Strona 1 z 2

I hate everything about you

: sob wrz 26, 2026 3:33 pm
autor: Ambrose Sinclair
-Stary, przyłóż się bardziej, bo jeszcze chwilę i pomyślę, że nie potrafisz grać - zaśmiał się widząc, jak nieudolnie Mark próbuje złapać frisbee, które Rose posłał w jego stronę. Gra z młodszym kuzynem zawsze sprawiała mu radochę - lubił spędzać czas z tym gnojkiem, który jego zdaniem za dużo czasu spędzał przed komputerem. Ambrose czuł się w obowiązku, żeby chociaż trochę przyczynić się do poprawy jego kondycji, bo jeszcze trochę i biedny się toczyć będzie zamiast chodzić. Nie był przesadnie gruby, ale niestety widać było gromadzący się nadmiar kilogramów. Powinien przemówić do rozumu jego rodzicom, ale ostatecznie nie on powinien się zajmować wychowaniem, a wiedząc, że ciotka z wujkiem mają raczej wywalone, uznał, że chociaż wkręci młodego w jakieś sporty na świeżym powietrzu, dzięki czemu nie przyrośnie do fotela. Dodatkowo było to stałym pretekstem do spotkań - niestety Sinclair również należał do tych zapracowanych, chociaż nie przebije starszyzny w firmie, w której robił.
-Ale ty za mocno rzucasz - buntował się Młodziak z taką miną, jakby mu ktoś ukradł jego ulubioną konsolę. Aż miał ochotę podejść i wytarmosić go za te pulchne policzki. No powiedzcie, jak tu się gniewać w ogóle na takiego człowieka, z którego twarzy biła niewinność.
-Nie marudź tylko łap. Czasem trzeba podskoczyć! I pobiegać! - odpowiedział do niego ze śmiechem, samemu łapiąc krążek. Rose również nie był wielkim fanem biegów - wydawały mu się po prostu nudne, chociaż na korcie tenisowym zdawało się to nie mieć aż takiego znaczenia. Nie wyobrażał sobie jednak, by miał zaraz maraton biec. - No widzisz! Jak chcesz, to potrafisz! Brawo Młody - krzyknął do niego, odsuwając się trochę, by zwiększyć odległość. Teraz czas na wyzwanie.
-Rzuć najmocniej jak potrafisz! - skomentował, dopingując go.
Nie był gotowy na to, że Mark faktycznie się zaweźmie i ostatecznie pośle frisbee z taką siłą i na taką odległość, że Ambrose musiał dołożyć wszelkich starań by to ustrojstwo dogonić. Tak się zapatrzył za lecącym krążkiem, że nie zauważył osoby, która znajdowała się na trawie, ostatecznie na nią wpadając. Odczuł boleśnie skutki tego zderzenia, zapewne nie mniej, niż jego kompan.
-Najmocniej przepraszam - wyrzucił z siebie, obracając głowę w stronę poszkodowanego i twarz momentalnie mu stężała. - To jest chyba kurwa jakiś żart - wyrzucił z siebie spoglądając w oczy, których wcale nie chciał widzieć. Podobnie, jak nie w smak było mu towarzystwo osoby, do której należały.

Valentin Montclair

I hate everything about you

: sob wrz 26, 2026 6:33 pm
autor: Valentin Montclair
Valentin wracał właśnie ze spaceru z nowo poznanym chłopakiem w swoim miejscu pracy, nie spiesząc się szczególnie. Korzystał z tego, że wieczór był jeszcze młody, a on nie miał żadnego konkretnego powodu by wracać do mieszkania.. no może z wyjątkiem szafki którą musiał poskładać samemu. Ale tak, nie spieszyło mu się ani trochę. Po całym dniu pracy i chwili spędzonej na rozmowie, potrzebował odrobinę samotności., dlatego zamiast kierować się w stronę domu, wybrał dłuższą drogę przez park. Telefon, który uprzednio trzymał w rękach, schował do kieszeni, pozwalając myślom błądzić zupełnie bez celu i dlatego pochłonięty nimi, nie zauważył nadlatującego frisbee. Właściwie, mało co zauważył, nim coś ciężkiego w niego uderzyło na co zachwiał się i tracąc równowagę, wylądował na trawie, boleśnie uderzając dłonią o ziemię. — Kurwa.” Mruknął pod nosem, czując lekkie pieczenie w nadgarstku i dopiero wtedy dotarły do niego słowa (nie)znajomego. Głos, którego nie słyszał od kilku lat, a który rozpoznałby wszędzie o każdej porze dnia i nocy. Valentin zamarł lecz nie spojrzał jeszcze na chłopaka, nie musiał. Przez te wszystkie lata zdążył nauczył się ignorować wspomnienia, ale nigdy nie nauczył się ich wymazywać. Podniósł w końcu wzork, przez chwilę po prostu patrząc. Całe jego ciało zareagowało nie tak jakby chciał. Serce zabiło mocniej, żołądek nieprzyjemnie się ścisnął, a gdzieś pod żebrami pojawiło się uczucie którego Valentin od dawna nie dopuszczał do siebie. Złość, żal. Tęsknota do której za nic w świecie nie miał zamiaru się przyznać.
Valentin prychnął cicho i podniósł się z ziemi, otrzepując spodnie. Nie wyciągnął do niego ręki, choć przez chwilę naszła go taka myśl. Zamiast tego, spojrzał na Ambrose chłodnym spojrzeniem. Dopiero po chwili zobaczył frisbee leżące kawałek dalej. — Chociaż muszę przyznać, że przez moment myślałem, że przez te wszystkie lata nauczyłeś się celować.. — Podniósł frisbee i przez chwilę obracał je w palcach. — Widocznie nie. — Powiedział, unosząc brew. — Chociaż przyznam, że liczyłem na coś bardziej spektakularnego z twojej strony. Może jakiś nóż w plecy? Albo obarczenie mnie winą? Wiesz, że to niby ja wpadłem na ciebie. Kiedyś bardziej się starałeś. — Valentin znów poczuł to nieprzyjemne uczucie w żołądku, ale nie dał niczego po sobie poznać. Zamiast tego rzucił frisbee w stronę Ambrose. — Łap.

