Strona 1 z 2

bishop to e3

: sob wrz 26, 2026 7:59 pm
autor: anthony bellore
– Muszę zapalić.
Salon w mieszkaniu Love Roderick opanował chaos. Ich prywatne centrum dowodzenia wszechświatem jeszcze nigdy nie zbliżyło się wyglądem do powagi sytuacji, której wymagała podjęta przez nich sprawa, ale jednocześnie jeszcze nigdy nie odbiegło od niej tak bardzo jak teraz: po tych blisko dwóch godzinach intensywnej pracy. Dookoła walały się rozmaite papiery, niska ława uginała się pod ciężarem opasłych segregatorów i laptopa, a kubki z ostygłą już kawą zajmowały zaszczytne miejsca na szczycie wież z kartonowych pudełek. Oni sami siedzieli zaś między nimi na podłodze, po turecku i plecami oparci o kanapę; bardziej jak para studentów przed trudnym egzaminem niż jak walczący z biurokracją buntownicy. Oficjalnie: bo z “parteru” wszystko było pod ręką i bez problemu mogli sobie zaglądać przez ramię, a nieoficjalnie: nie trzeba było się schylać do komputera bo jej kanapa była już po prostu niewygodna, a poza tym nadal budziła dość osobliwe skojarzenia.
Nic zatem dziwnego, że po tych kilkudziesięciu minutach w jednej pozycji Anthony Bellore miał, łagodnie mówiąc, trudności ze wstaniem. Zdrętwiałe nogi po prostu odmawiały mu posłuszeństwa, a mrowienie w nich sprawiało, że każdy ruch przyprawiał go o graniczący z bólem dyskomfort. Paradoksalnie jednak - to samo w sobie wcale nie było największym problemem - starość nie radość, to się zdarza; największym problemem był fakt, że Love niezmiennie siedziała na tej podłodze obok niego i mogła się temu przyglądać z najbliższej odległości. To właśnie dlatego Bellore pozostało jedynie mocno zacisnąć zęby i modlić się, żeby wspinaczka po podłokietniku kanapy nie wyglądała jak ostatnia droga, a kiedy już stanął na równe nogi, czoło przyzdabiały mu pojedyncze krople potu, a pierwszy krok postawił dopiero po dłuższej chwili odpoczynku. Mrowienie to najgorsze tortury.
W każdym razie - biorąc pod uwagę ich ostatnie przygody, dziwne spotkania i niedopowiedzenia, szło im naprawdę bardzo dobrze i robili nieustanny postęp.
– Chcesz kawy? - Zapytał. Zamiast po kubek, sięgnął jednak po tekturowy kubełek z chińskimi nudlami, który wcześniej postawił na reprezentacyjnej półeczce między jakimś zdjęciem w ładnej ramce a ozdobną figurką czy inną, zapachową świecą. Porcja była zimna i nie miała już nic wspólnego z apetycznością, którą zapewniała oferta z aplikacji na dowóz, ale nie kłamał, kiedy zapewniał, że to jego pierwszy posiłek od śniadania, więc nie zamierzał wybrzydzać. Kolejne, ostrożne kroki postawił w stronę najbliższego okna, a po tym jak je otworzył, przycupnął na parapecie i zgodnie z zapowiedzią zapalił papierosa. Z ósmej paczki, którą kupił, odkąd rzucił palenie po powrocie z Afganistanu; z piątej, którą kupił po tym, jak wspólnie zaczęli obalać kiepskich polityków.
– Wiesz, chyba jednak nie zmieniłbym ani słowa. - Mruknął, kiedy dłuższą chwilę później Love dołączyła do niego przy oknie. Przez ostatnich kilkadziesiąt minut próbowali ułożyć oświadczenie prasowe dla Malarza, które miało pojawić się z chwilą rozpoczęcia realizowania planu Anthony’ego; albo wróć - właściwie to układała je Love, a on czuwał jedynie nad aspektami formalnymi czy technicznymi, dlatego takie wyznanie musiało być miłą odmianą od uwag, korekt i komentarzy. Sęk w tym, że Tony wcale nie poszedł za ciosem. - Jak chcesz, to potrafisz, prawda? - Palnął, niby nie zastanawiając się nad sensem swoich słów, ale miał to straszne nieszczęście bycia mężczyzną, który mówił coś nawet wtedy, kiedy nie mówił nic.

