Strona 1 z 1

my boy plays a game with my heart on the flatline

: pn wrz 28, 2026 6:30 pm
autor: sascha fontaine
My boy plays a game with my heart on the flatline
He likes to keep me halfway out
You know, girls like me, we've got a slow pulse
Hit the trip switch, baby, I'm all right


Niemal zabawne, że dosłownie za każdym razem, kiedy znajdował się w podobnych okolicznościach, Saschę Fontaine dopadało zawsze to samo spostrzeżenie: Było coś obrzydliwie intymnego w cudzej nieprzytomności.
Klęczał na łóżku, na bieli pościeli, złamanej nieco żółcią świateł latarni, wpadającego do pokoju przez szczelinę w ciężkich, welurowych zasłonach, po raz trzeci przykładając dwa palce do szyi leżącego obok mężczyzny. Tym razem zrobił to trochę zbyt lekko, jakby puls był istotą, którą można było spłoszyć nieostrożnym dotykiem, i przez kilka sekund nie znajdował niczego poza ciepłą, wilgotną skórą oraz własnym tętnem uwięzionym w opuszkach; dopiero później, kiedy przesunął palce odrobinę w bok, poczuł pod nimi szybkie, nierówne drżenie. Wypuścił powietrze przez nos, bardzo, bardzo powoli. Nie pamiętał przy tym, kiedy brał wdech - ani, że go w ogóle wstrzymywał.
— Okay — Wymamrotał pod nosem, bardziej do samego siebie - albo do tego siedmioletniego Saschy, który już na zawsze uwięziony był w jego wnętrzu - niż do kogokolwiek innego. Czterdziestolatek na łóżku z pewnością go nie słyszał.
Jeszcze godzinę temu miał imię, głos, drogi zegarek i irytujący zwyczaj poprawiania Saschy za każdym razem, kiedy ten wymawiał nazwę danego wina w karcie menu trochę niewprawnie. Teraz był przede wszystkim zbiorem funkcji, które należało sprawdzać metodycznie jedna po drugiej: oddechem, pulsem, temperaturą skóry, źrenicami, których szerokości Fontaine nie potrafił ocenić w przygaszonym świetle. Wyprężając ciało w lewo, wysunął rękę po telefon, i włączył latarkę, kierując jej światło na męską twarz. Jego klient drgnął (albo tylko mu się wydawało), co musiało być dobrym znakiem. Chyba. Prawda.
Sascha nie miał pojęcia. Nie był przecież, kurwa, lekarzem.

Pokój w Gladstone House pachniał tą specyficzną, subtelną wonią wydzielaną przez intensywnie pracującą klimatyzację, ale też alkoholem i seksem, co akurat nie powinno stanowić żadnej niespodzianki. Na oparciu fotela przy łóżku leżały ubrania - jego własne, starannie złożone w kostkę. Na szafce nocnej znalazło się kilka przedmiotów: hotelowa karta, sygnet zdjęty z palca przez mężczyznę, pozostałość białego proszku oczywistej natury, teraz zniwelowana do warstewki białego osadu na ciemnym drewnie blatu.
Sascha ponownie przeniósł wzrok na swojego towarzysza, przez jakąś chwilę w skupieniu licząc jego oddechy. Góra-dół - nikłe, ale równe falowanie piersi. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści razy. Ale kiedy Sascha powiedział jego imię, najpierw cicho, potem głośniej, nie otrzymał odpowiedzi, a kiedy potrząsnął go za ramię, ciało poruszyło się ciężko i bezwolnie w sposób, który pamiętał lepiej niż własną datę urodzenia.
Nie.

Nie, nie, nie. Blondyn potrząsnął głową. To nie był Berlin, a Sascha był przecież dorosły. Zamiast dziecięcej skarpetki, albo wyświechtanego, pluszowego zwierzątka, które zagubiono w procesie wydawania Fontaine'a rodzinie zastępczej, na podłodze leżała tubka lubrykantu. I ponad wszystko: człowiek obok niego żył.
Pozostawało tylko pytanie - jak długo jeszcze?

