bishop to e3
: sob wrz 26, 2026 7:59 pm
– Muszę zapalić.
Salon w mieszkaniu Love Roderick opanował chaos. Ich prywatne centrum dowodzenia wszechświatem jeszcze nigdy nie zbliżyło się wyglądem do powagi sytuacji, której wymagała podjęta przez nich sprawa, ale jednocześnie jeszcze nigdy nie odbiegło od niej tak bardzo jak teraz: po tych blisko dwóch godzinach intensywnej pracy. Dookoła walały się rozmaite papiery, niska ława uginała się pod ciężarem opasłych segregatorów i laptopa, a kubki z ostygłą już kawą zajmowały zaszczytne miejsca na szczycie wież z kartonowych pudełek. Oni sami siedzieli zaś między nimi na podłodze, po turecku i plecami oparci o kanapę; bardziej jak para studentów przed trudnym egzaminem niż jak walczący z biurokracją buntownicy. Oficjalnie: bo z “parteru” wszystko było pod ręką i bez problemu mogli sobie zaglądać przez ramię, a nieoficjalnie:nie trzeba było się schylać do komputera bo jej kanapa była już po prostu niewygodna, a poza tym nadal budziła dość osobliwe skojarzenia.
Nic zatem dziwnego, że po tych kilkudziesięciu minutach w jednej pozycji Anthony Bellore miał, łagodnie mówiąc, trudności ze wstaniem. Zdrętwiałe nogi po prostu odmawiały mu posłuszeństwa, a mrowienie w nich sprawiało, że każdy ruch przyprawiał go o graniczący z bólem dyskomfort. Paradoksalnie jednak - to samo w sobie wcale nie było największym problemem - starość nie radość, to się zdarza; największym problemem był fakt, że Love niezmiennie siedziała na tej podłodze obok niego i mogła się temu przyglądać z najbliższej odległości. To właśnie dlatego Bellore pozostało jedynie mocno zacisnąć zęby i modlić się, żeby wspinaczka po podłokietniku kanapy nie wyglądała jak ostatnia droga, a kiedy już stanął na równe nogi, czoło przyzdabiały mu pojedyncze krople potu, a pierwszy krok postawił dopiero po dłuższej chwili odpoczynku. Mrowienie to najgorsze tortury.
W każdym razie - biorąc pod uwagę ich ostatnie przygody, dziwne spotkania i niedopowiedzenia, szło im naprawdę bardzo dobrze i robili nieustanny postęp.
– Chcesz kawy? - Zapytał. Zamiast po kubek, sięgnął jednak po tekturowy kubełek z chińskimi nudlami, który wcześniej postawił na reprezentacyjnej półeczce między jakimś zdjęciem w ładnej ramce a ozdobną figurką czy inną, zapachową świecą. Porcja była zimna i nie miała już nic wspólnego z apetycznością, którą zapewniała oferta z aplikacji na dowóz, ale nie kłamał, kiedy zapewniał, że to jego pierwszy posiłek od śniadania, więc nie zamierzał wybrzydzać. Kolejne, ostrożne kroki postawił w stronę najbliższego okna, a po tym jak je otworzył, przycupnął na parapecie i zgodnie z zapowiedzią zapalił papierosa. Z ósmej paczki, którą kupił, odkąd rzucił palenie po powrocie z Afganistanu; z piątej, którą kupił po tym, jak wspólnie zaczęli obalać kiepskich polityków.
– Wiesz, chyba jednak nie zmieniłbym ani słowa. - Mruknął, kiedy dłuższą chwilę później Love dołączyła do niego przy oknie. Przez ostatnich kilkadziesiąt minut próbowali ułożyć oświadczenie prasowe dla Malarza, które miało pojawić się z chwilą rozpoczęcia realizowania planu Anthony’ego; albo wróć - właściwie to układała je Love, a on czuwał jedynie nad aspektami formalnymi czy technicznymi, dlatego takie wyznanie musiało być miłą odmianą od uwag, korekt i komentarzy. Sęk w tym, że Tony wcale nie poszedł za ciosem. - Jak chcesz, to potrafisz, prawda? - Palnął, niby nie zastanawiając się nad sensem swoich słów, ale miał to straszne nieszczęście bycia mężczyzną, który mówił coś nawet wtedy, kiedy nie mówił nic.