Love Roderick

bishop to e3

: sob wrz 26, 2026 8:53 pm
autor: Love Roderick
Wpatrywała się w tekst na ekranie swojego komputera, którego trzymała na kolanach. Sama nie wiedziała, który raz to czytała, poprawiała i czytała kolejny raz. Miała wrażenie, że te słowa będą śnić się jej po nocach i jeszcze na emeryturze będzie w stanie je wyrecytować z pamięci. Czy była z nich zadowolona? Nieszczególnie. Ale to akurat żadna nowość, bo Love Roderick rzadko była zadowolona ze swojej pracy, czegokolwiek nie robiła. Nie było to szczególnie mądre i pewnie powinna się leczyć, bo zazwyczaj jak już się za coś brała to dawała z siebie jakieś sto dwadzieścia procent i było to przynajmniej dobre, ale ten typ tak już miał. Na pierwszy rzut oka mogła się wydawać pewna siebie, ale w rzeczywistości była jednym wielkim kłębowiskiem wszelkiego rodzaju kompleksów. Ale im mniej ludzi o tym wiedziało tym lepiej…
- Hm? – oderwała się od tekstu, wróciła na ziemię i dopiero wtedy spojrzała na stojącego nad nią Bellore. Niestety przegapiła całą jego wspinaczkę do pionu, a szkoda! Po pierwsze odrobina żartów z tego, że zaczynał się sypać i powinien trochę potrenować – prawdopodobnie by im się przydała. A po drugie – może nie byłoby jej tak źle z własnym bólem pleców w okolicach lędźwi. Bo mogła być od niego młoda o… wiele lat, ale to wcale nie znaczy, że ciągle mogła spędzić godziny w tej samej niewygodnej pozycji z komputerem na kolanach. Jego ból w takim układzie był zdecydowanie był łatwiejszy do wytłumaczenia – Tak, poproszę. – rzuciła, gdy już dotarło do niej jego pytanie i ponownie wróciła do tekstu. Potrzebowała kilku kolejnych sekund i podmuchu zimnego powietrza z otwartego okna, żeby się od niego oderwać. Zamknęła laptopa, odłożyła go na bok i oparła głowę na kanapę, wbijając spojrzenie w sufit.
Chyba przydałoby mu się malowanie.
Jej myśli znowu powędrowały w kierunku Malarza i tylko wyprowadziło ją to z równowagi. Podniosła się, rozprostowała kości i rozciągnęła, bo miała wrażenie, że jeszcze chwila i na zawsze pozostałaby tak zgarbiona. Podeszła do Bellore przy oknie, bo świeże powietrze też nie powinno im pomóc. No… świeże. Niewiele się nad tym zastanawiając wyjęła papierosa z dłoni mężczyzny i sama się nim zaciągnęła. Nie była wytrawnym palaczem, raczej okazjonalno-imprezowym, ale jednocześnie istniało ryzyko, że w jakimś stopniu była odpowiedzialna za część papierów z tych pięciu paczek, które kupił od kiedy musiał się z nią użerać. I to prawdopodobnie przez dym w płucach nie odpowiedziała od razu, nie zareagowała na jego komplement… i pozwoliła mu dokończyć myśl.
Błąd.
Ściągnęła mocniej brwi, pionowa zmarszczka pojawiła się na jej czole, a uważne spojrzenie wręcz wbiła w męską twarz – Jak chcę to potrafię? – powtórzyła za nim, dając mu tych kilka sekund na poprawkę, zmianę zdania i ubranie tego w inne słowa. Za krótko, bo prawdopodobnie nawet nie zdążył otworzyć ust – I dlatego przyszedłeś z tym do mnie? Po prostu liczyłeś, że będzie mi się chciało? Czy miałeś dodatkowe plany na wypadek, gdyby jednak nie? – podrzuciła mu pytania pomocnicze, które jednak bardziej przypominały betonowe koło ratunkowe. A myślała, że było miło, że byli jeszcze w stanie całkiem normalnie pracować po tym wszystkim, co wydarzyło się w trakcie ich kilku ostatnich spotkań. Była naiwna. Tylko jeszcze nie była pewna skąd wynikała jego złośliwość… była szalenie ciekawa. I dlatego nie spuszczała z niego uważnego spojrzenia.


anthony bellore

bishop to e3

: ndz wrz 27, 2026 8:07 pm
autor: anthony bellore
Otóż właśnie w tym rzecz - potrafili pracować. Redaktor Roderick potrafiła.
Potrafiła, tylko jej się nie chciało.
Anthony uważał tak dlatego, że zgodnie z relacjami na jej prywatnym instagramie życie “nocne” Love kwitło, podczas gdy sportowy telefon do knucia intryg wieczór w wieczór milczał, nie zdradzając choćby najmniejszych postępów przy ich sprawie. Niby to wcale nie tak, że ustalali jakieś dyżury albo że miała mu meldować o każdym odkryciu czy postawionym przecinku, ale komunikacyjnie zaczęli z tak wysokiego C, że spodziewał się częstszego kontaktu. Zwłaszcza jeśli spotkania twarzą w twarz staną się dobrem luksusowym, a ich liczba - tak jak ostatnimi czasy - spadnie do minimum. A pretensje uzasadniał przed samym sobą tym bardziej, że gotowość dziennikarki do wyjścia na front była wcale nie mniej ważna od odpowiedniej na ten wymarsz pory.
I ani myślał zastanowić się, skąd to nagłe zapotrzebowanie na tańce, tequilę i trudne poranki.
Przez okno patrzył na uliczkę, przy której parę dni temu mieli swoją przygodę. Spacerował nią starszy mężczyzna. Prowadząc na smyczy niedużego kundelka, chował się w czerni pod niedziałającymi latarniami, żeby za jakiś czas objawić się pod co trzecią i zaszczycić okolicę swoim jestestwem. Bellore dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak było wtedy ciemno; poza tym było pusto jak wtedy i cicho jak wtedy, i brakowało jedynie czarnego suva, motocykla i ładnej brunetki w krótkiej sukience. Gdyby coś im się wtedy stało, nikt nie wiedziałby od czego zacząć.
– Kup sobie swoje – bąknął pod nosem Tony, gdy Love wybrała mu z dłoni papierosa. Zdążył się zaciągnąć najwyżej ze dwa razy, a to nie wypełniało jego zapotrzebowania na nikotynę. Mimo wszystko nie od razu sięgnął do paczki. Pochwycił pałeczki i zaczął grzebać nimi w kubełku, szukając w rozmiękłym makaronie pojedynczych kawałków mięsa. – Słucham? – Mruknął, zaskoczony niespodziewanym atakiem. Poprawić się - ani myślał. I hamować też.. – Za dużo wymagam? – Wreszcie zerknął na nią kątem oka, znad zimnego kąska wołowiny w skórce pomarańczy. Warto było się poświęcić i grzebać w śmieciach. Nawet pod ostrzałem. – Wybacz. Przegapiłem moment, w którym zacząłem cię do tego zmuszać? Trzymam cię na muszce? – Dopiero teraz zabrzmiał naprawdę złośliwie, ale nie chodziło o słowa, tylko o sposób w jaki je wypowiadał; pobłażliwy i pouczający, a może nawet wręcz lekceważący. – Och, no jasne! – Machnął pałeczkami i pokiwał głową, jakby dokonał jakiegoś przełomowego odkrycia i zerknął na wiszący gdzieś za jej plecami zegar. – O tej porze powinnaś być w Rapture. Albo nie, dziś pewnie w The Fifth. Uziemiłem cię, prawda? – Dokończył swoje przedstawienie wymownym prychnięciem, a potem wreszcie wrzucił sobie do ust upolowany kawałek mięsa. Zimne już nie było takie dobre, ale w tym konkretnym momencie musiał zachować pokerową minę, więc żuł z taką satysfakcją, jakby podjadał jej frytki siedzieli w najdroższym michelinie..