Sascha rozumiał, że powinien zadzwonić po karetkę.
Zanim kompletnie odleciał, jego klient zdążył jednak błagać go powiedzieć mu, żeby tego nie robił; najpierw stanowczo, potem bełkotliwie. Sascha wiedział, że życzenia człowieka, który pięć minut później wpada w stan zawieszenia między śmiercią i życiem, mają ograniczoną wartość negocjacyjną, ale wiedział też o jego pracy, żonie, dzieciach i reputacji. Jednym słowem, o wszystkich tych rzeczach, którymi ludzie chełpią się za dnia, i których panicznie boją się utracić po zmroku.
Obrócił telefon w chłodnej dłoni, zwalniając blokadę ekranu. Zwiesił nogi poza krawędź łóżka i oparł nadgarstek o nagie kolano. Przez moment wpatrywał się w listę kontaktów. Potem zaklął siarczyście, i po niemiecku.
River Gurney nie był jego przyjacielem - ta myśl pojawiła się pierwsza, i z jakiegoś powodu wydała mu się bardzo istotna. River Gurney nie był jego przyjacielem, nie był jego lekarzem, nie był nawet szczególnie miłym człowiekiem. Był dokładnie tym samym, co inni mężczyźni w jego życiu - facetem, który parę razy zapłacił Saschy za to, żeby na trochę przestać zastanawiać się czy ktoś rzeczywiście ma ochotę znajdować się w jego mieszkaniu, a Sascha, profesjonalista przecież w tych wszystkich małych oszustwach, które ludzie nazywali intymnością, sprawił, że przez kilka godzin odpowiedź brzmiała tak.

Nacisnął zieloną słuchawkę, a potem prawie się rozłączył, gdy dotarła doń skala absurdu całej tej sytuacji. Nie musiał szczególnie wytężać wyobraźni, by zobaczyć w myślach grymas wykrzywiający twarz lekarza (jakby, pomyślał, nie była już i tak wystarczająco oszpecona), nie tylko na widok nadchodzącego połączenia, ale i godziny malującej się w prawym rogu ekranu. Wytrwał jednak jakimś cudem, tolerując irytującą rytmiczność sygnału oczekiwania na reakcję odbiorcy aż do momentu, gdy po drugiej stronie linii rozległ się znajomy głos.
— Sorry — Powiedział Sascha, rzucając okiem przez ramię, na leżące za nim ciało. Na tym etapie w gruncie rzeczy nie był już stuprocentowo pewien, kogo w ogóle przeprasza — Wiem, która jest godzina.
Pozwolił własnym słowom wybrzmieć, przesuwając dłonią po konturze swojej twarzy, potem po karku, aż do linii włosów, podrażnionej tym, czy innym co mocniejszym szarpnięciem.
- Będę potrzebował, żebyś przyjechał do West End, okay?

