Strona 1 z 1

Take chances, make mistakes

: sob wrz 26, 2026 4:56 pm
autor: Elowen Grosvenor
#03 - That's how you grow.
Pain nourishes your courage.
Ricardo Martinez


Nie próbowała uciec od codzienności i od tego, że już nigdzie nie będzie tak jak kiedyś. Ciągle żyła tamtymi chwilami. Tym w jaki sposób odebrano jej ukochanego syna. Los nie był łaskawy, los też nie wybaczał, a raczej ona nie potrafiła do końca wybaczyć sobie i całemu światu. Wiele razy przelewała swoją złość, rozgoryczenie za to co się stało. Utraciła swoje dziecko ale chyba nie to było tak frustrujące jak świadomość, że nie powiedziała mu tak wiele. Nie przelała na niego całą swoją miłość. Nie dała mu po raz ostatni do zrozumienia, jak bardzo go kochała. Jak wiele oddałaby, za tą jedną, jedyną. Ostatnią chwilę, nawet minutę, którą mogłaby spędzić ze swoim synkiem. Wierząc w to, że przecież nie mogła zostawić tego w taki sposób, to, że był to już zamknięty rozdział. Ciągle biła się z myślami, strasznymi myślami. Kolejny dzień przepełniony tymi samymi myślami. Oddalała się coraz bardziej, jakby pragnęła po prostu zniknąć. Każdy dzień zaczynał się dla niej niemal tak samo. Próbowała się przekonać, do tego że wyjście z łóżka to jednak rozsądny pomysł. Nie mogła ciągle leżeć i wpatrywać się w nicość. Jeszcze kilka miesięcy temu, po prostu przymykała oczy. Wyczekiwała aż nadejdzie noc i znowu zasypiała. Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś tak energiczna kobieta, teraz jest cieniem samej siebie. Robiła sobie ogromną krzywdę. Zadręczając się niemal za każdym razem, kiedy jej myśli powędrowały w innym kierunku. Jak ona w ogóle mogła myśleć o czymś innym niż jej zmarłe dziecko.
Może była zwyczajnie zmęczona tym by jej oczy zalały się łzami, gorzkimi i pełnymi bólu, który trwał w niej niemal przez cały ten czas. Ciężar tego, że ona żyje. Pozbawiona jakiegokolwiek sensu do życia i chęci do walki by nastało lepsze jutro. Musiała jednak wierzyć, że nadejdzie ten dzień, że wszystko to stanie się łatwiejsze. Bez tego nie potrafiła funkcjonować, bez wiary ale też bez swoich bliskich, którym mogła już tylko dziękować w nieskończoność. Nie chciała stać się osobą, która odtrąciła wszystkich.
Ucieczką miała praca ale bardziej chęć zemst i to, że mogła to zrobić to w taki a nie inny sposób. Wykorzystując do tego dziennikarstwo. Przedstawienie nie tylko tego jak ona cierpi ale również cierpienie innych. Angażowała w to wszystko cały swój czas i wszystkie siły. Zapominając o tym, że obok niej ciągle toczy się życie. Świat nie zatrzymał się nawet na moment. Nawet jeśli bardzo tego pragnęła. Pewne funkcje, które wykonywała robiła jakby z automatu. Kompletnie o tym nie myśląc.

Wyjście na zakupy dla wielu jest tym co przychodzi im bez najmniejszego trudu ale jest też czymś całkowicie normalnym. Niestety nie dla Lowie, która ciągle myślała o czymś innym. Zazwyczaj nie skupiając się nad tym co robiła w danej chwili. Mimo tego, że ciągle pakowała jakieś zakupy to co chwilę wracała do swoich zmartwień. Zapewne dlatego wreszcie się zagapiła I złapała nie za ten sklepowy wózek z który powinna I jak gdyby nigdy nic ruszyła przed siebie. Nie rozglądając się ani też nie wpatrując się w to co było w wózku. Całkowicie nie zgadzało się to z tym co sama chciała kupić. Całkowicie zapominając o bożym świecie pognała w kierunku owoców i warzyw. Miejmy nadzieję, że prawowity właściciel będzie w stanie ją dogonić. Ciągle jej się gdzieś spieszyło.