Love Roderick

bishop to e3

: pn wrz 28, 2026 3:46 pm
autor: Love Roderick
Anthony Bellore przychodząc z tą sprawą do Love nie wziął pod uwagę jednego bardzo ważnego aspektu… to ją przerastało. Nie, nie zawodowo. Znaczy tu pewnie też mogłaby zaprotestować, bo dziennikarka śledcza z niej żadna, ale mimo wszystko nie była głupia. Całkiem nieźle dodawała i łączyła fakty, więc to nie sama praca stanowiła problem. Ona po prostu nie miała nic więcej poza pracą. Nie miała rodziny, do której mogła wrócić. Nie miała z kim dzielić mieszkania, problemów i dylematów. W jej głowie cały czas kotłowała się sprawą Malarza i była bliska obłędu… dlatego zaczęła wychodzić. Dlatego wróciła do życia, którego wbrew pozorom dawno nie prowadziła. Dlatego wychodziła do klubów, dlatego umawiała się z koszykarzem albo ludźmi poznanymi przez internet. To chociaż na chwilę pozwalało jej zapomnieć o całym tym bajzlu, w który wdepnęła tylko dlatego, że nie potrafiła odmówić mężczyźnie, którego papierosa właśnie trzymała między wargami.
Wpatrywała się w niego intensywnie i czuła, że ciśnienie jest wzrosło, serce zaczęło bić odrobinę szybciej, a złość kumulowała się pod skórą. Nie wymagał za dużo, ale ona też nie dawała z siebie za mało… i uważała, że zwyczajnie był w tym momencie niesprawiedliwy. Tęczówki jej pociemniały, zmrużyła oczy i starała się zachować względny spokój. Naprawdę trudno byłoby Kimberly wyjaśnić jego roztrzaskaną czaszkę na chodniku pod jej mieszkaniem.
- Jak stąd wyjdziesz… gdzie pojedziesz? – odezwała się wreszcie, jeszcze raz zaciągnęła się dymem papierosowym i odłożyła go na niewielką popielniczkę, której się dorobiła w ostatnim czasie. Przecież normalnie nie paliła… – Zostawisz to, wrócisz do rodziny, porozmawiasz z żoną o tym jak minął jej dzień, zagrasz z synem na konsoli albo pokłócisz się z córką, że ta znowu chce wyjść z domu. Ja z tym zostanę. – machnęła dłonią w kierunku sterty papierów, które od dłuższego czasu stanowiły stały element wystroju jej mieszkania. Karteczki z notatkami znajdowała w najdziwniejszych miejscach, kilka żółtych post-it wisiało nawet na łazienkowym lustrze – Jestem z tym dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu… a tortury, morderstwa i tuszowanie zbrodni wojennych to nie są rzeczy, o których chcę myśleć w każdej jednej minucie swojego życia – bo prawdopodobnie zamiast siedzieć w jej salonie musieliby się spotykać podczas wizyt na oddziale zamkniętym. - Wiec z łaski swojej… – zaczęła, cedząc przez zęby i zmniejszając dystans między nimi, żeby lepiej usłyszał to, co chciała mu przekazać – Odpierdol się od tego, co robię poza zajmowaniem się twoją sprawą. – dokończyła intensywnie wpatrując się w jego tęczówki i naprawdę nie potrafiła w tym momencie określić, czy bardziej miała ochotę go uderzyć, czy pocałować. Dlaczego on ciągle wzbudzał w niej takie emocje? Dlaczego nie mogła sobie tego odpuścić? Przecież nic ich już nie łączyło… nic poza pracą. To był zły pomysł, bardzo zły pomysł – a najgorsze, że nie było już odwrotu.



