my boy plays a game with my heart on the flatline
: pn wrz 28, 2026 6:30 pm
He likes to keep me halfway out
You know, girls like me, we've got a slow pulse
Hit the trip switch, baby, I'm all right
Niemal zabawne, że dosłownie za każdym razem, kiedy znajdował się w podobnych okolicznościach, Saschę Fontaine dopadało zawsze to samo spostrzeżenie: Było coś obrzydliwie intymnego w cudzej nieprzytomności.
Klęczał na łóżku, na bieli pościeli, złamanej nieco żółcią świateł latarni, wpadającego do pokoju przez szczelinę w ciężkich, welurowych zasłonach, po raz trzeci przykładając dwa palce do szyi leżącego obok mężczyzny. Tym razem zrobił to trochę zbyt lekko, jakby puls był istotą, którą można było spłoszyć nieostrożnym dotykiem, i przez kilka sekund nie znajdował niczego poza ciepłą, wilgotną skórą oraz własnym tętnem uwięzionym w opuszkach; dopiero później, kiedy przesunął palce odrobinę w bok, poczuł pod nimi szybkie, nierówne drżenie. Wypuścił powietrze przez nos, bardzo, bardzo powoli. Nie pamiętał przy tym, kiedy brał wdech - ani, że go w ogóle wstrzymywał.
— Okay — Wymamrotał pod nosem, bardziej do samego siebie - albo do tego siedmioletniego Saschy, który już na zawsze uwięziony był w jego wnętrzu - niż do kogokolwiek innego. Czterdziestolatek na łóżku z pewnością go nie słyszał.
Jeszcze godzinę temu miał imię, głos, drogi zegarek i irytujący zwyczaj poprawiania Saschy za każdym razem, kiedy ten wymawiał nazwę danego wina w karcie menu trochę niewprawnie. Teraz był przede wszystkim zbiorem funkcji, które należało sprawdzać metodycznie jedna po drugiej: oddechem, pulsem, temperaturą skóry, źrenicami, których szerokości Fontaine nie potrafił ocenić w przygaszonym świetle. Wyprężając ciało w lewo, wysunął rękę po telefon, i włączył latarkę, kierując jej światło na męską twarz. Jego klient drgnął (albo tylko mu się wydawało), co musiało być dobrym znakiem. Chyba. Prawda.
Sascha nie miał pojęcia. Nie był przecież, kurwa, lekarzem.
Pokój w Gladstone House pachniał tą specyficzną, subtelną wonią wydzielaną przez intensywnie pracującą klimatyzację, ale też alkoholem i seksem, co akurat nie powinno stanowić żadnej niespodzianki. Na oparciu fotela przy łóżku leżały ubrania - jego własne, starannie złożone w kostkę. Na szafce nocnej znalazło się kilka przedmiotów: hotelowa karta, sygnet zdjęty z palca przez mężczyznę, pozostałość białego proszku oczywistej natury, teraz zniwelowana do warstewki białego osadu na ciemnym drewnie blatu.
Sascha ponownie przeniósł wzrok na swojego towarzysza, przez jakąś chwilę w skupieniu licząc jego oddechy. Góra-dół - nikłe, ale równe falowanie piersi. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści razy. Ale kiedy Sascha powiedział jego imię, najpierw cicho, potem głośniej, nie otrzymał odpowiedzi, a kiedy potrząsnął go za ramię, ciało poruszyło się ciężko i bezwolnie w sposób, który pamiętał lepiej niż własną datę urodzenia.
Nie, nie, nie. Blondyn potrząsnął głową. To nie był Berlin, a Sascha był przecież dorosły. Zamiast dziecięcej skarpetki, albo wyświechtanego, pluszowego zwierzątka, które zagubiono w procesie wydawania Fontaine'a rodzinie zastępczej, na podłodze leżała tubka lubrykantu. I ponad wszystko: człowiek obok niego żył. Pozostawało tylko pytanie - jak długo jeszcze?
Sascha rozumiał, że powinien zadzwonić po karetkę.
Zanim kompletnie odleciał, jego klient zdążył jednak
Obrócił telefon w chłodnej dłoni, zwalniając blokadę ekranu. Zwiesił nogi poza krawędź łóżka i oparł nadgarstek o nagie kolano. Przez moment wpatrywał się w listę kontaktów. Potem zaklął siarczyście, i po niemiecku.
River Gurney nie był jego przyjacielem - ta myśl pojawiła się pierwsza, i z jakiegoś powodu wydała mu się bardzo istotna. River Gurney nie był jego przyjacielem, nie był jego lekarzem, nie był nawet szczególnie miłym człowiekiem. Był dokładnie tym samym, co inni mężczyźni w jego życiu - facetem, który parę razy zapłacił Saschy za to, żeby na trochę przestać zastanawiać się czy ktoś rzeczywiście ma ochotę znajdować się w jego mieszkaniu, a Sascha, profesjonalista przecież w tych wszystkich małych oszustwach, które ludzie nazywali intymnością, sprawił, że przez kilka godzin odpowiedź brzmiała tak.
Nacisnął zieloną słuchawkę, a potem prawie się rozłączył, gdy dotarła doń skala absurdu całej tej sytuacji. Nie musiał szczególnie wytężać wyobraźni, by zobaczyć w myślach grymas wykrzywiający twarz lekarza (jakby, pomyślał, nie była już i tak wystarczająco oszpecona), nie tylko na widok nadchodzącego połączenia, ale i godziny malującej się w prawym rogu ekranu. Wytrwał jednak jakimś cudem, tolerując irytującą rytmiczność sygnału oczekiwania na reakcję odbiorcy aż do momentu, gdy po drugiej stronie linii rozległ się znajomy głos.
— Sorry — Powiedział Sascha, rzucając okiem przez ramię, na leżące za nim ciało. Na tym etapie w gruncie rzeczy nie był już stuprocentowo pewien, kogo w ogóle przeprasza — Wiem, która jest godzina.
Pozwolił własnym słowom wybrzmieć, przesuwając dłonią po konturze swojej twarzy, potem po karku, aż do linii włosów, podrażnionej tym, czy innym co mocniejszym szarpnięciem.
- Będę potrzebował, żebyś przyjechał do West End, okay?
River Gurney