#01 You're my worst nightmare, but i like it...
: śr wrz 30, 2026 12:11 pm
Suavecito vengo, pa' que no sientas mis pasos.
Debajo del agua, pa' que no veas lo que traigo...
Przemierzając wieczorową porą ulice Toronto, Servillah gorączkowo zadawała sobie w myślach jedno z pozoru błahe pytanie.
Dlaczego w ogóle tutaj wróciłam?
Ostatnie lata urodziwa brunetka spędziła z dala od miasta, w którym została wychowana. Kształciła się, przy okazji sprawując opiekę nad wyraźnie upadłą w rodzinnej hierarchii, ukochaną babcią. Jednak, gdy ta przed kilkoma miesiącami nieoczekiwanie odeszła z tego świata, czyniąc swą najmłodszą wnuczkę jedyną spadkobierczynią, Steven ojciec dziewczyny nie posiadał się z radości, skrycie licząc na to, że jego córeczka wspaniałomyślnie rozwiąże narastające w rodzinie, finansowe problemy.
Pierwszy szok dosięgł go, gdy tak się nie stało. Owszem, Vi od zawsze buntowała się przeciwko wszystkiemu, co nie szło w parze z wyznawanymi przez nią wartościami i w przeciwieństwie do trójki starszego rodzeństwa, nie uginała się pod jego żelazną wolą, ale jeszcze nigdy wcześniej, nie zrobiła tego w tak otwarty sposób. Nie bacząc na konsekwencje podejmowanych decyzji, nieświadomie rzuciła swemu ojcu wyzwanie. Ten jednak nie był skłonny pogodzić się z rychłą porażką. Co gorsza, gotów był na każde poświęcenie, byleby tylko osiągnąć zamierzony cel. Nawet jeśli to oznaczałobysprzedaż pozbycie się własnej córki.
Gdy taksówka zatrzymała się u bram okazałej, tętniącej obecnie życiem posiadłości rodziny Deamonne, Servillah zapłaciła kierowcy, następnie niechętnie opuszczając wnętrze samochodu. Zazwyczaj ludzie będący przez dłuższy czas daleko poza domem cieszą się z powrotu, ale ona wcale tego szczęścia nie czuła. Jeśli miałaby być szczera chociażby w stosunku do samej siebie, to zmuszona była przyznać, że im bliżej drzwi wejściowych, tym większy niepokój odczuwała, gdzieś podświadomie przeczuwając, że powrót do Toronto oznaczał błąd, ale nie miała innego wyjścia. W końcu, jakby na to nie patrzeć, musiała osobiście zakomunikować rodzicom, kolejną podjętą przez siebie decyzję. Choć była nawet bardziej, niż pewna, że z tą również nie będą zgodni.
Ku swojemu narastającemu niezadowoleniu, dziewczyna szybko spostrzegła, że znalazła się w samym środku wystawnego przyjęcia, niemalże na każdym kroku napotykając znane osobistości. Ludzi ważnych i ważniejszych. Takich, których nie sposób spotkać od tak. Przybierając więc tę przysłowiową dobrą minę do złej gry, uśmiechała się i witała z każdym, jednocześnie gdzieś w oddali wypatrując kogoś, kto mógłby choć na chwilę wyrwać ją z niechcianego centrum zainteresowania. Wtedy na swym ramieniu poczuła delikatny, acz stanowczy uścisk. Tym wybawcą z bożej łaski okazała się Suzette, która pod pretekstem rozmowy, odciągnęła na bok młodszą siostrę.
- Nareszcie jesteś! Gdzieś Ty była?! Wszyscy na Ciebie czekają! - Zawadiacki uśmiech na twarzy ślicznej szatynki, nie bardzo szedł w parze z tym oskarżycielskim tonem, jaki Servillah oczywiście zignorowała, z radością tuląc ją do siebie.
- Su, po co cały ten cyrk? Prosiłam przecież mamę, żeby nie wyprawiała żadnego przyjęcia z okazji mojego powrotu...- Przystępująca z nogi na nogę, unikająca odpowiedzi siostra, powinna wzbudzić w młodej Deamonne pewne podejrzenia, ale nie wiedzieć czemu, zignorowała je, wciąż oczekując odpowiedzi. Następne ostrzeżenie przyszło nagle. Dokładnie w momencie, w którym to Vi odwróciła na moment swój wzrok, dostrzegając przy tym kogoś, kogo absolutnie nie powinno tutaj być.
To był ON, Diego Sullivan!
Co ten gnojek do jasnej cholery robił w ich domu i to na dodatek, będąc gościem na przyjęciu wydanym na jej cześć?! Jego obecność nie spodobała się dziewczynie na tyle, że widząc wspomnianego mężczyznę w towarzystwie Stevena, znikających za drzwiami należącego do ojca gabinetu, niewiele myśląc, pozostawiła plączącą się we własnych zeznaniach Su i czym prędzej, pomknęła z gracją ich śladem, chcąc tym samym rozwikłać niewygodną dla niej samej zagadkę.
Bez żadnego pukania, pewnym krokiem wkroczyła do pomieszczenia, następnie niemalże od razu szczelnie zamknęła za sobą drzwi, opierając się o nie plecami. Każdą komórką swojego ciała, czuła na sobie przeszywający wzrok Diega, lecz jednocześnie ze wszystkich sił starała się uparcie ignorować jego obecność w gabinecie, całą swoją uwagę skupiając na siedzącym za masywnym biurkiem Stevenie.
- Co to wszystko ma znaczyć? - Było to jedno bardzo precyzyjne i jakże konkretne pytanie, które ku jej niewiedzy, wkrótce okaże się zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, jaka tej nocy zaleje tę młodą kobietę lawiną wiadomości, oraz tajemnic, których wcale nie chciałaby poznać...