River Gurney

my boy plays a game with my heart on the flatline

: wt paź 06, 2026 12:19 am
autor: River Gurney
trigger warning
opis demencji
Nie pamiętał, kiedy zasnął – musiało być przed dziesiątą, bo oglądał mecz, choć nie mógł przypomnieć sobie kto grał, ani jaki był wynik. Telewizor stracił sygnał i teraz na ekranie poruszały się cętki elektrycznego szumu, a cały pokój wypełniało statyczne rzężenie matrycy. Wciśnięty gdzieś pomiędzy poduszki kanapy, dzwonił telefon – zdławiony sygnał dzwonka, refren piosenki Hey, Bulldog, która doprowadzała go do mdłości. If you're lonely, you can talk to me było ironicznym wyborem – w rzeczywistości rzadko odbierał połączenia. Zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie, jaki był dzień – wrócił do mieszkania późno, miał dyżur medyczny, dwadzieścia cztery godziny spędzone na oddziale, pamiętał, że prawie zasnął w samochodzie, czekając na skrzyżowaniu, że reflektory jadących przed nim pojazdów rozmazywały mu się w mgliste, czerwone smugi, świetliste otoki wokół opraw ulicznych lamp. Pamiętał, że pod koniec zmiany na oddział trafiła starsza kobieta – miała osiemdziesiąt sześć lat, niewydolność nerek i złamane biodro, a do tego ciężkie stadium demencji. Jej rodzina nieustannie pytała go, czy z tego wyjdzie? Czy można podać jej leki? Kiedy będą mogli wrócić do domu? Miał ochotę się roześmiać, ale podejrzewał, że w jego śmiechu byłoby słychać histeryczną nutę – pacjentka zaczęła krzyczeć i płakać, nie rozumiała, gdzie jest, twierdziła, że została porwana. Powinien był podać jej morfinę i pozwolić jej odejść, ale rodzina nie była na to gotowa, nie zdążyli się pożegnać, nie zdążyli pogodzić się z jej śmiercią (czy przypadkiem nie właśnie na wypadek takich sytuacji, pomyślał z przekąsem, kupuje się dzieciom chomiki? Żeby nauczyły się rozstawać z ukochanymi?) – kiedy doszło do zatrzymania krążenia, wszyscy wyszli z pokoju, chowając twarze w dłoniach, a on miał ochotę krzyczeć do nich, żeby wrócili, żeby stali przy łóżku i patrzyli na to, co kazali mu robić, żeby zobaczyli, przez co przechodzi osoba, którą podobno darzyli miłością. Zwierzętom zapewniano więcej godności – mogły przynajmniej umrzeć w spokoju.
Kobieta zmarła, a on nie chciał pamiętać jej twarzy, choć wiedział, że nie będzie w stanie już jej zapomnieć – w pewien sposób przypominała mu matkę. Miała włosy farbowane na rdzawy odcień czerwieni, choć białe odrosty sięgały jej prawie do ucha i podobne, jasnobłękitne oczy, które, pomimo jej wieku, przywodziły na myśl oczy kociąt, dopiero z wiekiem osiągające prawdziwą barwę. Jego matka również, pod koniec życia, nie potrafiła zrozumieć otaczającego ją świata – dzwoniła do niego kilka razy dziennie, zapominała, jak odczytywać godzinę z zegarka i powtarzała, że w łazience jest obca osoba, choć zobaczyła jedynie własne odbicie w lustrze nad umywalką. Je suis malade, powiedziała mu na kilka tygodni przed swoją śmiercią, jak zawsze po francusku, a on tylko skinął głową, je n'ai plus envie de vivre ma vie. Nie zaprzeczył, choć dopiero później dowiedział się, że cytowała jedynie tekst piosenki Lary Fabian.
Telefon zawibrował kolejnym sygnałem, wrzynając mu się niewygodnie pod żebra. Przekręcił się na prawy bok – bolało go całe ciało, zmęczone dłonie i mięśnie zbite w ciasne supły. Płytko w oczodołach zbierały się pierwsze objawy migreny. Pamiętał już wszystko – wyszedł z pracy o dziewiątej i nie miał siły się zabić, więc wrócił do domu i włączył pierwszą połowę meczu Hiszpania–Argentyna. Podniósł w końcu telefon do twarzy, mrużąc oczy, kiedy oślepiło go jasne światło odblokowanego ekranu. Sascha. Zawahał się, spoglądając wyżej, na godzinę w prawym, górnym rogu i zawieszając palec nad czerwonym krzyżykiem odrzuconego połączenia, ale finalnie westchnął tylko ciężko, przeciągając zieloną słuchawkę i przyciskając telefon do ucha.
– No, mów. – mruknął, nieprzekonany. Co on sobie wyobrażał? Mieli pewną umowę – owszem, ale nie przypominał sobie, żeby obejmowała odbieranie telefonów po północy i wyświadczanie przysług. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli nawet kochankami. – Ja też potrzebuję wielu rzeczy. Zadzwoń po taksówkę. – powinien był się rozłączyć, rzucić telefon w kąt pomieszczenia, wrócić spać – dyskretnie spojrzał na pozostawioną na stole butelkę whisky, do połowy pełną lub do połowy pustą, pomyślał, że gdyby napił się teraz, nie musiałby nigdzie jechać, mógłby zamknąć oczy, nie myśleć o tym, co działo się po drugiej stronie West End. – Co się stało? – spytał w końcu, wbrew sobie, a w jego głosie przebrzmiało wyraźne zrezygnowanie.