Ambrose Sinclair

I hate everything about you

: ndz wrz 27, 2026 3:41 pm
autor: Ambrose Sinclair
Wszechświat ewidentnie z niego kpił, zupełnie jakby nie chciał, żeby Ambrose za długo miał spokojne, normalne życie na własnych zasadach. Oczywiście trzeba mu było je znacznie bardziej uprzykrzyć pokazując, że przeszłość ma to do siebie, że nie daje o sobie zapomnieć - niezależnie czy dotyczyła przedmiotów czy osób. Sinclair był pewien, że to właśnie z tym pierwszym można było sobie poradzić szybciej, wyrzucając gdzieś na wysypisko, ale z ludźmi? Całkowite zniknięcie dawało tylko zabójstwo, a do tego mimo wszystko nie chciał się posuwać. Zależało mu na czystym sumieniu i uniknięciu więzienia nawet, jeśli momentami bardzo kusiło.
Jak teraz, chociaż aktualnie ciało Rose było plątaniną emocji, w której nadaremno było szukać pozytywnych - momentalnie został zaatakowany widmem rozczarowania, poczucia zdrady i złości, którą czuł w dniu, w którym strony pamiętnika zostały rozwieszone po całym korytarzu szkolnym. Pamiętał, jak podle się czuł, kiedy pamiętnik znaleziono właśnie u Valentine - jedynej osoby, która wiedziała, że taki w ogóle posiadał. Ile to razy przesiadywał u niego w domu, a Ambrose czuł się przy nim na tyle swobodnie i na tyle mu ufał, by nawet nie chować zeszytu. Vee nigdy nie przekroczył granicy. Do czasu. I właśnie tego momentu młody mężczyzna nie rozumiał, a który stał się zapalnikiem do zmiany z przyjaciół na niemal wrogów.
Czuł jak serce momentalnie w nim zamiera. Patrzenie w oczy osoby, która kiedyś dawała poczucie bezpieczeństwa, było cholernie skomplikowana. Chociaż nie łączyło ich już nic poza przeszłością, tak nadal nie dało się w pełni pozbyć obrazów w głowie. Odetchnął powoli, żeby się uspokoić. Zrzuciła własne reakcje na szok - ostatecznie nie spodziewał się go tutaj spotkać będąc pewnym, że ten rozdział został już zamknięty.
-Uroczy jak zawsze - odpowiedział, lekko mrużąc oczy. Nie potrzebował tego starcia - powinien wziąć od niego frisbee i wrócić do kuzyna, starając się zapomnieć. A jednak coś go zatrzymało i kazało przyglądać się twarzy, której nie widział kilka lat. - Nie sądzisz, że nóż w plecy byłby za bardzo przewidywalny? Zresztą tobie chyba sprawniej wychodzi posługiwanie się nim - stwierdził, odpędzając od siebie gorycz, która w nim narastała. - Gdybym chciał zrzucić na ciebie winę, zrobiłbym to dużo lepiej. Wiesz przecież, że zawsze miałem trochę więcej wyobraźni - dodał, kiedy gula w gardle zaczęła narastać. Lustrował go ukradkiem nie chcąc, by chociaż na chwilę pomyślał, że kryło się za tym jakieś zainteresowanie.
Frisbee poleciało w jego stronę. Ambrose wyciągnął rękę i złapał je bez większego problemu, choć siła rzutu sprawiła, że cofnął się o pół kroku. Spojrzał na trzymany przedmiot, a potem ponownie na Valentina.
-Starania są tu chyba zbędne. Jakiekolwiek - odpowiedział i z nieznanych sobie powodów odrzucił frisbee w jego stronę, na chwilę zapominając, że czekał na niego kuzyn. - Ale jeśli tak bardzo za nimi tęsknisz, mogę wysilić się bardziej - uśmiechnął się krzywo. Odejdź, po prostu odejdź.

