Strona 1 z 1

What comes after

: pt wrz 25, 2026 1:04 am
autor: Padington Bear
Nosze zniknęły za drzwiami ambulansu, a wraz z nimi skończyła się ta część nocy, w której Paddy miał jeszcze jakikolwiek wpływ na to, co się wokół niego działo. Przez ostatnie minuty wszystko docierało do niego urywkami — światło odbijające się od białych ścian, czyjeś dłonie przy jego ramionach, ciężar opatrunków na przedramionach, głosy ludzi mówiących zdecydowanie za szybko. Teraz zostało głównie kołysanie samochodu i jednostajny dźwięk dochodzący gdzieś obok. Próbował otworzyć oczy, ale powieki wydawały się cięższe niż zwykle. Pierwszy zakręt sprawił, że skrzywił się przez sen. Ból pod żebrami nie był już tym samym ostrym ukłuciem, które wcześniej pozwalało mu udawać, że jeszcze jakoś funkcjonuje. Teraz rozlewał się głębiej, przy każdym oddechu przypominając o sobie coraz wyraźniej. Spróbował nabrać więcej powietrza i natychmiast tego pożałował. Oddech urwał się gdzieś w połowie, a z gardła wyrwało mu się ciche westchnienie. Ratownicy zajmowali się nim bez większego zamieszania, poprawiając ułożenie jego ciała i sprawdzając, czy wszystko pozostaje stabilne. Paddy próbował jeszcze coś powiedzieć, ale wyszedł z tego tylko niezrozumiały pomruk. Nawet własny głos wydawał mu się dziwnie odległy.
Po kilku kolejnych minutach świadomość wróciła nagle, bez żadnego łagodnego przejścia. Otworzył oczy i przez chwilę patrzył w sufit ambulansu, próbując przypomnieć sobie, gdzie właściwie jest. Białe światło. Zapach środków do dezynfekcji. Szelest materiału. Krótkie, spokojne ruchy ludzi pracujących obok. Dopiero potem wróciła pamięć. Jaguar. Chłopiec. Aurora. Pazury. O cholera.
— Dzieciak...? — głos był zachrypnięty, ledwie słyszalny. Nie dostał od razu odpowiedzi, której potrzebował, ale po chwili ktoś upewnił go, że chłopiec został przekazany pod opiekę zespołu i nic nie wskazuje na to, żeby odniósł poważne obrażenia. Dopiero wtedy napięcie w jego twarzy odrobinę puściło. Zamknął oczy na sekundę.
— Dobrze... — tyle wystarczyło. Na dalszą rozmowę nie miał już ochoty ani siły. Przymknął oczy, ale tym razem nie zasnął. Słuchał tylko tego, co działo się wokół, próbując nie poruszać rękami. Kiedy ratownik poprawiał jeden z opatrunków, palce Paddy'ego zacisnęły się odruchowo, a z gardła wyrwało mu się krótkie syczenie. Nie protestował. Nie było sensu. Przez chwilę rzeczywiście mogło się wydawać, że najgorsze już minęło. Jaguar był zabezpieczony, dziecko zabrane w bezpieczne miejsce, Aurora została z zespołem, a on jechał właśnie do szpitala. Problem w tym, że jego organizm coraz wyraźniej pokazywał, jak dużą cenę zapłacił za te kilka ostatnich godzin.
Kiedy ambulans w końcu zwolnił, Paddy poczuł zmianę niemal od razu. Silnik pracował ciszej, kołysanie ustało, a chwilę później samochód zatrzymał się całkowicie. Drzwi otworzyły się z charakterystycznym sykiem i do środka wpadło chłodne, szpitalne powietrze. Ostre światło sprawiło, że zmrużył oczy, kiedy ratownicy wysunęli nosze z ambulansu i ruszyli z nim w stronę wejścia. Nie próbował już orientować się, dokąd dokładnie jadą. Wystarczyło, że tym razem to ktoś inny wiedział, co robić. Korytarz SOR-u przywitał go hałasem, jasnym światłem i kilkoma głosami nakładającymi się na siebie. Paddy próbował za nimi nadążyć, lecz szybko przestał. Zatrzymali się przy stanowisku przekazania pacjenta i jeden z ratowników od razu zwrócił się do personelu, przekazując najważniejsze informacje.
— Mężczyzna, czterdzieści lat, uraz po ataku dużego kota. Przytomny po transporcie, wcześniej utrata przytomności na miejscu zdarzenia. Rozległe rany szarpane obu przedramion, silny uraz klatki piersiowej, podejrzenie obrażeń wewnętrznych. Na miejscu zabezpieczone rany i założone opatrunki, podaliśmy tlen. Parametry podczas transportu niestabilne, okresowo bardzo słaby kontakt. — kolejne słowa dotarły do niego tylko fragmentami. Dużego kota. Brzmiało to niemal absurdalnie, jakby chodziło o bardzo źle wychowanego domowego mruczka, a nie o zwierzę, które jeszcze chwilę wcześniej próbowało dobrać się do człowieka. Paddy poruszył palcami, sprawdzając zupełnie odruchowo, czy nadal je czuje, po czym skrzywił się przy najmniejszym ruchu.
— Proszę uważać na lewą rękę, rana jest głęboka. — dodał ratownik, poprawiając jeden z opatrunków — W trakcie transportu nie doszło do kolejnej utraty przytomności, ale pacjent jest bardzo osłabiony.

Grace LeBlanc