sascha fontaine

my boy plays a game with my heart on the flatline

: ndz paź 11, 2026 6:36 pm
autor: sascha fontaine
Klara Nachtigall kochała The Beatles z tą samą nieprzytomną, niemal religijną gorliwością, z jaką wielbiła wiele innych rzeczy, które zdążyły wydarzyć się na świecie zanim sama nań przyszła - jakby po czasie, zbyt dzika jak na rzeczywistość, w której przyszło jej żyć, i zbyt nieokiełznana aby sobie z nią poradzić. Sascha pamiętał znacznie więcej wyśpiewywanych głosem Lennona melodii niż dziecięcych kołysanek, więcej angielskich słów piosenek niż niemieckich bajek, i jeszcze długo po śmierci matki potrafił bezbłędnie rozpoznać pierwsze takty utworów, których tytułów nie umiał nawet poprawnie wymówić. Nie pamiętał już natomiast, jak brzmiał jej własny głos, co wydawało mu się szczególnie niesprawiedliwe, skoro gdzieś w głowie nadal przechowywał wszystkie te cholerne melodie. Hey Bulldog, o ironio, należało do ulubionych utworów Klary - zwłaszcza niosący się na nagraniu śmiech i dźwięk psich szczeknięć. Gdyby rzeczywiście byli sobie bliscy - gdyby byli kochankami albo przyjaciółmi, albo przynajmniej kimkolwiek więcej niż dwojgiem ludzi związanych węzłem konkretnej i prostej transakcji - może nawet opowiedziałby o tym Riverowi, i może nawet rozpłakałby się gdzieś pomiędzy jednym zdaniem i następnym, poszukując ukojenia w dotyku chłodnej skóry i twardych mięśni bruneta.
Lekarz miał jednak rację: powinien był się rozłączyć, przypomniawszy tym samym Saschy o treści zawartej przez nich, choćby niewypowiedzenie, umowy. Ponieważ jednak tego nie zrobił, sam Fontaine nie zamierzał nagle zmienić zdania i uznać, że jednak poradzi sobie sam, albo z pomocą kogoś innego, skoro potencjalne rozwiązanie znajdowało się tak blisko. Nawet, jeśli brzmiało jak wybudzone ze snu i tym samym rozeźlone, gotowe do ataku zwierzę.
Przez chwilę blondyn zastanawiał się, czy River zawsze był aż tak nieprzyjemny, a on po prostu nie miał wcześniej okazji aby to zauważyć, zbyt zajęty transakcyjną w naturze przyjemnością. W innych okolicznościach pewnie by się nawet roześmiał, i może zapytał, czy Gurney tak samo odzywa się do swoich pacjentów; teraz jednak patrzył na mężczyznę leżącego na łóżku i myślał wyłącznie o tym, że przez ostatnie kilkadziesiąt sekund jego klatka piersiowa uniosła się zaledwie kilka razy.
— Taksówkę? — powtórzył, z tak autentycznym zdziwieniem, jakby River zaproponował mu na przykład zamówienie pizzy. — Nie wydaje mi się, żeby był w stanie do niej wsiąść.