Valentin Montclair

I hate everything about you

: śr wrz 30, 2026 11:02 pm
autor: Valentin Montclair
Montclair złapał frisbee bez większego wysiłku choć przez moment zacisnął na nim palce mocniej niż było to konieczne. Krzywy uśmiech Ambrose działał mu na nerwy niemal równie jak sam jego widok i przez kilka sekund przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbował odnaleźć kogoś, kogo pamiętał sprzed lat. Na próżno. — Oh, proszę cię. — Prychnął, obracając frisbee w dłoni. — Nie udawaj, że nagle robisz mi łaskę. Oboje wiemy, że gdybyś naprawdę chciał się wysilić, już dawno próbowałbyś mnie sprowokować do czegoś więcej niż odbijania głupiego plastiku. — Na jego ustach pojawił się chłodny uśmiech. — Widzę, że niewiele się zmieniło. Nadal musisz mieć ostatnie słowo.
Rzucił ponownie frisbee bez ostrzeżenia, tym razem mocniej. Nie czekał nawet, aż Ambrose je złapie. Spojrzenie dalej miał zawieszone na jego twarzy, nieprzyjemne i chłodne. Zrobił krok w jego stronę, zapominając że kilka minut wcześniej chciał po prostu iść do domu dłuższą drogą, w świętym spokoju. — Nie schlebiaj sobie Sinclair. Nie tęskniłem za twoimi staraniami. Ani za tobą. — Oznajmił z rozbawionym uśmieszkiem. — Już dawno pogodziłem się z przeszłością, ty natomiast chyba jednak nie do końca. — Prychnął cicho po czym na chwilę spojrzał bok, uśmiechając się bo ta cała sytuacja wydawała mu się komiczna. Po chwili znów przeniósł wzrok na chłopaka. — Nie mniej jednak, zrzucanie winy to chyba jedna z rzeczy które robisz perfekcyjnie. Nadal żyjesz w przekonaniu, że to ja dałem wtedy wszystkim twój pamiętnik? — W jego głosie nie było już kpiny, a zmęczenie. Przez lata powtarzał sobie, że ta historia jest już zamknięta, że nie potrzebuje odpowiedzi i nie obchodzi go co Ambrose o nim myśli. A jednak wystarczyło przypadkowe spotkanie by zrozumieć jak okłamywał samego siebie. — I co według ciebie chciałem tym osiągnąć? — Prychnął. — Chociaż wiesz co, żyj sobie w tym przekonaniu, że tak właśnie było. W twoim przypadku łatwiej uznać, że twój najlepszy przyjaciel zrobił ci koło dupy niż dopuścić do siebie, że mogłeś się pomylić. — Zaśmiał się gorzko, podchodząc do chłopaka jeszcze bliżej. — Chociaż nie ukrywam, zobaczyć jak zżera cię poczucie winy kiedy dowiedziałbyś się że to nie ja wyjebałem się na ciebie z pamiętnik to moje największe marzenie. I mam nadzieję, że prawda kiedyś wyjdzie na jaw i ta twoja pewność siebie w końcu zdechnie ci w gardle.


Ambrose Sinclair

I hate everything about you

: pt paź 02, 2026 12:18 am
autor: Ambrose Sinclair
Ani przez chwilę nie spuścił wzroku z dawnego przyjaciela. Tylko czy w ogóle kiedykolwiek mógł go tak nazywać? Teraz to słowo w jego ujęciu wydawało mu się nad wyraz śmieszne i chociaż były lata, w których wiele dla niego znaczył, tak miał poczucie, jakby to było jakąś alternatywną rzeczywistością, w której nie pojawiła się zdrada i poczucie, że odarto go z sekretów, których nie chciał nikomu ujawniać. Valentin jednak okazał się być na tyle wyrachowany, by rozbudzić serce Rose, ostatecznie je niszcząc.
Czy właśnie tak postępował ktoś, kogo powinien nazywać przyjacielem?