Diego Sullivan
Debajo del agua, pa' que no veas lo que traigo...
Przemierzając wieczorową porą ulice Toronto, Servillah gorączkowo zadawała sobie w myślach jedno z pozoru błahe pytanie.
Dlaczego w ogóle tutaj wróciłam?
Ostatnie lata urodziwa brunetka spędziła z dala od miasta, w którym została wychowana. Kształciła się, przy okazji sprawując opiekę nad wyraźnie upadłą w rodzinnej hierarchii, ukochaną babcią. Jednak, gdy ta przed kilkoma miesiącami nieoczekiwanie odeszła z tego świata, czyniąc swą najmłodszą wnuczkę jedyną spadkobierczynią, Steven ojciec dziewczyny nie posiadał się z radości, skrycie licząc na to, że jego córeczka wspaniałomyślnie rozwiąże narastające w rodzinie, finansowe problemy.
Pierwszy szok dosięgł go, gdy tak się nie stało. Owszem, Vi od zawsze buntowała się przeciwko wszystkiemu, co nie szło w parze z wyznawanymi przez nią wartościami i w przeciwieństwie do trójki starszego rodzeństwa, nie uginała się pod jego żelazną wolą, ale jeszcze nigdy wcześniej, nie zrobiła tego w tak otwarty sposób. Nie bacząc na konsekwencje podejmowanych decyzji, nieświadomie rzuciła swemu ojcu wyzwanie. Ten jednak nie był skłonny pogodzić się z rychłą porażką. Co gorsza, gotów był na każde poświęcenie, byleby tylko osiągnąć zamierzony cel. Nawet jeśli to oznaczałoby
Gdy taksówka zatrzymała się u bram okazałej, tętniącej obecnie życiem posiadłości rodziny Deamonne, Servillah zapłaciła kierowcy, następnie niechętnie opuszczając wnętrze samochodu. Zazwyczaj ludzie będący przez dłuższy czas daleko poza domem cieszą się z powrotu, ale ona wcale tego szczęścia nie czuła. Jeśli miałaby być szczera chociażby w stosunku do samej siebie, to zmuszona była przyznać, że im bliżej drzwi wejściowych, tym większy niepokój odczuwała, gdzieś podświadomie przeczuwając, że powrót do Toronto oznaczał błąd, ale nie miała innego wyjścia. W końcu, jakby na to nie patrzeć, musiała osobiście zakomunikować rodzicom, kolejną podjętą przez siebie decyzję. Choć była nawet bardziej, niż pewna, że z tą również nie będą zgodni.
Ku swojemu narastającemu niezadowoleniu, dziewczyna szybko spostrzegła, że znalazła się w samym środku wystawnego przyjęcia, niemalże na każdym kroku napotykając znane osobistości. Ludzi ważnych i ważniejszych. Takich, których nie sposób spotkać od tak. Przybierając więc tę przysłowiową dobrą minę do złej gry, uśmiechała się i witała z każdym, jednocześnie gdzieś w oddali wypatrując kogoś, kto mógłby choć na chwilę wyrwać ją z niechcianego centrum zainteresowania. Wtedy na swym ramieniu poczuła delikatny, acz stanowczy uścisk. Tym wybawcą z bożej łaski okazała się Suzette, która pod pretekstem rozmowy, odciągnęła na bok młodszą siostrę.
- Nareszcie jesteś! Gdzieś Ty była?! Wszyscy na Ciebie czekają! - Zawadiacki uśmiech na twarzy ślicznej szatynki, nie bardzo szedł w parze z tym oskarżycielskim tonem, jaki Servillah oczywiście zignorowała, z radością tuląc ją do siebie.
- Su, po co cały ten cyrk? Prosiłam przecież mamę, żeby nie wyprawiała żadnego przyjęcia z okazji mojego powrotu...- Przystępująca z nogi na nogę, unikająca odpowiedzi siostra, powinna wzbudzić w młodej Deamonne pewne podejrzenia, ale nie wiedzieć czemu, zignorowała je, wciąż oczekując odpowiedzi. Następne ostrzeżenie przyszło nagle. Dokładnie w momencie, w którym to Vi odwróciła na moment swój wzrok, dostrzegając przy tym kogoś, kogo absolutnie nie powinno tutaj być.
To był ON, Diego Sullivan!
Co ten gnojek do jasnej cholery robił w ich domu i to na dodatek, będąc gościem na przyjęciu wydanym na jej cześć?! Jego obecność nie spodobała się dziewczynie na tyle, że widząc wspomnianego mężczyznę w towarzystwie Stevena, znikających za drzwiami należącego do ojca gabinetu, niewiele myśląc, pozostawiła plączącą się we własnych zeznaniach Su i czym prędzej, pomknęła z gracją ich śladem, chcąc tym samym rozwikłać niewygodną dla niej samej zagadkę.
Bez żadnego pukania, pewnym krokiem wkroczyła do pomieszczenia, następnie niemalże od razu szczelnie zamknęła za sobą drzwi, opierając się o nie plecami. Każdą komórką swojego ciała, czuła na sobie przeszywający wzrok Diega, lecz jednocześnie ze wszystkich sił starała się uparcie ignorować jego obecność w gabinecie, całą swoją uwagę skupiając na siedzącym za masywnym biurkiem Stevenie.
- Co to wszystko ma znaczyć? - Było to jedno bardzo precyzyjne i jakże konkretne pytanie, które ku jej niewiedzy, wkrótce okaże się zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, jaka tej nocy zaleje tę młodą kobietę lawiną wiadomości, oraz tajemnic, których wcale nie chciałaby poznać...
Diego Sullivan