Nie wyjaśnił od razu, kogo miał na myśli. Przesunął natomiast telefon między ramieniem a uchem, uwalniając obie dłonie, i ostrożnie obrócił mężczyznę na bok, nie bez trudności, ponieważ ten był od niego znacznie cięższy, a jego ciało stawiało osobliwy, bezwładny opór, jakby wszystkie mięśnie, które jeszcze niedawno potrafiły utrzymać go w pionie, postanowiły zbuntować się przeciwko właścicielowi (i, przy okazji, Saschy) w równoczesnej rewolcie. W milczeniu, przez kilka sekund obserwował ruch żeber pod skórą tego człowieka, ponownie próbując zdecydować, czy jego oddech rzeczywiście zrobił się płytszy, czy to tylko jego własna percepcja zaczynała deformować rzeczywistość.
— Jestem z kimś — powiedział wreszcie, a potem zmarszczył brwi, ponieważ zabrzmiało to niemal jak wyznanie dotyczące jego życia uczuciowego, a tego przecież River ani nie chciał, ani nie potrzebował, ani na to nie zasługiwał. — To znaczy, byłem. Bo on...

On co, Sascha?
Migrena Gurney'a musiała być zakaźna i sprytna, podróżując po niewidzialnych łączach albo za sprawą telepatii, bo teraz to młodszy z mężczyzn poczuł jej zwiastuny gdzieś na peryferiach świadomości, gotowe by niebawem - kiedy opadną emocje i napięcie - rozkwitnąć w brzydkie kwiaty pełnoprawnego bólu.
— Wziął coś. Nie wiem dokładnie co, bo powiedział mi, że G, ale znalazłem też inne rzeczy, a wcześniej pił. Na początku był tylko trochę... — Urwał, szukając słowa, które nie zabrzmiałoby ani przesadnie dramatycznie, ani idiotycznie lekkomyślnie. — Nieobecny. Potem zwymiotował, a teraz nie mogę go porządnie dobudzić.
Dopiero teraz spostrzegł, że pod paznokciem wskazującego palca miał niewielką ilość zaschniętej krwi. Nie był pewien czyjej, i w pierwszym odruchu prawie uniósł dłoń do warg, by odruchowo wyssać rdzawy kolor spod płytki, ale zaraz wyobraził sobie, że mogłaby smakować, a nawet działać jak trucizna. Zacisnął powieki tak mocno, aż pojawiły się pod nimi jasne, pulsujące plamy. Meduzy bladego światła niemające się gdzie podziać.
— Powiedział, żebym nie dzwonił po karetkę — wyjaśnił, choć wiedział doskonale, jak zabrzmi to w uszach lekarza. — Zanim przestał odpowiadać. Nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział...
Idiota. Nie Gurney, i nie klient Saschy, a sam Fontaine. Czego się niby spodziewał? Naprawdę właśnie tego, że przysięga lekarska wystarczy, by mężczyzna po drugiej stronie słuchawki ruszył mu na pomoc w jakimś kretyńskim przypływie heroicznego altruizmu. Prośba o jego przyjazd była przedwczesna i zwyczajnie głupia, i za jakiś czas Sascha samemu sobie zapewni piekło za tak żenujący przejaw niedorosłości. A jednak desperacko potrzebował towarzystwa - w podobny, i równocześnie zupełnie inny sposób, niż zazwyczaj potrzebował go przy nim sam River.
— Inaczej. Nie zajmę ci za wiele czasu - Westchnął w słuchawkę, przełykając ślinę wraz z kurwą, która cisnęła mu się na język - Możesz mi po prostu powiedzieć, co mam robić?