Przez chwilę zapadła cisza i Sinclair wierzył, że być może na tym poprzestaną - odwrócą się do siebie plecami odchodząc i udając, że to spotkanie nigdy nie miało miejsca. Niestety, to przyciąganie i chęć udowodnienia swoich racji były znacznie silniejsze. O wiele bardziej, niż rzucone przez Montclair’a frisbee, które omal nie ugodziło chłopaka w pierś. Kryła się za tym czysta nienawiść, która emanowała od Valentina.
Utkwił tęczówki w oczach chłopaka, kiedy ten zmniejszał pomiędzy nimi odległość. Jeśli chciał się teraz na niego rzucić, Rose nie miał najmniejszego zamiaru mu niczego ułatwiać. Może kiedyś był słaby nie potrafiąc skutecznie walczyć, ale teraz, po latach, wiele się zmieniło.
-Nie zależy mi na prowokowaniu cię. Nie zależy mi na niczym, co jest z tobą związane. Przestałeś dla mnie istnieć już kilka lat temu, więc może do tego wróćmy, co? - odpowiedział, krzywiąc się przy tym. W jego głosie dało się wyczuć chłód podobny go tego, którym emanował jego rozmówca. Byli siebie warci, doprawdy. - Zarzucasz mi, że to niby ja nie zapomniałem o przeszłości, a jednak chcesz do tego wracać, tak? Aż tak nie daje ci spokoju to, co teraz o tobie myślę? Nic się nie zmieniło, Montclair - warknął do niego. Jasne, że nie zapomniał. Próbował, chciał, pragnął, ale nadal gdzieś w środku bolało ilekroć gdzieś trafił na zdjęcie czy przedmiot związane z Valentinem. Za dobrze pamiętał dni, w których boło dobrze - kiedy wydurniali się, doprowadzając jego ojca do szewskiej pasji - by po prostu wymazać jej z głowy. Teraz, kiedy na niego patrzył, wszystko jakby ożyło, mieszając się z dniem, w którym serce po prostu pękło.
-Byłeś jedyną osobą, która wiedziała, gdzie leży ten cholerny pamiętnik! - wyrzucił z siebie, dźgając go palcem w tors. Czuł, jak jego własne serce wali jak oszalałe i nie miał już pewności, czy to przez złość czy bardziej złożone emocje. Cholerny Valentin. - Więc skończy pierdolić, że nie brałeś w tym udziału. Magicznie się z mojego pokoju nie przetransportował - dodał, co rusz odbijając palec od jego klatki piersiowej. Cofnął się zaraz, oddychając głęboko. Nie powinien dać się sprowokować, a jednak po raz kolejny nie zapanował nad emocjami.
-Niedoczekanie twoje. Niczego takiego nie zobaczysz, mogę cię zapewnić. Może w końcu przyznaje, że zjebałeś i przestań oszukiwać zarówno mnie, jak i siebie - dodał, przeczesując włosy dłonią. Zerknął w stronę kuzyna, który przyglądał im się z zainteresowaniem. - Nie potrzebuję cię w moim życiu, więc nie wchodźmy sobie w paradę - dodał, wymijając chłopaka. Nie zauważył nawet jak mocno ściskał frisbee, póki nie zaczęła piec go dłoń.

Valentin Montclair

I hate everything about you

: pn paź 05, 2026 7:02 pm
autor: Valentin Montclair
— Jasne. — Rzucił , czując nieprzyjemne napięcie rozchodzące się po całym ciele. — Bo przecież najłatwiej uznać, że ktoś jest winny nie mając żadnych dowodów. — Prychnął choć w jego głosie nie było już wcześniejszego rozbawienie. Zostało jedynie zmęczenie i pustka, która pojawiała się za każdym razem gdy Ambrose przypominał mu jak wiele nie zostało między nimi wypowiedziane. Kiedy usłyszał, że był jedyną osobą, która wiedziała gdzie znajdował się pamiętnik, Valentin potarł twarz ze zmęczenia. Przez lata Ambrose trzymał się jednej wersji wydarzeń, nie chcąc nawet dojść do tego czy była prawdziwa. — Wiem gdzie leżał. — Odpowiedział spokojniej, choć w jego głosie wciąż było słychać irytację. — Tak samo jak wiedziałem o setkach innych rzeczy z którymi mi ufałeś i właśnie dlatego, że byłem twoim przyjacielem, nigdy nie przyszłoby mi do głowy zrobić czegoś takiego. — Palec Ambrose odbijający się od jego torsu doprowadzał go do szału, ale Valentin nie odsunął się ani na krok. Jedynie złapał chłopaka za dłoń, kiedy ten po raz kolejny próbował wbić mu ten cholerny palec. — Naprawdę myślisz, że gdybym chciał cię zniszczyć zrobiłbym to w tak idiotyczny sposób o którym wszyscy zapomnieliby przy kolejnej burzliwej sensacji? — Zapytał z rozbawieniem. —I właśnie to jest w tobie najbardziej żałosne. Nie to, że mnie znienawidziłeś.. to akurat mam głęboko w dupie. Tylko to, że jesteś takim pierdolonym tchórzem i przez lata wolałeś trzymać się wygodnej dla ciebie wersji niż choć raz przyznać, że mogłeś się mylić.. — Prychnął, patrząc mu prosto w oczu. — Nie potrzebowałeś dowodów, a winnego. Ja byłem pod ręką, więc idealnie wpasowałem się do tej roli. —Uśmiechnął się chłodno. — Gratuluję. Przez lata udało ci się zrobić ze mnie potwora tylko dlatego, że byłeś zbyt zadufany w sobie żeby wpaść na to, że może jednak się myliłeś. —Kiedy Ambrose oznajmił, że nic takiego nie będzie miało miejsca i Valentin powinien przyznać się do winy, Montclair pokręcił jedynie głową. Nie czuł potrzeby przekonywania tego kretyna ani chwili dłużej. — Nie musisz mi wierzyć. Możesz dalej żyć w swojej wygodnej bajce, tylko nie oczekuj, że twoja głupota jest moim problemem. To, że przez lata byłeś za głupi żeby zobaczyć prawdę nie oznacza, że ja mam brać odpowiedzialność za twoje chore fantazje. — Kiedy Ambrose go wyminął, Valentin nie próbował go zatrzymać. Jedynie rzucił za nim z głosem zimnym jak lód. — Mam tylko nadzieję, ze któregoś dnia jakbymś cholernym sposobem prawda w końcu wyjdzie na jaw, a kiedy już dowiesz się że przez lata nienawidziłeś niewłaściwej osoby, mam nadzieję, że poczucie winy doszczętnie cię zniszczy. —Valentin prychnął z pogardą po czym pokazał mu środkowy palec. — Pierdol się. — Odwrócił się i ruszył w swoją stronę, nie oglądając się za siebie ani razu. Po drodze zatrzymał się jeszcze w sklepie, kupując butelkę wina bo po tym spotkaniu zdecydowanie potrzebował czegoś mocniejszego niż własna cierpliwość.