anthony bellore

bishop to e3

: wt wrz 29, 2026 7:18 pm
autor: anthony bellore
Prawdopodobnie było jeszcze gorzej.
Otóż Anthony najprawdopodobniej domyślał się, że był to ciężar zbyt wielki dla tak młodego dziewczęcia i że w szerszej perspektywie może doprowadzić również do prywatnej katastrofy w życiu redaktor Roderick. Love była wszak tylko kilka lat starsza, ale nawet jeśli tych kilka lat było kluczowe (no bo tak chyba jest), to po prostu nie wyobrażał sobie, żeby w choćby i 28-letniej Brooke widzieć mniej dziecka niż jeszcze, na przykład, wczoraj. A przecież ostatnią rzeczą, jakiej by sobie dla niej życzył, byłby udział w wojskowo-politycznej intrydze na wysokim szczeblu. Mimo to decyzję jednak podjął i to nie w złej wierze. Wręcz przeciwnie - liczył na to, że pod presją Love przekuje swój potencjał w coś prawdziwego, na czym będzie mogła zbudować swoją przyszłość i że zahartuje charakter, dzięki któremu utrzyma się na szczycie.
Ale Bellore nie był żadnym idealistą ani dobrą wróżką - po prostu czuł, że był jej coś winien, a poza tym uważał, że De Niro w Prawie Bronksu miał jeszcze więcej niż 100% racji. Zmarnowany talent to naprawdę najsmutniejsza rzecz na świecie. To nie mogło być o Love.
Bellore nie był również - uwaga, fanfary - najmądrzejszy. Ani nie przewidział, że Roderick prawdopodobnie będzie potrzebować resetu czy odskoczni od afery malarskiej, ani nie pomyślał o tym, że w jej wieku pewnie uciekałby w podobnym kierunku. Na jej nieszczęście - patrzył na to z perspektywy podstarzałego zgreda, który mniej lub bardziej szczerze starał się ustatkować, dlatego nie myliła się, typując, gdzie szukał wytchnienia od trudów i znojów afgańskich wspomnień.
Poczuł się przyłapany i bardzo tego uczucia nie lubił.
Nawet jeśli czas umilał sobie patrzeniem jej w oczy, które lubił najbardziej: pociemniałe, przymrużone, niebezpieczne.
(Jeśli naprawdę złapał się na tej myśli, to był straconym przypadkiem.)
– Mieliśmy nie rozmawiać o mojej żonie – wymsknęło mu się niekontrolowanie. Refleksja przyszła dopiero z głębszym oddechem, ale zanim go wziął - ciągle miał mnóstwo niewypowiedzianych na głos pretensji, żali i zarzutów, a także przekonanie, że to “jego” musi być “na wierzchu”. Dopiero po chwili doszedł do wniosku, że rozsądniej będzie deeskalować i zrobić krok w tył, ale na to było już za późno. Love postawiła jeden do przodu, a on pierwszy raz od dawna zadrżał tak, jak tylko przy niej zdarzało mu się drżeć, jeszcze zanim sięgała go delikatnością swoich dłoni czy aksamitem miękkich warg. I był prawie przekonany, że to wzdrygnięcie nie mogło umknąć jej uwadze. Mimo to - wyprostował się i mocniej zacisnął palce na pałeczkach i kubełku z jedzeniem. – A ty przestań się, kurwa, zachowywać, jakbyś tylko ty miała coś do stracenia! – To raczej nie był upust na miarę gniewu, którym pałała teraz Love (o czym najlepiej świadczyła ta sztucznie wtrącona “kurwa”), ale już szczerą frustrację trudno było przeoczyć. A więc jednak - Bellore nie lubił tej patowej sytuacji między nimi; wierzył w nią i praktykował, ale nie lubił. Najbardziej w tej konkretnej chwili, kiedy wszystko było na wyciągnięcie ręki. I to dosłownie. – Śni mi się to gówno, rozumiesz? Śni! - Wróć. Może jednak aspirował do jej złości? – Dziesięć lat nie miałem problemów ze spaniem. Dziesięć! Więc przestań pieprzyć, że to gdzieś zostawiam. Gówno zostawiam. W dupie zostawiam – mało był dorosły, wykrzykując takie hasła w twarz dużo młodszej kobiety, ale hej - skoro chciała iść na zwarcie, no to… Zresztą - nie czarujmy się. Love była zbyt blisko, zbyt intensywnie patrzyła mu w oczy i zbyt podobne problemy próbowali zwalczać, więc jakoś musiał ją od siebie odepchnąć. Tym razem metodą na psychicznego. Za dobrze znał jej wzrok, żeby sobie zaufać. To naprawdę było tylko wyciągnięcie ręki, żeby to nie tekturowy kubełek z makaronem zajmował mu dłonie.