River Gurney

my boy plays a game with my heart on the flatline

: wt paź 20, 2026 12:24 am
autor: River Gurney
Powinno mu zależeć – powinien rozpoznać strach w głosie Saschy, nawet przez zakłócenia telefonu, który trzymał tak blisko, że czuł się, jakby chłopak siedział obok niego i szeptał mu do ucha. Myśl sprawiła, że poczuł w podbrzuszu znajome ukłucie pożądania, a potem, trochę wyżej, znajome ukłucie wstydu – odetchnął ciężko, skupiając się na tym, jak duszne, spuchnięte dymem powietrze powoli wypełniło mu płuca. Nie zależało mu – był po prostu zły. Dlaczego taki jesteś? spytał go kiedyś Min – pamiętał, że byli w restauracji i pokłócili się o coś głupiego. Nie zauważył, kiedy podniósł głos, a gdy w końcu umilkł, Min patrzył na niego z przeciwnej strony stołu – jego oczy błyszczały w słabym świetle lamp, a przy dolnej powiece zebrała mu się cienka warstwa łez. Był na niego wściekły – również za tę wrażliwość, bo wyobrażał sobie, jak siedzący w pobliżu ludzie patrzyliby na nich z zażenowaniem, gdyby się rozpłakał. Wstał, powiedział, że wychodzi zapalić i oparł się plecami o ścianę przed wejściem do restauracji, a Min za jakiś czas przyszedł za nim, musiał sam opłacić rachunek, bo nigdy nie wrócili z powrotem do środka. Twoja wrogość nie może być wrodzona, powiedział mu wtedy, a on ze zgrozą zauważył, że w jego głosie wciąż nie było słychać gniewu – chciał, żeby się zdenerwował, chciał, żeby na niego krzyczał, żeby popchnął go na jezdnię, żeby powiedział mu, jak bardzo go nienawidzi, ale on nigdy nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Skąd się wzięła? spytał zamiast tego. Nie był w stanie ponownie spojrzeć mu w oczy. Kto ci to zrobił, River? Uważał, że coś musiało mu się przydarzyć – coś, o czym mu nie powiedział lub coś, o czym powiedział mu niewystarczająco. Przekartkował w myślach pojedyncze wspomnienia – ojciec, który, w drodze powrotnej z koncertu, zostawił go na stacji benzynowej w Vanscoy, trzydzieści kilometrów od domu, lub chłopiec w podstawówce, który na oczach całej klasy przygniótł go do podłogi i udawał, że uprawiali seks, lub kobieta, który trzymała go za rękę i w obcym języku prosiła, żeby nie pozwolił jej umrzeć, no puedes hacerme eso, por favor; zmarła, zanim karetka zdążyła dojechać do szpitala – ale prawda była znacznie prostsza i bardziej oczywista. Nikt nie potraktował go niesprawiedliwie – wszystko, co mu się przydarzyło, sprowadził na siebie sam.
Nie zauważył, kiedy zacisnął zęby, ale teraz zdał sobie sprawę, że bolała go szczęka – miał ochotę się rozłączyć, zablokować numer Saschy, którego nigdy nie dodał do swojej listy kontaktów, ale który mimo woli znał na pamięć; rozpoznał go od razu, kiedy pojawił się na ekranie. Pomyślał, jak zareagowałby Min, gdyby się dowiedział – że sypiał z chłopakiem, który był ponad dziesięć lat od niego młodszy, że robił z nim rzeczy, których nigdy nie robił z nim, że mu płacił. Wyobrażał sobie jego minę – przestraszoną lub odstręczoną, nie potrafił stwierdzić, ale uczucie, które w nim wywołała, było gorące, ostre i złe, przypominało upokorzenie i pozostawiało w ustach mdły smak przegotowanego mleka.
– Ja pierdolę – skomentował, kiedy Saschy w końcu udało się wysłowić. – Kurwa – gwałtownie wstał z kanapy, aż przed oczami pojawiły mu się pojedyncze, ciemne plamy, winieta nasiąkająca w zawężone pole widzenia, zanim zamrugał kilka razy, opierając się o kuchenny blat. – Ty siebie słyszysz w ogóle? – jego głos naciągnął się mocniej na cięciwę krtani, nagle poważniejszy i bardziej surowy. Po raz kolejny przeszło mu przez myśl, że powinien się rozłączyć – zadzwonić po karetkę, podać im adres, wiedział przecież jaki. Zamiast tego docisnął jednak nieporadnie telefon ramieniem do ucha i narzucił na ramiona kurtkę, prawie potykając się o wysunięty z rękawa szalik, kiedy przechodził przez próg. – Sprawdziłeś, czy oddycha? – spytał, czekając na potwierdzenie. – Obróć go na bok. I odchyl mu głowę, zanim zadławi się własnymi rzygami. – mieszkał na czwartym piętrze, ale miał wrażenie, że schody ciągnęły się w nieskończoność, zanim w końcu uderzyło go chłodne, wilgotne powietrze. Włączył telefon na głośnomówiący i rzucił go na siedzenie pasażera w samochodzie, po czym przekręcił kluczyk w stacyjce. – Kurwa – trzy razy, zanim warkot silnika w końcu rozpruł panującą na zewnątrz ciszę. – Jesteś tam? – spytał z wyrzutem, ponaglająco. – Możesz mówić mi co się dzieje? Powinieneś zadzwonić po karetkę, nie do mnie. – wyjechał na ulicę – o tej porze drogi były prawie zupełnie puste. – Nie do mnie.