Ambrose Sinclair

I hate everything about you

: śr paź 07, 2026 11:46 pm
autor: Ambrose Sinclair
kilka dni później

Pojawienie się ponownie Valentine w życiu Ambrose wprowadziło spory chaos w myśli chłopaka. Nie był przygotowany na tak dosadne zmierzenie się z przeszłością oraz osobą, która zwyczajnie zraniła go do żywego. Wspomnienia na nowo zaatakowały i przez kolejnych kilka dni nie opuszczały głowy chłopaka, co skutecznie utrudniało mu skupienie się na pracy, podejmowanych decyzjach, jak również życiu codziennym, które do tej pory było przecież bezproblemowe.
Kurwa, kto by pomyslal, ze Val po raz kolejny namiesza tak bardzo. Na domiar wszystkiego każde słowo, które wypowiedział do niego Montclair podczas ostatniego spotkania zakorzeniło się w umyśle Rose i sprawiło, ze gdzieś w środku zaczynał podawać w wątpliwości słuszność własnych oskarżeń. Co, jeśli Valentine mówił prawdę? Co, jeśli zbyt szybko wyciągnął wnioski kierując się wtedy emocjami? Wydawał się byc nad wyraz wkurwiony, ze to właśnie jego ostatecznie postanowił Sinclair obwiniać za rozwieszenie tych cholernych stron z pamiętnika. Tylko jeśli faktycznie był niewinny czemu zaciekle się nie bronił? Czemu poddał się niemal bez walki zupełnie jakby wiedział, że nie będzie w stanie oczyścić swojego imienia.
Cholera, zdecydowanie nie powinien poświęcać mu żadnej uwagi, wymazując z głowy. Przecież więcej się nie spotkają, a przynajmniej on miał zamiar dopilnować, by tak się stało. Gdyby tylko wiedział, jak bardzo się mylił.
Tego dnia, kiedy wracał do domu nic nie zapowiadało zwiastującej katastrofy. Po ciężkich godzinach w pracy, gdzie musiał dogadać się z naprawde upierdliwym partnerem biznesowym, Rose miał zamiar udać się do mieszkania i oddać błogiemu lenistwu. Każdemu należy się taki dzień nic nie robienia.
Wstąpił po drodze po kawę z ulubionej kawiarni, samochód zostawiając kawałek od bloku, w którym mieszkał nie chcąc, żeby ktokolwiek dowiedział się, ze tak naprawde jest kasiasty. Dawno zauważył, ze ludzie zupełnie inaczej na niego patrzyli kiedy wiedzieli, ze jest z tego samego poziomu materialnego, aniżeli kiedy dowiadywali się, ze na dobra sprawe niczym nie musiał się martwić do końca życia.
Przywitał się po drodze z paroma osobnikami z osiedlowego gangu (prosze, jakich super kolegów miał) i ostatecznie udał się do siebie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie okazało się, ze zapomniał kluczy. Zaraz, jak to? Był pewien, ze zamykał mieszkanie a to znaczyło, ze musiał je mieć. I wtedy nastąpiło olśnienie - zostały w pracy. Na biurku. Cholera.
Probowal skontaktować się ze współlokatorem, ale bezskutecznie - pewnie znowu wyrywał jakieś urocze dziewczęta podatne na jego badassowe usposobienie. Liczył, ze mimo wszystko ktoś jeszcze będzie w tym samym czasie wracał do budynku. Zaledwie kilka kroków od drzwi wejściowych okazało się, ze sprzyja mu szczęście - faktycznie jakaś postać pakowała się do środka.
-Prosze nie zamykac! - krzyknął i pobiegł nie chcąc, by osobnik drzwi faktycznie zamknął. Niestety, źle dostosował prędkość i potykając się na progu wpadł na persone, wylewając na nią odrobinę kawy. - Cholera - wyrwało mu się z ust, kiedy starał się wytrzeć płyn z pleców mężczyzny. I właśnie w tym momencie wydarzyły się na raz dwie rzeczy. Najpierw poczuł zapach, który jego umysł znał aż za dobrze - te same perfumy nieprzerwanie od kilkunastu lat. Chwile później dostrzegł twarz, która obrocila się w jego stronę.
-Jaja sobie robisz?! Nieśmieszny żart, Montclair - skrzywił się, bo to już zakrawało na stalkowanie. Raz mógł nazwać przypadkiem, drugi się w schemat nie wpisywał.