Love Roderick

bishop to e3

: wt wrz 29, 2026 8:35 pm
autor: Love Roderick
Problemem Love nie był brak ambicji, czy zaangażowania… podjęła świadomą decyzję (nawet jeśli niekoniecznie z prawidłowych pobudek) i ponosiła jej konsekwencje. Nie unikała pracy i nie zamierzała tego tematu porzucić przy pierwszej lepszej okazji. Wiedziała, że jeśli im się to wszystko uda tak, jak zaplanował to Bellore… będą mieli, co świętować.
J e ś l i.
Słowo klucz, które przyprawiało ją o dreszcze. Bo jaką mieli pewność? Jaką ona miała pewność? Nikt nie był w stanie zagwarantować jej, że po tym wszystkim będzie miała do czego wracać… że może zamiast fantastycznej przyszłości i wielkiej kariery czego ją wypowiedzenie w pracy i łatka wywrotowca. Love się bała i nie było jej się łatwo do tego przyznać. Nigdy nic nie przyszło do niej samo, na wszystko musiała sobie zapracować, więc naprawdę dużo ryzykowała. Wbrew zarzutom Bellore wiedziała, że nie tylko ona miała coś do stracenia. Nie zamierzała jednak się z nim targować, kto miał do tego stracenia więcej. Punkt widzenia zależał od punktu siedzenia…
Ściągnęła mocniej brwi, gdy przyznał się do swojej bezsenności. Nagle w ułamku sekundy jakby zobaczyła trochę więcej… jakby zrozumiała, że zmęczenie i irytacja w męskim spojrzeniu to nie tylko tu i teraz, że cienie pod oczami może faktycznie są wyraźniejsze, że dorobił się kolejnej zmarszczki. Wpatrywała się w niego tak intensywnie, że wreszcie zobaczyła więcej i jakaś jej część chciała odpuścić… dać mu wygrać. Wycofać się, iść zrobić kawę i wrócić do pracy. Inna jednak chciała czegoś zupełnie innego. Wyjąć z jego dłoni to przeklęte pudełko z chińszczyzną, zlikwidować jakikolwiek dystans między nimi i sięgnąć warg, za którymi tak tęskniła. I o których myślała zdecydowanie częściej niż powinna.
Wpatrywała się w niego za długo. Cisza między nimi trwała za długo. Ten moment trwał wieczność…
- Oh, wiadomo… ja śpię jak dziecko. – odezwała się wreszcie – Nigdy nie spałam lepiej! Dlatego właśnie wychodzę, dlatego szukam towarzystwa… bo chcę zapomnieć, bo nie chcę zwariować. Nie chcę postradać zmysłów siedząc nad tym dwadzieścia cztery godziny na dobę. Bo to nie jest moja wojna… – nigdy nie była. Miała jej pomóc w karierze? Być może, ale ryzyko było tak duże, że średnio opłacalny. Robiła to dla niego i nie wierzyła, że tego nie wiedział – Ale jeśli ją przegramy nie będę miała nic. Nie będzie pracy, przyszłości… nawet ciebie nie będzie. – wiedziała, że nie powinna tego mówić, ale trudno. Jej nieodpowiedni dobór słów i tak był w tym momencie ich najmniejszym problemem – Masz wiele do stracenia, Tony. Ale masz też coś, czego nikt ci nie zabierze. – ona nie miała nic… nie miała nikogo. I nie pamiętała kiedy ostatni raz jej to tak bardzo doskwierało. I radziła sobie z tym prawdopodobnie najgłupszy, najbardziej szczenięcy sposób.
Ale tak było łatwiej o nim zapomnieć. Gówno prawda.


anthony bellore

bishop to e3

: czw paź 01, 2026 6:33 pm
autor: anthony bellore
Absolutnie jej tego nie zarzucał! Ba - to świadomość, że była bestią utalentowaną, ambitną i charakterną, utwierdziła go w przekonaniu, że mógł jej zaufać i powierzyć tę sprawę. Ponieważ jednak spotkali się w takim momencie, w którym Love niewątpliwie marnowała się na “ławce rezerwowych” CBC, łatwo było mu utkać w swojej głowie narrację o tym, jak to uratuje dziennikarski dziamencik przed szczeźnięciem w odmętach lokalnych stacji telewizyjnych i skazaniem na relacje z “Dnia Łososia” czy codzienne raporty drogowe. Zwłaszcza że wymyśliwszy tę intrygę, Anthony wkroczył w swoją delulu era i żył w stuprocentowym przekonaniu o sukcesie: swoim, jej, jego i w ogóle wszystkich, którzy byli w to zamieszani. Czuł się nieśmiertelny i nie dopuszczał do siebie myśli, że to uczucie było złudne.
Aż do teraz.
Mimo żalu, rozczarowania i złości (również na nią) Bellore chyba pierwszy raz w zupełności nie zlekceważył wątpliwości Love. Nadal w nie nie wierzył i nie dałby się do nich przekonać, ale zrozumiał, że istniały, a może nawet i skąd się wzięły. I choć nie chciał do siebie dopuścić, że aż tak bardzo przestrzelił, rozmyślając nad tym, jak bardzo dojrzała (albo raczej: dojrzeli) przez ostatnie kilkanaście miesięcy, w końcu dostrzegł w niej tę samą dziewczynę, której przedstawiał się cztery czy pięć lat temu. Problem polegał jednak na tym, że zamiast wyrzutów sumienia (ten stan rzeczy to była tylko i wyłącznie jego wina, to nie będzie podlegać dyskusji, jak już do niej dorosną), odczuł tylko niezdrową fascynację spojrzeniem, którym - tak jak kiedyś - na niego patrzyła i chęć udowodnienia, że wszystko to, czego potrzebowała, miała na wyciągnięcie ręki. Tutaj, teraz, natychmiast.
Skoro mieli stracić wszystko, to we dwójkę.
– Ale teraz jestem – mruknął, chyba jeszcze nie do końca świadomy wagi tych słów. Love zresztą też raczej nie od razu wychwyciła ich sens, bo mówiła dalej i urwała dopiero po tym, jak Bellore odbił się od parapetu, pozostawiając na nim swoją porcję jedzenia. Dzielący ich dystans właściwie przestał istnieć. W tym salonie już dawno nie było tak ciasno. – Ale jestem tu teraz. – Powtórzył. Tym razem jego głos charakterystycznie zadrżał w połowie zdania, natomiast to nie ono było temu winne. O dziwo. W istocie chodziło o jej spojrzenie; żeby zerknąć jej w oczy, Anthony musiał pochylić głowę i to właśnie perspektywa, z której zgubił się w tych niebezpiecznie ciemnych, jednocześnie połyskujących tęczówkach mu to zrobiła. To była jeszcze jedna rzecz zarezerwowana jedynie dla Love z tego poprzedniego epizodu, a więc i jeszcze jeden dowód na to, że to, co właśnie się działo, było słuszne. W końcu wtedy było im dobrze.
– Więc jeśli potrzebujesz dziś towarzystwa – podjął po krótkiej chwili milczenia, którą poświęcili na badawcze spojrzenia w oczy (wbrew pozorom: jeszcze była okazja się zatrzymać) i praktycznie niezauważalne pochłanianie kolejnych centymetrów dzielącej ich przestrzeni, wreszcie wyciągając w jej stronę rękę. Ruch był ostrożny i powolny, jakby zawierał w sobie niewypowiedziane pytanie o pozwolenie, ale jednocześnie pewny, wyuczony i precyzyjny, zgodny ze sztuką, którą wspólnie układali. Anthony przyłożył dłoń do zarumienionego policzka Love, ale muskał go subtelnymi pociągnięciami samej opuszki kciuka, którą malował na jej skórze jakiś niewidzialny szlaczek. – to nie musisz nigdzie wychodzić – urwał. Dopiero teraz zorientował się, że już właściwie szeptał, że wargi drżały mu z każdym słowem i że zaschło mu w gardle. Ale teraz to przecież nie miało żadnego znaczenia, skoro to już nawet nie było wyciągnięcie ręki.