sascha fontaine

my boy plays a game with my heart on the flatline

: czw paź 22, 2026 4:14 pm
autor: sascha fontaine
Wstyd i pożądanie także w ciele Saschy mieszkały względem siebie po sąsiedzku, mniej więcej tak, jak on sam mieszkał wraz z matką w stosunku do innych lokatorów ich małego mieszkania w Kreuzbergu. Ściany były tak cienkie, że czasem otwierał usta i słyszał cudzy ton - jakby tembr głosu faceta spod jedenastki wcale nie dobiegał za ściennego przepierzenia, a gdzieś z poziomu jego własnej, sześcioletniej wówczas przepony. Czasem trudno było rozróżnić jedno od drugiego; nakreślić grubą, jednoznaczną linię, która pozwoliłaby się rozeznać we własnych odczuciach. Nie zdziwiłoby go więc wcale, gdyby River poczuł się najpierw skonfundowany, potem winny, a na końcu może i obrzydzony. W końcu Fontaine właśnie to lubił wzbudzać we własnym otoczeniu: fuzję emocji tak kontrastowych i skrajnych, że nie dało się ich zignorować.
- Mhm - Potaknął po prostu, czując jak stopniowo ogarnia go ten cudowny, znajomy chłód zaczynający się gdzieś na wysokości bioder i pędzący równocześnie w górę i dół ciała; słodki, niepowstrzymany przypływ dysocjacji, który w klinicznym ujęciu powinien był go martwić, ale w czasie rzeczywistym dodawał mu raczej otuchy i niepotrzebnie zadziornego, szczeniackiego animuszu - No i widzisz, a ja miałem pierdolić, tylko sprawa się zesrała - Odparował, kompletnie mimo uszu puściwszy resztkę serwowanej mu przez Rivera wiązanki. W innych okolicznościach, z czego sprawę miał zdać sobie dopiero za jakiś czas, lubił kiedy Gurney przeklinał. Było mu z tym, w odbiorze blondyna, do twarzy - bo może brzydkie słowa pasowały do brzydkich blizn, albo po prostu upodabniały go do postaci, którą póki co był w wyobraźni Saschy? Gniewnej, skrzywdzonej, zdolnej, by zniechęcić do siebie cały świat - z samym sobą na czele.
Ponownie spuścił wzrok na własne ręce, kantem paznokcia u palca wskazującego podważając czarny lakier łuszczący się na płytce u kciuka. Mężczyzna za jego plecami oddychał, i o tyle o ile Sascha się orientował, nie dławił się ani własnymi plwocinami, ani językiem. To samo - choć pamiętał to bardziej ciałem, nie umysłem - robił przecież z własną matką, dopóki -
- Masz mnie za kompletnego idiotę? - Zapytał, z kolejną wypowiedzią spiesząc na tyle prędko, by przypadkiem nie dać Riverowi czasu i przestrzeni na odpowiedź - Oczywiście, że tak. Oddycha. Jeszcze - Dodał, takim mniej więcej tonem, jakim ktoś mógłby powiedzieć: spokojnie, bez pośpiechu. Cmoknął cicho w słuchawkę, a potem umilkł, przymykając powieki by móc skoncentrować całą uwagę na dźwiękach dobiegających z drugiego krańca linii, zza pleców Rivera, spod jego dłoni i stóp. Niedorzecznym byłoby nie przyznać się choć przed samym sobą, że na niego nie czekał, że go teraz nie potrzebował, że dzwonił tak po prostu, powodowany wyłącznie jakimś kretyńskim impulsem, a nie autentyczną paniką. Domyślał się również, że Gurney zwyczajnie musi wyczuwać te emocje w jego głosie, choć Sascha przecież starał się (nigdy, nigdy, nigdy) nie skamleć, i nie prosić.
Szelest; czego? Ortalionu? Skóry? Dźwięk wydawany przez materiał, zbyt krótki, by Fontaine mógł odgadnąć rodzaj tkaniny. Potem charakterystyczne zgrzytnięcie zawiasów, dwukrotne - raz przy zamykaniu, drugi raz przy otwieraniu dwóch różnych par drzwi. Stukot podeszew na wilgotnym asfalcie albo płytkach podjazdu. Wreszcie, upragnienie, miarowy, cichutki śpiew kierunkowskazu.
- Jestem - Potaknął, myśląc o wierszach Sylvii Plath i o własnym pulsie, tętniącym trochę powyżej grdyki w metronomicznym rytmie - Nic się nie dzieje. Czekamy. Przecież ci, kurwa, powiedziałem, że nie mogę zadzwonić po karetkę - Powiedział. I znowu ten spokój, jakby jakaś jego część znalazła się pod narkozą. Może było to sensowne - w końcu Gurney był lekarzem - Długo ci to zajmie? Mam zrobić coś jeszcze?