Valentin Montclair

I hate everything about you

: pn paź 12, 2026 8:02 pm
autor: Valentin Montclair
Montclair od dawna przywykł do tego, że większość jego dni wyglądała niemal identycznie. Pobudka o zdecydowanie zbyt wczesnej porze, szybka kawa, a następnie kilka bądź kilkanaście dni spędzonych w miejscu, które pochłaniało więcej jego uwagi, niż zamierzał kiedykolwiek przyznać. Własna kawiarnia była jego dumą, czymś co zbudował pomimo życia jakie miał za nastoletnich lat i coś czemu mógł poświęcać się bez poczucia, że marnuje czas. Lubił zapach świeżo mielonych ziaren unoszący się nad ekspresem, świeżo pieczonych słodkości, przytłumiony gwar rozmów i ten charakterystyczny moment kiedy pierwsze promienie słońca wpadały przez witryny, rozświetlając wnętrze ciepłym blaskiem. Było w tym coś kojącego, coś co pozwalało mu na kilka godzin zapomnieć o sprawach do których nie miał ochoty wracać. Tego dnia również nie próżnował, od samego rana zajmując się wypiekami, dostawą, która oczywiście musiała przyjechać z opóźnieniem, rozmową z dostawcą mleka i kilkoma innymi fascynującymi obowiązkami. Valentin nie narzekał, lubił swoją pracę. Dawała mu zajęcie i nie pozwalała skupiać się na rozpamiętywaniu przeszłości. A przynajmniej tak było zazwyczaj.
Od ostatniego spotkania z Ambrose coś nie dawało mu ani chwili spokoju. Nie chodziło nawet o samego chłopaka, a przynajmniej Valentin próbował sobie tak wmawiać. Chodziło o niesprawiedliwe oskarżenia, o tę pewność siebie z jaką Ambrose zarzucał mu winę za coś czego nie zrobił. Montclair nie zamierzał się jednak przed nim płaszczyć, miał swoją dumę która nie pozwalała mu zapomnieć o wyrządzonej krzywdzie. Dlatego kiedy wreszcie zamknął kawiarnię dotarło do niego jaki zwyczajnie był wykończony. Jedyne czego potrzebował to prysznica, czegoś dobrego do jedzenia i serialu.. no i może jeszcze obecności jego kota, ale to tylko zależy od jej humoru. Z tą myślą ruszył w stronę mieszkania, po drodze odpisując na kilka wiadomości i ignorując połączenie od jednego z pracowników, który zapewne właśnie przypomniał sobie o czymś, co równie dobrze mogło poczekać do następnego dnia. Nie miał ochoty na rozmowy. Nie miał ochoty na nic, co wymagałoby od niego choćby odrobiny dodatkowej energii. I wtedy jak na złość, los znów sobie postawił z niego zadrwić. Usłyszał za sobą czyjś głos, ale nie zdążył nawet porządnie odwrócić głowy kiedy ktoś wpadł na niego z impetem. Valentin zachwiał się, odruchowo wyciągając rękę by zachować równowagę, a chwilę później poczuł na plecach nieprzyjemną wilgoć. Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się przed siebie, a następnie powoli odwrócił się w stronę sprawcy, gotów rzucić pod jego adresem kilka wyjątkowo nieprzyjemnych uwag. I wtedy zobaczył Ambrose, a uśmiech który widniał na jego twarzy jeszcze chwilę temu na myśl o wolnym wieczorze, zniknął natychmiast. Naprawdę? Ze wszystkich ludzi w tym przeklętym mieście musiał natknąć się właśnie na niego? Zacisnął szczękę tak mocno, że przez moment można było odnieść wrażenie iż Valentin zaraz ukruszy sobie zęby. No kurwa fantastycznie. — Oh.. wybacz, nie wiedziałem że potrzebuję twojej pieprzonej zgody żeby wejść do własnego budynku. — Rzucił, patrząc na Ambrose chłodnym spojrzeniem. — A następnym razem jak koniecznie będziesz potrzebował mojej uwagi, spróbuj powiedzieć zwykłe cześć. Podobno ludzie tak robią bez rozlewania kawy na innych. — Nie miał zamiaru pytać co Ambrose tutaj robił. Nie zamierzał również zastanawiać się czy znalazł sobie nowe hobby w postaci pojawiania się w najmniej odpowiednich momentach. — Zanim zaczniesz się produkować, nie, nie śledzę cię. Mam ciekawsze rzeczy do roboty niż organizowanie sobie wycieczek twoim śladem. Wbrew temu na czym się wychowałeś, świat nie kręci się wokół ciebie. A teraz, jeśli pozwolisz, chciałbym przejść. Mam za sobą dwanaście godzin zapierdalania w pracy i naprawdę nie mam najmniejszej ochoty na kolejną dyskusję o tym, jakim to jestem okropnym człowiekiem. — Dodał, wskazując brodą na drzwi, ponieważ z jakiegoś powodu po zderzeniu zamienili się miejscami. — I następnym razem patrz gdzie biegniesz. Nie każdy ma ochotę kończyć dzień w twoim towarzystwie, Sinclair. — Mruknął po czym wyciągał rękę w stronę drzwi, oczekując że Ambrose wreszcie przestanie mu stać na drodze. — Ruszysz się, czy mam ci narysować instrukcję?
Ambrose Sinclair