Love Roderick

bishop to e3

: czw paź 01, 2026 9:13 pm
autor: Love Roderick
Jak to możliwe, że jeszcze przed chwilą przeszło jej przez myśl, że dobrze byłoby go wyrzucić przez to otwarte okno, a teraz nagle był tak blisko i nie mogła oderwać spojrzenia od jego twarzy. Ale jest tu teraz. Jego słowa jeszcze przez chwilę rozbijały się z tyłu świadomości Roderick, bo co to właściwie znaczyło? Dla niej. Dla nich. W ogóle…
I jak to możliwe, że serce człowieka może bić tak szybko? Czy właśnie przechodziła zawał? Nie, niemożliwe. Tym bardziej, że nie czuła się źle. Wręcz przeciwnie. Całkowicie zlikwidowany dystans między nimi, bijące od jego ciała ciepło, słowa które wypowiedział i ten moment, w którym uniósł dłoń do jej policzka… to wszystko razem (i każde z osobna) było dokładnie tym, czego od jakiegoś czasu chciała. O czym nie mogła przestać myśleć, chociaż bardzo się starała. Kłamstwem było stwierdzenie, że się z niego wyleczyła, że nic już do niego nie czuła… i powtórzenie go setki razy nie sprawiło, że stało się prawdą.
Dreszcz przemknął wzdłuż jej ciała, gdy jego dłoń spotkała się z jej skórą. Na moment przymknęła powieki jakby się zastanawiała, co powinna teraz zrobić. Rozsądnie byłoby się odsunąć, zmienić temat, wrócić do pracy i udawać, że to się nigdy nie wydarzyło. Bo dlaczego miała to sobie ponownie robić? Przecież znała koniec tej historii, nic innego ich nie czekało. Wystarczyło jednak zaledwie parę uderzeń serca, żeby wiedzieć, że jej rozsądek uleciał przez otwarte okno razem z dymem papierosowym. Gdy ponownie otworzyła oczy nie było w nich już wątpliwości i zawahania. Był zamiar i pewność tego, czego chciała. Dlatego zacisnęła palce na męskiej koszuli, przyciągając go do siebie i siebie do niego jeszcze bardziej. Dlatego wspięła się na palce, żeby móc swobodnie sięgnąć jego twarzy. I dlatego go pocałowała.
Ostrożnie, jakby go testowała… ale gdy nie zaprotestował i nie odsunął jej od siebie, poczuła jak puszczają jej hamulce. Im puszczają hamulce. Potrzebowała dzisiaj towarzystwa. Dzisiaj, jutro i następnego dnia również, ale doskonale wiedziała, że nie ma tyle czasu. Więc skupiła się na dzisiaj i na tym jak bardzo jej tego brakowało. Z jednej strony zmieniło się wszystko, a z drugiej, gdy się całowali – było jak zawsze. Błąd.
- Powinieneś wyjść. – szepnęła prosto w męskie wargi, jednocześnie przecząc samej sobie i tylko mocniej zaciskając dłoń na materiale jego koszuli – Wyjdź, albo wróćmy do pracy… zanim zrobimy coś głupiego. – powrót do relacji, która zawodowa była tylko z nazwy był głupi. Nieodpowiedzialny. Oczywisty. Przed oczami stanęły jej obrazki przeszłości, urywki tych wszystkich wspólnych wieczorów. Szlag.
I wróciła też na ziemię, gdy zdała sobie sprawę, że w mieszkaniu zapanowała cisza, głucha cisza. Nie było słychać telewizora sąsiadów zza ściany, buczenia lodówki… żadnego z tych codziennych dźwięków, do których człowiek przyzwyczaił się tak bardzo, że ich nie zauważał. Były tylko tłem. Ale to i tak nic. Dookoła nich panowała kompletna ciemność. Kącik ust drgnął jej jednak na to wszystko w rozbawieniu – Nie jestem pewna, czy to znak od wszechświata, że mamy pozwolenie na robienie głupot skoro i tak ich nikt nie zauważy? – rzuciła głupim żartem, z którego jednak sama się zaśmiała, pokręciła głową i oparła czoło o jego pierś. Ba! Uderzyła głową o jego pierś. Dlaczego bycie rozsądnym było takie trudne?