Love Roderick
Salon w mieszkaniu Love Roderick opanował chaos. Ich prywatne centrum dowodzenia wszechświatem jeszcze nigdy nie zbliżyło się wyglądem do powagi sytuacji, której wymagała podjęta przez nich sprawa, ale jednocześnie jeszcze nigdy nie odbiegło od niej tak bardzo jak teraz: po tych blisko dwóch godzinach intensywnej pracy. Dookoła walały się rozmaite papiery, niska ława uginała się pod ciężarem opasłych segregatorów i laptopa, a kubki z ostygłą już kawą zajmowały zaszczytne miejsca na szczycie wież z kartonowych pudełek. Oni sami siedzieli zaś między nimi na podłodze, po turecku i plecami oparci o kanapę; bardziej jak para studentów przed trudnym egzaminem niż jak walczący z biurokracją buntownicy. Oficjalnie: bo z “parteru” wszystko było pod ręką i bez problemu mogli sobie zaglądać przez ramię, a nieoficjalnie:
Nic zatem dziwnego, że po tych kilkudziesięciu minutach w jednej pozycji Anthony Bellore miał, łagodnie mówiąc, trudności ze wstaniem. Zdrętwiałe nogi po prostu odmawiały mu posłuszeństwa, a mrowienie w nich sprawiało, że każdy ruch przyprawiał go o graniczący z bólem dyskomfort. Paradoksalnie jednak - to samo w sobie wcale nie było największym problemem - starość nie radość, to się zdarza; największym problemem był fakt, że Love niezmiennie siedziała na tej podłodze obok niego i mogła się temu przyglądać z najbliższej odległości. To właśnie dlatego Bellore pozostało jedynie mocno zacisnąć zęby i modlić się, żeby wspinaczka po podłokietniku kanapy nie wyglądała jak ostatnia droga, a kiedy już stanął na równe nogi, czoło przyzdabiały mu pojedyncze krople potu, a pierwszy krok postawił dopiero po dłuższej chwili odpoczynku. Mrowienie to najgorsze tortury.
W każdym razie - biorąc pod uwagę ich ostatnie przygody, dziwne spotkania i niedopowiedzenia, szło im naprawdę bardzo dobrze i robili nieustanny postęp.
– Chcesz kawy? - Zapytał. Zamiast po kubek, sięgnął jednak po tekturowy kubełek z chińskimi nudlami, który wcześniej postawił na reprezentacyjnej półeczce między jakimś zdjęciem w ładnej ramce a ozdobną figurką czy inną, zapachową świecą. Porcja była zimna i nie miała już nic wspólnego z apetycznością, którą zapewniała oferta z aplikacji na dowóz, ale nie kłamał, kiedy zapewniał, że to jego pierwszy posiłek od śniadania, więc nie zamierzał wybrzydzać. Kolejne, ostrożne kroki postawił w stronę najbliższego okna, a po tym jak je otworzył, przycupnął na parapecie i zgodnie z zapowiedzią zapalił papierosa. Z ósmej paczki, którą kupił, odkąd rzucił palenie po powrocie z Afganistanu; z piątej, którą kupił po tym, jak wspólnie zaczęli obalać kiepskich polityków.
– Wiesz, chyba jednak nie zmieniłbym ani słowa. - Mruknął, kiedy dłuższą chwilę później Love dołączyła do niego przy oknie. Przez ostatnich kilkadziesiąt minut próbowali ułożyć oświadczenie prasowe dla Malarza, które miało pojawić się z chwilą rozpoczęcia realizowania planu Anthony’ego; albo wróć - właściwie to układała je Love, a on czuwał jedynie nad aspektami formalnymi czy technicznymi, dlatego takie wyznanie musiało być miłą odmianą od uwag, korekt i komentarzy. Sęk w tym, że Tony wcale nie poszedł za ciosem. - Jak chcesz, to potrafisz, prawda? - Palnął, niby nie zastanawiając się nad sensem swoich słów, ale miał to straszne nieszczęście bycia mężczyzną, który mówił coś nawet wtedy, kiedy nie mówił nic.
Love Roderick