I hate everything about you

: wt paź 13, 2026 4:55 pm
autor: Ambrose Sinclair
Ponowne spotkanie z Valentine było dla niego policzkiem od losu. Kiepskim żartem, w którym nie chcial brac udzialu. Pieprzona zagrywka wszechświata, który najwidoczniej nudził się zabawa z gwiazdami. Ambrose nie pragnął tego wszystkiego liczac, ze nie bedzie musial ponownie przechodzić przez te wszystkie negatywne emocje, które nim targały przez kilka lat po ukończeniu szkoły. Chce zapomnieć, odcinając się od przeszłości, która nie była dla niego przyjemna. Nie chciał pamiętać dawnego przyjaciela, który w jego oczach zrobił coś zwyczajnie niedopuszczalnego. Kurwa, to bolało i nigdy tego nie ukrywał. Nawet teraz, kiedy patrzył w przystojna twarz (niestety, niezależnie od tego, jak bardzo nienawidził Vala nie mógł przyznać, ze miał w sobie coś pociągającego) czuł, jak go ściska w piersi. Ostatnio zaliczyli spotkanie po latach, więc powinien się pozbyć emocji, ale najwidoczniej jego umysł i serce miały zgoła odmienny plan, tocząc ze sobą usilną walkę. Bo jedno chciało po prostu zajebać mu w te twarzyczkę z kpiącym uśmiechem, a drugie wyrzygać wszystko, co gniotlo go w środku licząc, ze tym razem winowajca przyzna się do winy i ostatecznie będą mogli zamknąć ten rozdział, raz na zawsze rozchodząc się w swoje stronny.
Czemu to zdawało się byc taki trudne?
Mierzyli się przez chwile spojrzeniem, a dlon, ktora Ambrose ściskał kubek z kawa zacisnęła się mocniej, niemal gniotąc naczynie. Naprawde wiele go kosztowało, by ostatecznie nie wylać zawartości na twarz Valentina. Ale przecież miał się uwolnić, prawda? A to znaczyło, ze nie powinien dac się w zaden sposob unieść emocjom, które szalały w obecności Montclair'a.
-Jeszcze mi powiedz, ze tu mieszkasz a uznam, ze los bawi się w niebezpieczną grę - prychnął pod nosem, bo był na tyle kumaty, żeby dodać dwa do dwóch i wyciągnąć z wypowiedzi starszego chłopaka odpowiednie informacje. Ze wszystkich ludzi to właśnie on musiał byc jego sąsiadem? Jakim cudem nie trafił na niego wcześniej? - Ostatnie, czego potrzebuje to cokolwiek od ciebie, więc sobie nie schlebiaj. Gdybym wiedział, ze to ty, wylałbym na ciebie znacznie więcej - skrzywił się lekko. Ostatecznie jednak szkoda kawy, prawda? Tym bardziej, ze byla naprawde smaczna, a on sam zbyt wiele wszystkiego zmarnował już na Vala.
- Jakie to dojrzałe, ze wypominasz mi teraz moje wychowanie. O to wtedy poszło tak? Zal dupe jednak ściskał, ze miałem kase, a ty niekoniecznie? Wspaniale. Szkoda, ze nigdy nie dałem ci odczuć zeby to mialo znaczenia. Zresztą, chuj z tym, nie ważne. Skoro już mieszkamy w jednym budynku, unikajmy się tak,jak robiliśmy to do tej pory - odpowiedział, kierując się w stronę windy. Naiwnie myślał, ze Valentin zajmował jakieś mieszkanie na niższej kondygnacji, co jedynie ułatwiłoby ograniczenie kontaktu. Niestety, zaraz wlazł za nim do windy, jakby chciał udowodnić, ze za nic miał osobę Rose. I pewnie tak bylo. - Najwidoczniej ty jednak łakniesz mojego towarzystwa - odpowiedział, stając jak najbardziej w rogu, chcąc oddalić się od chłopaka na tyle na ile to było możliwe. Nie podobały mu się bowiem mysli, ktore mial w glowie, a nad którymi nie panował. Jakieś chore wątpliwości, chora ochota, żeby powiedzieć znacznie więcej.
Przez chwile jechali w ciezkiej ciszy, ktora zdawala się gęstnieć z kazda sekunda. I kiedy Ambrose myslal, ze gorzej byc nie moglo, los go wyjaśnił jasno sygnalizując, ze owszem - mogło i to bardzo. Winda szarpnelo raz, drugi, trzeci, by ostatecznie ja zatrzymać. Światło zamigotało, gasnąć. Zupełnie, jakby w jednym momencie zabrakło prądu.
-Tylko kurwa nie to - jęknął, a serce zaczęło mu walić. Juz nie chodzilo o to, ze miał tu utknąć z Valentinem. Po prostu w ogole nie chcial tu byc, zamkniety na tak niewielkiej przestrzeni. - Nacisnąłeś cos? - spojrzał na chłopaka, który stal przy panelu. Serio, w tej chwili to bardzo by chcial, zeby okazalo się to byc jego sprawka.

