiła więc zrobić z niego coś nowego, ale gdy tylko zasiadła na podłodze otoczona kolorowymi motylami, przypomniała sobie o tej nieszczęsnej mięcie i na szybko zmieniła kolejność swoich priorytetów.
W międzyczasie kompletnie zapomniała o umówionym na siedemnastą czytaniu tarota.
Kiedy otwiera drzwi, spotyka się twarzą w twarz z zimą. Dokładnie takie jest pierwsze określenie, którego użyłaby do opisania swojej klientki. Odelia nie potrafi jednak z całą pewnością stwierdzić, czy na jego korzyść działa tylko jej uroda, czy coś wspólnego ma z tym również poważny wyraz jej twarzy.
– Witaj – mówi do niej, otwierając szerzej drzwi, żeby wpuścić ją do środka. – Jestem Odelia. – W tym momencie zazwyczaj podaje ludziom rękę, ale w porę zdaje sobie sprawę z tego, że mimo użycia rękawic, jej paznokcie są lekko brudne od ziemi. – Cudownie cię tu widzieć. Przebiorę się tylko i możemy zaczynać – mówi trochę szybciej niż ma w zwyczaju, rozglądając się po salonie. Nie może jej tam zaprosić. Zarówno na podłodze, jak i na kanapie panuje zbyt wielki chaos. – Usiądź sobie wygodnie w kuchni, a ja zaraz wracam. – Gestem dłoni pokazuje kobiecie przejście do wspomnianego pomieszczenia. Nie ma drzwi, więc aby zapewnić kuchni pewną odrębność, Odelia powiesiła we framudze drewnianą, koralikową zasłonę, która przy każdym dotknięciu wydaje z siebie kojąco uroczy stukot.

rena herrera

feed me truth and feed me prayer

: pt paź 02, 2026 2:54 pm
autor: rena herrera
2
Uważała to za stratę czasu, ale nie mogła tak powiedzieć, gdy Bree Bennet, która miała zagrać jej młodszą siostrę w serialu, postanowiła obdarować ją wizytą u wróżki. Wręcz nie mogła uwierzyć, że Rena nigdy wcześniej nie brała udziału w czymś takim – ostatecznie zrzuciła to na karb tego, że Herrera mieszka w Toronto, zamiast przenieść się do Los Angeles, gdzie najwyraźniej wśród nowego pokolenia aktorów podobne usługi stawały się modne. Na koniec obiecała, że zabierze ją jeszcze na jakieś reiki? – czymkolwiek to było. Rena została umówiona na spotkanie, zanim zdążyła grzecznie odmówić. Im dłużej o tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że dobra chemia na ekranie była warta kilku poświęceń – na przykład wizyty w Greektown, która potrwa pewnie jakieś pół godziny.

Tylko jak przygotować się na coś takiego? Nie miała kogo zapytać. Jaki dresscode obowiązuje u wróżki? Powinna przywdziać woal z kolorowych chust i brzęczącą biżuterię? Nie, to przecież głupie, to nie tak – przecież to nie ona miała wróżyć. Jak miała wtopić się w tę scenę, jeśli nie mogła bazować na sięganiu po lustrowanie tej drugiej osoby? Przecież to właśnie robiła zazwyczaj; to właśnie robiła z Bree, w ogóle udając się na to spotkanie.
Przez chwilę rozważa skopiowanie stroju, który w Before sunrise Julie Dempsy miała na sobie w scenie, w której spotyka wiedeńską chiromantkę, albo jak Jane Seymour w Live and let die, ale żadna z tych opcji nie ma sensu. Nic tutaj nie ma sensu.
Ostatecznie, gdy wciska dzwonek, ma na sobie bardzo klasyczny, tweedowy komplet z Chanel w odcieniu bezpiecznej szarości, białe czółenka na niskim obcasie, ciemne okulary i minimalny makijaż.

Przedłużające się oczekiwanie pod drzwiami zwiększa podenerwowanie wynikające z zupełnie obcej sytuacji. Zwykle nie czuła się bezpiecznie, nie wiedząc, czego się spodziewać – teraz nie jest inaczej.
Dopóki drzwi się nie otwierają, a ostrożny i zdystansowany wzrok Herrery nie pada na niewiele wyższą od niej kobietę. Mruga raz i drugi; z jakiegoś powodu kark rozluźnia się odrobinę, gdy widzi ślad lekkiego zmieszania, który chyba skrywa się gdzieś pod rutynową uprzejmością. Zarówno ona, jak i przestrzeń, w progi której zaprasza Herrerę, zdają się... zwyczajnie ciepłe.
Z tym może pracować, chociaż ciepło nigdy nie było całkowicie intuicyjne. Odgrywała je jednak wystarczającą ilość razy, więc uśmiecha się lekko, nienachalnie. Kiwa głową na przywitanie i przekracza próg.
— Odelia — powtarza po niej, jakby testowała brzmienie jej imienia. — Jestem Rena — przedstawia się; prawa dłoń automatycznie wychyla się w stronę Odelii, ale bezruch z jej strony wyłapuje równie niefrasobliwie, więc zatrzymuje gest, zanim stałby się w pełni niezręczny.
Kiwa głową ponownie. Zastanawia się przez chwilę nad zdjęciem butów – nie spodziewała się, że spotkanie będzie odbywać się w miejscu, w którym wróżbitka mieszka. Spodziewała się raczej półcienia, mgły, kryształowej kuli, może jakichś dziwnych lalek i wypchanych zwierząt – do tej wizji pasują sznury koralików, które przesypują się z cichym pomrukiem przez ramiona Reny. Nie ciasnej, ciepłej i zastanawiająco żywej kuchni, która pachnie jak ogród – ziołami i przeciągiem. Kuchnia Reny nie mogłaby różnić się od tej bardziej – przepastne przestrzenie dekadenckiej architektury jej domu w York Mills zazwyczaj była sterylna i ciemna, z rzadka odwiedzana przez domowników.

Rena boleśnie zdaje sobie sprawę, że siedząc wyprostowana, wręcz upozowana w tej przestrzeni, chyba nie mogłaby kontrastować z nią jeszcze bardziej.
Czeka na Odelię na samiutkiej krawędzi krzesła, jakby zaraz miała się poderwać, ale siedzi, nawet gdy ta wynurza się spod kaskady koralikowej zasłony. Rena posyła jej kolejny uprzejmy uśmiech.
— Nie wiedziałam, czy mam się do tego specjalnie przygotować. Mam nadzieję, że nie będzie tak, że na mnie to nie zadziała. — Śmieje się krótko, intencjonalnie. Dokładnie to zakłada – że na nią to nie zadziała.

odelia winslow