Strona 1 z 1

If it's not risky, what's the fun?

: ndz wrz 27, 2026 6:53 pm
autor: Arthit Rattanakosin
#7
Ostatnie tygodnie były dla niego jednym wielkim maratonem, ciągiem dni, które zlewały się w siebie tak bardzo, że z trudem przypominał sobie, kiedy ostatnio miał wolny weekend. Dopiero co skończył nagrywanie ostatniego odcinka swojego najpopularniejszego serialu – tego samego, dzięki któremu jego twarz stała się rozpoznawalna praktycznie na każdym kontynencie, wyświetlana na milionach ekranów w dziesiątkach krajów. A teraz, tego samego tygodnia, kończył nagrywać jedne z najbardziej wymagających scen do filmu akcji, w którym grał jednego z czterech głównych bohaterów – tajniaka wyznaczonego do zleceń tak niebezpiecznych, że nikt inny w fikcyjnej agencji nie chciał się ich podejmować, człowieka, którego prawdziwym domem była kolejna misja.
Fabuła kręciła się wokół międzynarodowej siatki przemytniczej, handlu bronią na czarnym rynku i zdrajcy ukrytego głęboko w strukturach samej agencji – kogoś, kto od miesięcy sprzedawał informacje wrogiej organizacji, nie wiedząc, że polowanie na niego już trwa. Dzisiejsza noc obejmowała scenę pościgu oraz brutalną wymianę ognia, częściowo nagrywaną w prawdziwej scenerii miasta, a częściowo tutaj, w Pinewood Studios, gdzie kontrolowane warunki pozwalały na realizację tych fragmentów, których nie dało się bezpiecznie odtworzyć na żywej ulicy, nawet przy zamkniętym ruchu i tuzinie osób pilnujących bezpieczeństwa. Motocykl mknący między samochodami z prędkością, przy której jeden błąd oznaczałby coś więcej niż tylko przerwaną scenę, efektowny przeskok z siodełka na maskę pędzącego auta, a później strzelanina rozgrywająca się w świetle ulicznych latarni i neonów odbijających się w mokrym asfalcie po niedawnym, sztucznie wywołanym deszczu. Wszystko działo się późno w nocy, kiedy miasto samo zdawało się stawać integralną częścią scenografii. Nawet powietrze pachniało sztucznym dymem i spalinami.
Miał się za człowieka orkiestrę. Był dobry w swoim zawodzie i rzadko kiedy odmawiał wyzwania, które mogłoby dodać scenie autentyczności, choćby wymagało to od niego wielu dodatkowych godzin prób. Nie zamierzał jednak ryzykować życia dla kilku sekund materiału filmowego, nawet najbardziej spektakularnego. Nie tylko dlatego, że dbał o swoją twarz i nie chciał, żeby coś jej się stało. Choć to oczywiście też miało znaczenie – i to spore – biorąc pod uwagę, ile zyskiwał właśnie dzięki temu, jak wyglądał. Istnieli po prostu ludzie wyszkoleni dokładnie do tego rodzaju szaleństw, którzy poświęcili temu lata treningu, i nie widział sensu w odbieraniu im pracy tylko po to, żeby udowodnić coś, czego i tak nikt od niego nie oczekiwał. W tym samym czasie nie miał problemu ze scenami walki – pozorowana broń palna była lekka, przewidywalna, łatwa do opanowania po kilku próbach. Ale akrobacje, przeskakiwanie między pojazdami, skoki na linie, turlanie się pod jadącym samochodem – to wszystko zwyczajnie nie było dla niego. Granice. Miał je nawet on. Wolał zostawić to komuś, kto robił to z prawdziwą pasją, a nie z poczucia zawodowego obowiązku.
Właśnie schodził ze sceny, na której doszło do wymiany ognia w opuszczonym magazynie. Jego postać dostała rykoszetem w bok – draśnięcie, nic poważnego z perspektywy fabuły, wystarczające jednak, żeby kontynuować starcie z przeciwnikami z podbudowanym dramatyzmem, jakiego wymagał scenariusz. Był teraz umorusany sztuczną krwią, która lepiła mu się do koszuli, i porządnie zmęczony po intensywnym bieganiu z punktu do punktu, kadrem powtarzanym raz za razem, aż ujęcie było idealne. Na szczęście reżyser wydawał się zadowolony z materiału i nie zapowiadało się na dodatkowe powtórki tej konkretnej sceny, choć czekało ich jeszcze kilka dogrywek później w tygodniu. Teraz jednak przyszła kolej na kaskaderskie wyczyny jego dublera. Sam pościg nagrano już wcześniej w mieście; teraz musieli dokończyć te bardziej niebezpieczne fragmenty, których nie dało się zrealizować w prawdziwej miejskiej dżungli bez ryzyka, którego żadna ekipa ubezpieczeniowa nie chciała podjąć bez ścisłej kontroli środowiskowej.
Usiadł na krześle z jego imieniem i nazwiskiem wypisanym na oparciu. Ktoś z ekipy szybko podał mu wodę w kubeczku ze słomką. Zrobił kilka łyków, dopiero wtedy pozwalając sobie na głębszy oddech przepełniony ulgą i na moment całkowitego bezruchu, którego jego ciało domagało się od dobrej godziny.
Rozejrzał się po planie. Nie dostrzegał nigdzie Ryu.
W duchu już go przeklinał. Pewnie znowu się spóźnił, bo gdzieś po drodze zatrzymał się, żeby komuś zaimponować szybkością jazdy albo popisać się przed kimś, kto akurat stanął mu na drodze. Typowe. Zupełnie naturalne dla tego człowieka. Prawie czuł się zaskoczony.

Ryu Hollingsworth