Valentin Montclair

I hate everything about you

: czw paź 22, 2026 12:47 pm
autor: Valentin Montclair
— Tak, wyobraź sobie, że tu mieszkam. — Odparł z przekąsem, zerkając na niego z ukosa. Skoro już mowa o miejscach w którym nie spodziewali się spotkać drugiego człowieka, coś go tknęło. — A właściwie, co ty tutaj robisz? Zgubiłeś dorgę do jakiegoś luksusowego apartamentowca, Sinlair? Bo ten budynek zdecydowanie nie wygląda na coś w twoim guście. — Uśmiechnął się krzywo po czym przewrócił oczami, słysząc kolejną uwagę Ambrose i ruszył w stronę winy z miną człowieka który właśnie odkrył, że istnieją gorsze rzeczy niż całodniowa zmiana w pracy. Najwyraźniej należało do nich dzielenie przestrzeni z kimś, kto potrafił doprowadzić go do szewskiej pasji samym dźwiękiem własnego głosu. Nie zamierzał jednak wdawać się w kolejną dyskusję i tak poświęcając chłopakowi już zbyt wiele uwagi. Wcisnął przycisk odpowiedniego piętra i oparł się plecami o ścianę, wyciągając telefon z kieszeni. Miał nadzieję, że przynajmniej przez te kilkadziesiąt sekund już nie będzie musiał słuchać głosu Ambrose jednak jak to mawiają nadzieja matką głupich. Ledwie zdążył odczytać pierwszą wiadomość, kiedy winda gwałtowanie szarpnęła i niemal wypuścił telefon z dłoni. Zmarszczył brwi, a kiedy zgasło światło przeklął pod nosem, unosząc głowę do który jakby samo patrzenie na sufit miało przywrócić zasilanie. Oczywiście, że właśnie dzisiaj musiało się coś takiego wydarzyć. — Tak Sinclair, specjalnie nacisnąłem przycisk awarii by spędzić z tobą romantyczny wieczór w ciemnej windzie. — Odparł suchi, chowając telefon do kieszeni. —Czy ty w ogóle słyszysz czasami co mówisz? Wyciągnął rękę w stronę panelu i wcisnął przcisk alarmowy, czekając na jakąkolwiek reakcję, ale kiedy zamiast odpowiedzi usłyszał trzask głośnika, na jego twarzy pojawił się niezadowolony grymas. Ponowił próbę, tym razem przytrzymując przycisk nieco dłużej po czym westchnął. — Świetnie. O niczym innym nie marzyłem tylko by utknąć z tobą w windzie. Wolałbym skoczyć przez okno. — Dopiero kiedy odwrócił głowę w stronę Ambrose, próbując dostrzec jego twarz w świetle awaryjnej lampki coś w postawie chłopaka sprawiło, że Valentin zmarszczył brwi. Było w nim coś co ostatio raz widział kiedy byli jeszcze dzieciakami. — Hej, spokojnie. Zaraz ktoś nas stąd wyciągnie. — Rzucił nieco mniej opryskliwie nim zdążył to zignorować, a zaraz po tym skrzyżował ramiona, próbując zatrzeć ślad swojego krótkiego przypływu dawnego Valentina. — Nie przyzwyczajaj się. To nie znaczy, że nagle zacząłem się tobą przejmować.

Ambrose Sinclair