anthony bellore

bishop to e3

: sob paź 03, 2026 2:41 pm
autor: anthony bellore
To możliwe prawie tak bardzo jak to, że po tym jak kilka minut temu Anthony był wściekły o nią, przez nią i za nią pewnie też, teraz myślał już właściwie tylko o tym, gdzie i jak ją dotknąć, żeby jak najszybciej nadrobić te dwa lata przerwy. Logiki będzie się w tym doszukać trudno. Ludzie dorośli co do zasady nie robią takich rzeczy. Owszem - mają swoje słabości i przechodzą kryzysy wiary, ale ostatecznie wiedzą, kiedy trzeba powiedzieć “stop”. Z wiekiem przychodzi wszak doświadczenie i coś w rodzaju samodyscypliny, a podejmowane decyzje przestają być pokłosiem impulsu czy nagłego apetytu. Tabliczka czekolady zaczyna starczać na więcej niż jedno posiedzenie, a ten chuj kierowca, który zajechał ci drogę, nie jest wart nawet kilku przekleństw. Tylko że… “Co do zasady” znaczy, że zawsze jest jakieś ale - gorszy dzień, niezjedzone śniadanie, spóźnienie albo wielopoziomowa intryga na gruncie wojskowo-politycznym - przez które nawet najbardziej dojrzali ludzie po prostu głupieją.
Tak jak zgłupiał Anthony Bellore.
Jej bliskość ciągle działała na niego oszałamiająco. Uznał, co prawda, że to Love zadrżała, gdy sięgnął jej twarzy, ale to przecież wcale niewykluczone, że dygotał razem z nią. Przebodźcowany, wszystkie drobnostki przeżywał podwójnie, a każda następna coraz mocniej popychała go w jej ramiona. Największe piętno odciskało na nim ciepło jej ciała. Anthony stał odwrócony plecami do otwartego okna, więc wpadający z zewnątrz chłodny, jesienny wiatr bezlitośnie go po nich smagał, a bijący od rozgrzanego ciała Love gorąc nie tylko niwelował ten drobny dyskomfort, ale jeszcze nadawał mu bardziej przystępny, rześki charakter. Powietrze też pachniało już tylko nią; jej balsamem do ciała, szamponem, mgiełką, jakby tlący się w popielniczce papieros, kubełek z jedzeniem czy charakterystyczna woń jesiennego wieczoru w dużym mieście nie istniały.
Bo nie istniały. Był tylko on i Love - z tymi wielkimi oczami, którymi patrzyła na niego tak intensywnie, że naprawdę zaczynało kręcić mu się w głowie. I wtedy posmakował jej ust.
Nie pospieszał jej. Tak jak ona, zaczął ostrożnie i leniwie musnął jej wargi, jakby obawiał się, że w ostatniej chwili Love się uchyli, a on wyjdzie na głupka. Kiedy jednak okazało się, że nigdzie się nie wybierała - nabrał pewności i kolejne dwa czy trzy pocałunki (te, które zdążył jej skraść zanim się odezwała) były już poważne: znaczące, wyraziste i pełne. Jakby nie minęły dwa lata, tylko dwie godziny, a jej usta niezmiennie należały do niego. Przestawał się kontrolować.
– Powinienem. – Powiedział zatem aż za bardzo bezczelnie, podrywając kącik ust w zaczepnym uśmiechu. Sunąc spojrzeniem po jej twarzy, widział, że próbowała zajrzeć mu w oczy, ale on potrafił się skupić jedynie na jej rozchylonych wargach. Zawahał się jednak. Niby trzymała go już tak mocno, że już nie mógł mieć wątpliwości, że intencje mieli podobnie nieprzyzwoite, ale chciał, żeby szeptała dalej. To zawsze działało. Obojętnie czy czytała z hotelowego menu, czy mówiła jakieś brzydkie rzeczy. Nadal był na to za słaby. – Jeśli naprawdę chcesz, żebym wyszedł, to musisz mnie puścić – tym razem szepnął sam, wymownie przesuwając spojrzeniem na dłoń, którą silnie zaczepiła na materiale jego koszuli. To był jego pierwszy kontakt z bazą po tych kilkudziesięciu sekundach szaleństwa - nadal wolałby, żeby wbiła paznokcie jeszcze głębiej, ale przynajmniej zauważył, że była mądrzejsza. Wciąż, już, jeszcze; nieważne. Próbowała to zatrzymać. On niekoniecznie.
I wtedy zniknęła mu z oczu.
Ona, wieże z kartonów, laptop na kawowym stoliku, kanapa, ściany.
Zapanowała ciemność.
– Naprawdę? – Zapytał z wyrzutem w głosie, jeszcze zanim blackout okazał się blackoutem z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko winą korków, jakiejś chwilowej awarii albo niezapłaconego rachunku. Oprócz przejmującej ciemności zrobiło się bowiem tak cicho, że wkrótce usłyszeli zza pleców, jak sąsiedzi otwierają okna i zagadują się po wyjściu na balkon. – Chyba, że po prostu nie płacisz rachunków – mruknął rozbawiony żartem Love, jeszcze nie zdając sobie sprawy ze skali problemu. Jego myśli nadal skupiały się przede wszystkim wokół niej; teraz np. na rozpalonym czole, które wręcz parzyło go przez materiał koszuli i delikatnym drżeniu jej ciała, gdy palce, którymi dotychczas muskał jej policzek, wplótł instynktownie w jej włosy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak nienormalnie oddychali. Szaleństwo.
– Wygląda na to, że cała okolica dostała po łapach – odezwał się po dłuższej chwili, którą poświęcił na ostrożny manewr, dzięki któremu oboje stali teraz bokiem do okna. Wyglądając na zewnątrz, patrzyli w otchłań. Światło księżyca niby pozwalało poznawać kształty i odległości między pobliskimi kamienicami, ale ponieważ wymagało to większego skupienia niż w zwykłą noc, widok przyprawiał o autentyczne dreszcze. Wcale nie mniejsze niż jej dotyk. Anthony pomyślał o tamtym facecie z pieskiem. Utonął w ciemnościach. – To nie wygląda dobrze – ocenił, jak na eksperta przystało, przyglądając się, jak na ich oczach kwitło nowe, okienno-balkonowe społeczeństwo. Gdzieś w oddali zawyła głośno syrena, w którejś szybie błysnęło odbicie pomarańczowego “koguta”, a oprócz wyświetlaczy telefonów w rękach żywo dyskutujących sąsiadów, najwięcej światła dawały ogniki zapalanych papierosów.
A Anthony Bellore wracał na ziemię.

