we can work it out
: śr wrz 30, 2026 12:29 am
Miller zdążyła przyzwyczaić się do tego, że w ostatnim czasie brakowało im rąk do pracy i była zmuszona sama przygotowywać kawiarnię do otwarcia. Tego dnia nie było inaczej, choć Cole zapowiedział, że podrzuci jej jakąś osobę do pomocy. Spodziewała się kogoś ogarniętego, biorąc pod uwagę fakt, że podobno miał być to chłopak, który już od dwóch tygodni szkolił się pod czujnym okiem samego szefa. Cieszyła się, że ktokolwiek w ogóle z nim tyle wytrzymał, bo akurat to nie było aż tak oczywiste - ludzie potrafili rezygnować po zaledwie kilku godzinach, bo szybko okazywało się, że praca w kawiarni nie polega na piciu kawy i opieraniu się o ladę. Szczęścia Bonnie nie zburzyło nawet to, że Sullivan próbował ją uprzedzić, że „ten nowy to niezłe ziółko”. Chciała się jednak przekonać o tym na własnej skórze, wiedząc, że opinie Pana Marudy należy traktować z przymrużeniem oka.
Nie mieli jeszcze okazji się poznać, więc nie wiedziała o nim prawie nic. No może z wyjątkiem imienia i nazwiska, które wpisane były w grafik. Wiedziała już też, że był spóźnialski… i to bardzo. Spoglądając na wielki, ścienny zegar, wydała z siebie tylko kolejne westchnienie. Dwie godziny. Zdążyła upiec już ciastka, ułożyć je w witrynie, przygotować salę oraz wszystko co było im potrzebne za ladą. Zaczęli nawet pojawiać się już pierwsi klienci, którzy codziennie wpadali do nich na kawę przed pracą, a Bonnie powoli zaczęła godzić się z tym, że jej współpracownik nie przybędzie. Ruch na szczęście nie był duży, więc bez większego trudu panowała nad wszystkim.
Przy spienianiu mleka do jednego z zamówień, znów zerknęła na zegarek. Trzy godziny. Pewnie już dawno powinna zadzwonić do szefa i powiadomić go o nieobecności Riversa, ale darowała sobie. Po pierwsze, nie chciała go niepotrzebnie martwić (znowu!), a po drugie - miała dziwną potrzebę udowodnienia, że daje sobie świetnie radę i to bez niczyjej pomocy.
Właśnie wtedy, gdy zajęta była przygotowywaniem napoju, ktoś bezczelnie władował się za ladę. Bez słowa. Żadnego „hej”, „przepraszam”, czy „pocałuj mnie w dupę”. Po prostu wlazł tam, jakby był u siebie i tylko czekał, aż zostanie zauważony. Miller, patrząc przez moment na nieznajomego, który stał tam jak słup soli, uniosła tylko brwi i zaraz wróciła do swoich zajęć.
— Tony, tak? — mruknęła pod nosem, unikając już jego wzroku — Spóźniłeś się, Tony.
Tony Rivers
Nie mieli jeszcze okazji się poznać, więc nie wiedziała o nim prawie nic. No może z wyjątkiem imienia i nazwiska, które wpisane były w grafik. Wiedziała już też, że był spóźnialski… i to bardzo. Spoglądając na wielki, ścienny zegar, wydała z siebie tylko kolejne westchnienie. Dwie godziny. Zdążyła upiec już ciastka, ułożyć je w witrynie, przygotować salę oraz wszystko co było im potrzebne za ladą. Zaczęli nawet pojawiać się już pierwsi klienci, którzy codziennie wpadali do nich na kawę przed pracą, a Bonnie powoli zaczęła godzić się z tym, że jej współpracownik nie przybędzie. Ruch na szczęście nie był duży, więc bez większego trudu panowała nad wszystkim.
Przy spienianiu mleka do jednego z zamówień, znów zerknęła na zegarek. Trzy godziny. Pewnie już dawno powinna zadzwonić do szefa i powiadomić go o nieobecności Riversa, ale darowała sobie. Po pierwsze, nie chciała go niepotrzebnie martwić (znowu!), a po drugie - miała dziwną potrzebę udowodnienia, że daje sobie świetnie radę i to bez niczyjej pomocy.
Właśnie wtedy, gdy zajęta była przygotowywaniem napoju, ktoś bezczelnie władował się za ladę. Bez słowa. Żadnego „hej”, „przepraszam”, czy „pocałuj mnie w dupę”. Po prostu wlazł tam, jakby był u siebie i tylko czekał, aż zostanie zauważony. Miller, patrząc przez moment na nieznajomego, który stał tam jak słup soli, uniosła tylko brwi i zaraz wróciła do swoich zajęć.
— Tony, tak? — mruknęła pod nosem, unikając już jego wzroku — Spóźniłeś się, Tony.
Tony Rivers