Take chances, make mistakes

: czw paź 01, 2026 6:10 am
autor: Ricardo Martinez
Elowen Grosvenor

To, że Ricz robił zakupy w środku dnia nikogo nie powinno dziwić. Jego grafik w pracy pozwalał na to, żeby nie przejmować się tym, że o pewnej godzinie jest dużo ludzi w sklepu, bo korzystał z tych w których pojawiają się w nim tylko bezrobotne lambadziary albo seniorzy. Zalet takich godzin szukać nie trzeba, bo to sama przyjemność. Łażenie po stoiskach stawało się przyjemniejsze, tym bardziej kiedy nikt nie wywraca oczami, kiedy rozmawiasz z panem od rybnego o świeżości produktów. A Ricz akurat porozmawiać to sobie lubił.
Tak też zdarzyło się teraz, kiedy stał i z Marcusem rozprawiali nad tym czy lepsza będzie rybka dorsz czy dorada. Ricz dobrze wiedział, że dla żonci swojej musi wybrać dobrą rybkę, bo ona jest w ciąży wiec wiadomo że będzie jadła za trzy osoby, a też nie chciał żeby po tym jak jej zrobi tacosy z rybą ona powiedziała że coś jej śmierdzi. Marcus twierdził że rybka dorada będzie dobra, a Ricz gadał, że może krewetki jednak lepsze, no to zaczęli o tych krewetkach. Jaki rodzaj, czy duże czy małe.
Ale czym są te problemy przy tym, że się traci dziecko? Ricz jeszcze nie był pełnoprawnym ojcem, bo bliźniaki wciąż były w brzuchu, a już się czuł odpowiedzialny. I gdy chodzili do lekarza do wypytywał o waszystkie choróbska. Póki co się wszystko rozwijało poprawnie, ale no zawsze z tyłu głowy może być tak, że jednak wszystko się może zdarzyć.
Zawrócił od Marcusa trzymając w rękach siatkę z wielką rybą i rozgląda się za swoim koszykiem, obszedł do okola jeden i drugi regał i myśli sobie, cholerka no chyba ktoś mu koszyk zajumał. A więc zaczął zaglądać w koszyki innych ludzi, szczególnie starych bab, bo pewnie to właśnie one były najbardziej podejrzane, kiedy nagle znalazł swoje pomidorki, brokuły, zgrzewkę piwka i osiem awokado w koszyku przy nodze…. Uniósł głowę i trochę się zdziwił, bo bardzo ładnej Kanadyjki. Aż się wyszczerzył do niej i pokazuje na jej - jego zakupy.
- Gdzie pani znalazła te awokado? Bo szukam po całym sklepie
No przecież nie powie jej, że musiała je znaleźć w jego koszyku.

Take chances, make mistakes

: sob paź 10, 2026 7:07 pm
autor: Elowen Grosvenor
Ricardo Martinez


Ucieczka przed codziennością a ona robiła właśnie zakupy. Chyba mogła powiedzieć, że to kolejny krok ku temu by zacząć normalnie funkcjonować. Oczywiście sama Lowie wcale tak się nie czuła. Wręcz przeciwnie. Nie widziała w swojej wyobraźni tego by cokolwiek było normalne. Nawet robienie zakupów. Tak wiele przypominało jej przecież o tym co utraciła już na dobre. Coś co nigdy nie miało powrócić, a na pewno nie w takiej formie jaką ona sama znała. Nawet jeśli coś robiła to wydawało się, że nie do końca próbowała się na tym skupić. Walka samej ze sobą ciągle trwała, jakby nie potrafiła chociaż na chwilkę, sekundę o tym wszystkim zapomnieć. Nikt przecież nie spodziewał się tego, że tak właśnie się stanie. Mimo wszystko nie chciała żyć ciągle ze świadomością, że może za chwilę odebrać telefon, który będzie ostatecznie kończył ten rozdział w jej życiu. Świadomość, że wszystko zakończyło się tragicznie, uderzała ją coraz częściej. Niespodziewanie, próbując jej przypomnieć, że wszystko może być możliwe.
Ciągle nie wiedząc o tym, że teraz prowadziła nie swoje zakupy brnęła dalej, w kolejne alejki jak gdyby nigdy nic. Dopiero kiedy usłyszała głos mężczyzny odwróciła się. Kompletnie nie wiedząc o co.mu chodzi. Chwilę to trwało za nim to do niej dotarło. Wpatrywała się w jego twarz, ponownie analizując jego słowa. Wreszcie jej wzrok skupił się na tym co znajdowało się w jej wózku.
- Awokado? Przecież ja ... - przerwała gdy zdała sobie sprawę z tego, że wcale nie wkładała do środka żadnego awokado. Tym bardziej nie miała ochoty na piwo, które również wypatrzyła.
- Przecież to nie moje zakupy - zaczerwieniła się. Kompletnie nie rozumiejąc dlaczego to zrobiła. Chyba naprawdę musiała zatracić się w swoich myślach. Zrobiło jej się zwyczajnie głupio. Jak scena z mało ambitnego filmu albo serialu. Nie chciała jakoś mocno drążyć ten temat i sytuację, którą sama stworzyła.
- Przepraszam, chyba zaszła jakaś pomyłka - rzuciła trochę ukrywając swoje zakłopotanie. Odsunęła od siebie to co nie należało do niej i nerwowo zerknęła w jego kierunku. Nie wiedziała do końca jak miałaby się z tego wszystkiego wytłumaczyć.