Love Roderick

bishop to e3

: ndz paź 04, 2026 9:17 pm
autor: Love Roderick
Powinien.
Zdecydowanie powinien.
Ona powinna go puścić.
Powinna.
Tylko ani trochę nie chciała. Ani nie chciała wypuszczać z palców materiału jego koszuli, ani się od niego odsuwać. Nie chciała, żeby wychodził i przestawał ją całować. To wszystko, co czuła wcześniej wróciło ze zdwojoną siłą i uświadomiło jej jak bardzo jej tego brakowało. Nawet jeśli ciągle z tyłu głowy miała tą myśl, że to i tak nic nie zmieni, a ona i tak nie mogła go mieć. Nie na dłużej niż kilka chwil wyrwanych w tajemnicy przed światem. I powinna mieć do siebie więcej szacunku, nie powinna się tym zadowalać. Ale jednak czuła ciepło bijące od jego skóry, jego znajomy zapach sprawiał, że wspomnienia wracały, a dotyk powodował dreszcze.
Awaria prądu była naprawdę ostatnią rzeczą, której teraz potrzebowali. I patrzyła na to bardzo egoistycznie – musiała ich ściągnąć na ziemię, a Love zwyczajnie nie chciała na nią wracać. Mało tego… brak prądu oznaczał, że będą musieli przerwać pracę, a skoro tak to nic więcej go tu nie trzymało. Mógł wracać do domu.
Spojrzała w kierunku okna i pogrążonego w ciemności miasta… dziwne. Czy oświetlenie miejsce nie miało innego zasilania? Nawet jeśli w budynkach mieszkalnych coś strzeliło to, czy lampy uliczne nie powinny działaś dalej? Nie znała się na tym. Szczytem jej możliwości elektrycznych była wymiana żarówki, ale taka absolutna ciemność wydała jej się po prostu dziwna. Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek z czymś takim się spotkała. I znowu zadrżała, ale w tym momencie z zupełnie innego powodu. To nie wyglądało dobrze i musiała się z tym zgodzić.
Niechętnie wyplątała się z zasięgu męskich ramion i starając się nie zabić o porozrzucane po mieszkaniu rzeczy przeszła do pokoju, gdzie wydawało jej się, że zostawiła telefon. Znalazła. Usiadła na oparciu kanapy i zaczęła odczytywać wszystkie powiadomienia, które jej wyskakiwały na ekranie. Jedno za drugim. Nie nadążała nad tym.
- Całe miasto jest pogrążone w ciemności. Całe. Nikt nie ma prądu… – spojrzała w kierunku męskiej sylwetki odznaczającej się na tle okna, bo aktualnie księżyc robił im za jedyne źródło światła. No i telefon, który trzymała w ręce – To nie jest normalne. – zaczęła, zagryzła wargę i wróciła do przeglądania kolejnych wiadomości. Służbowy komunikator wariował… - To podobno jakaś duża awaria. Ale JAK duża awaria może spowodować ciemność w całym mieście? – kolejny nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa, a przed oczami miała same najczarniejsze z czarnych scenariuszy – Zadam teraz głupie pytanie, Tony. Możesz mnie wyzwać od wariatki… ale myślisz, że to mógł być atak terrorystyczny? – czy zwykła awaria mogła przynieść taki efekt? – Mam nadzieję, że szybko sobie z tym poradzą. – no cóż… jeszcze nie wiedziała, jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że nie, że to wcale nie będzie szybkie i bezbolesne, a miasto pogrąży się w ciemnościach i wróci do średniowiecza na dłużej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Nie potrafiła sobie tego nawet wyobrażać, przecież nie znała takiego świata! Mało tego – była absolutnie nieprzygotowana do sytuacji kryzysowych. A wpatrując się w kolejne przychodzące powiadomienia czuła coraz większy narastający niepokój – Podobno występuję problemy z zasięgiem… – przekazała i znowu podniosła głowę, żeby spojrzeć na mężczyznę – Twoje dzieci są w domu? – palnęła bez zastanowienia, ale jednocześnie… czy to naprawdę było takie dziwne? Zależało jej na Bellore, a skoro tak – chciała, żeby jego rodzina była bezpieczna. Mogła być najgorszym człowiekiem na świecie skoro wpakowała się w romans z żonatym mężczyzną, ale jednocześnie nie była wcale zła.


anthony bellore