River Gurney

my boy plays a game with my heart on the flatline

: ndz paź 25, 2026 1:43 am
autor: River Gurney
Zaciskał dłonie na kierownicy – pokrywała je powłoka blizn, zgrubień, które z czasem straciły pierwotną barwę, stały się gładkie i prawie białe, nie tak wyraźne jak te, które oblekały jego twarz, w niektórych miejscach wyczuwalne jedynie pod palcami drugiej dłoni. Min zawsze powtarzał, że miał ładne dłonie – wcześniej, przed wypadkiem – przesuwał palcami po jego knykciach i uśmiechał się, unosząc podbródek, mówił cichym, przeciągłym szeptem i zawsze patrzył mu przy tym w oczy, chciałbym, żeby mnie nimi– zacisnął zęby; wspomnienie sprawiło, że poczuł w żołądku znajomy ucisk żalu, który szybko wykrwawił się w gniew. Miał ochotę na papierosa, na trzask zapalniczki i gryzący zapach dymu, ale przez uchylone okno czuł jedynie odór miasta – wilgotne powietrze, marihuanę i ciężkie opary gazu ściekowego. Odetchnął – cicho, tak, żeby odgłos nie przedostał się na drugą stronę połączenia – usiłując skupić się na tym, co mówił Sascha.
– Zabawne – odparł sucho, choć wiedział, że chłopak był przestraszony, wyczuwał to w jego głosie, w sposobie, w jaki odpowiadał na pytania – gdyby go kochał, być może potrafiłby okazać mu więcej zrozumienia, powiedzieć, że za chwilę będzie pod blokiem, żeby się nie martwił, być może wypełniłby ciszę, która ćwiartowała ich rozmowę jak surowe mięso. – Naprawdę chcesz, żebym odpowiedział na to pytanie? Potrzebowałeś kogoś miłego, trzeba było zadzwonić na telefon zaufania – warknął, tym razem ciężej, łatwo sprowadzony z powrotem do swojej złości. Tuż przed nim zielone oko ulicznego światła zgasło, odsłaniając czerwoną źrenicę – zacisnął zęby, kiedy samochód przed nim zatrzymał się przed skrzyżowaniem, zamiast ulegać jego pośpiechowi w frustrującym przypomnieniu, że świat nie był mu podporządkowany. Pomruk silnika wibrował mu pod palcami, czerwone światło odbijało się poświatą od czarnej blachy pojazdu przed nim, barwiąc ją jak krew rozlana na posadzce – samochód był drogi i zadbany, drzazga wżynająca się jeszcze głębiej pod paznokieć rozdrażnienia. Widział zarys męskiej głowy przez tylną szybę, krzyżyk zawieszony na lusterku, bujający się na drewnianych koralikach różańca. Nacisnął na pedał gazu, opony pisnęły w sprzeciwie, a on poczuł jak jego własne, stare volvo szarpnęło gwałtownie do przodu. Obrócił pośpiesznie kierownicę, wyprzedzając samochód zatrzymany na pasach i przejeżdżając na wprost przez czerwone światło – w lusterku zobaczył jedynie, jak nieznajomy uniósł w zdenerwowaniu ręce, więc oderwał dłoń od kierownicy, by przez przezrocze tylnej szyby zasygnalizować mu środkowym palcem swoje przeprosiny.
– Nie możesz – powtórzył, jego głos nieprzyjemnie rozmiękły ironią. – Co cię, kurwa, obchodzi, że facet nie chce, żeby ktoś się dowiedział? – skręcił agresywnie w prawo, parkując na chodniku przed budynkiem i naciskając palcem przycisk świateł awaryjnych. – To ktoś ważny? – spytał, niby od niechcenia. – Numer pokoju – rozkazał, szarpiąc za drzwi wejściowe i wchodząc do niewielkiego, hotelowego lobby. Siedząca na recepcji kobieta podniosła głowę, żeby na niego spojrzeć, a on zauważył, jak się wzdrygnęła, kiedy zatrzymała wzrok na jego twarzy. W myślach wyobraził sobie, jak robi jej krzywdę.
W pokoju było duszno – pachniało ludzkim potem i papierosowym dymem, a także czymś słodkim i nieprzyjemnym, czego nie potrafił określić. Spojrzał na Saschę – na jego nagie ciało i bladą twarz, a potem na leżącego na łóżku mężczyznę, podobnie pozbawionego ubrań, lecz dużo mniej przyjemnego w odbiorze. Rzucił torbę na podłogę obok i pochylił się, żeby przyłożyć dwa palce do jego szyi, wyczuć tętno poruszające się niemrawo pod lepką, spoconą skórą. Udawał, że nie zauważył wszystkiego wokół – zaczerwienionych śladów na jego ciele, brudnej pościeli, białego osadu na szafce nocnej. Wcześniej starał się o tym nie myśleć – co Sascha robił z innymi ludźmi lub, być może bardziej trafnie, co inni ludzie robili z nim.
– Kurwa mać – wymruczał pod nosem, tym razem ciszej, prawie szeptem, głównie do samego siebie. – Jesteś pewien, że nie wiesz, co dokładnie wziął? Przeszukałeś jego rzeczy? – zwrócił się do chłopaka, choć niespecjalnie spojrzał w jego stronę. Nie czekał na odpowiedź – pochylił się, podając mężczyźnie do nosa tłok aerozolu, po czym wyjął z torby strzykawkę, nabijając ją jedną z przezroczystych ampułek i wbijając igłę głęboko w miękką tkankę uda. Zastrzyki domięśniowe były bolesne – żałował, że nie był przytomny, żeby to odczuć. – To silne leki. Może być wkurwiony, kiedy się obudzi. – mówił do Saschy, ale na niego nie patrzył – trudno powiedzieć, czy umyślnie. Kiedy się spotykali, nie odzywał się do niego w ten sposób, ale teraz sytuacja wyglądała inaczej, ich relacja wyglądała inaczej. Był zmęczony i nie chciał o tym myśleć. – Powinien być monitorowany, na kroplówce, pod opieką lekarzy, rozumiesz to? Nie obchodzi mnie jak to wyjaśnisz. – w końcu odwrócił głowę, żeby spojrzeć na chłopaka. – Chcesz być odpowiedzialny za jego śmierć? – sam wiedział przecież, jak to jest – wiedział przecież zbyt dobrze.

sascha fontaine