Strona 1 z 1

somebody's watching me

: śr wrz 30, 2026 5:12 pm
autor: zaylee miller
80.
Nie spieszył się specjalnie. Plecak ciągnął go za jedno ramię, bo jak zwykle wrzucił do niego wszystko byle jak, a pod pachą trzymał książkę, którą miał oddać po lekcjach do szkolnej biblioteki. Kompletnie wyleciało mu to z głowy. Zatrzymał się jeszcze przy chodniku, żeby poprawić pasek.
— Sam?
Usłyszawszy swoje imię, spojrzał przez ramię. Facet stał kilka metrów dalej, przy samochodzie zaparkowanym po drugiej stronie ulicy. Nie wyglądał szczególnie dziwnie. Zwykła kurtka, zwykłe spodnie, żadnej kominiarki ani niczego, co w filmach od razu oznaczałoby kłopoty. Uśmiechał się nawet całkiem sympatycznie.
Chłopiec zmarszczył brwi, próbując przypasować jego twarz do kogoś znajomego. Mężczyzna podszedł bliżej, ale zatrzymał się w bezpiecznej odległości.
— Twoja mama prosiła, żebym cię odebrał — powiedział, wyciągając do niego rękę.
— Która? — dopytał ostrożnie dziesięciolatek.
Facet lekko się zawahał.
— No... mama.
— Mam dwie.
Uśmiech mężczyzny natychmiast zrobił się odrobinę mniej pewny. Najwyraźniej nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Przez moment tylko patrzył na chłopca, jakby próbował wymyślić coś na poczekaniu.
— Obie — sprostował w końcu, kiwając zachęcająco głową.
Sam poczuł, że coś tu nie gra. Nie potrafił jeszcze powiedzieć dokładnie co. Może to, że nieznajomy mówił o jego mamie, ale nie wiedział nawet, o której z nich. Może to, że żadna nie wspominała o tym, że ktoś po niego przyjedzie. A może po prostu sposób, w jaki mężczyzna wypowiedział jego imię. Niby zwyczajnie, a jednak coś w tym brzmiało dziwnie.
Automatycznie cofnął się o pół kroku.
— To gdzie są?
— Czekają na ciebie kawałek dalej. Chodź, pokażę ci.
Młody spojrzał w stronę szkoły. Przy wejściu kręciło się jeszcze kilkoro dzieciaków. Nauczyciel stał przy drzwiach i rozmawiał z jakąś kobietą, a kawałek dalej dwóch chłopaków przepychało się dla żartu.
— Nie mogę — odparł w końcu.
— Dlaczego? — zdziwił się nieznajomy.
— Bo muszę oddać książkę — chcąc potwierdzić swoje słowa, uniósł do góry szkolną lekturę. Właśnie skończyli omawiać na angielskim pierwszą część cyklu Opowieści z Narnii. Na okładce widniał tytułowy lew.
— Sammy, naprawdę, nie mamy czasu. Twoja mama...
— Żadna z nich nie powiedziała mi, że mam z panem iść — zastrzegł, przyciskając mocniej książkę do piersi.
Tym razem mężczyzna już się nie uśmiechnął. Chciał coś jeszcze powiedzieć i nawet otworzył usta, ale Sam nie zamierzał czekać, aż wymyśli kolejną odpowiedź. Nie wiedział, czy powinien się bać. Nie wiedział nawet, czy ten facet rzeczywiście chciał zrobić mu coś złego. Wiedział tylko, że nie powinien z nim nigdzie iść. Odwrócił się na pięcie i ruszył prosto w stronę wejścia do szkoły.
— Hej, Sam! Sammy! — nawoływał facet, ale Samuel nawet się nie obejrzał. Szedł coraz szybciej, mocniej zaciskając palce na książce. Serce zaczęło mu walić o żebra, kiedy usłyszał kroki. Dopiero kiedy znalazł się przy grupie innych dzieci, odważył się zerknąć przez ramię.
Nieznajomy już za nim nie szedł. Stał przy chodniku i patrzył. Sam odwrócił się natychmiast i wszedł do szkoły.


Kiedy Zaylee zobaczyła Młodego, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Nie dlatego, że płakał, bo akurat za wszelką cenę próbował tego nie robić. Stał przy wejściu do szkoły z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię, wpatrując się w chodnik i przecierając rękawem policzek za każdym razem, gdy spod powiek wymknęła mu się kolejna łza. Dolna warga zadrżała mu niespokojnie, a chwilę później już biegł w jej stronę. Miller ledwo zdążyła rozłożyć ramiona, zanim Sammy wpadł jej w objęcia tak mocno, że aż zachwiała się na piętach.
— Hej, hej... — przycisnęła go do siebie. — Co się stało? — zapytała troskliwie, głaszcząc go po jasnych włosach.
Sam nic nie odpowiedział. Wcisnął twarz w jej prochowiec i rozpłakał się na dobre. Nie cicho, nie pojedynczymi łzami, które można było szybko wytrzeć rękawem, tylko tym dziecięcym, rozpaczliwym płaczem, który najwyraźniej powstrzymywał w sobie od dłuższego czasu. Zaylee poczuła, jak coś zaciska jej się w żołądku.
— On... — Sam próbował złapać oddech. — On znał moje imię.
— Kto? — zapytała od razu.
Sam odsunął się na tyle, żeby móc odpowiedzieć.
— Jakiś pan — wymamrotał cicho.
— Jaki pan? — drążyła nieustępliwie Miller.
— Nie wiem. Chciał, żebym z nim poszedł.
— I poszedłeś? — dopytała, marszcząc brwi.
Chłopiec spojrzał na nią z wyraźnym oburzeniem, jakby właśnie usłyszał najbardziej absurdalne pytanie na świecie.
— Nie! — zastrzegł natychmiast. Zaylee pokiwała spokojnie głową, choć w środku cała wrzała. Najchętniej ruszyłaby w pościg za tym człowiekiem, ale zdawała sobie sprawę z tego, że to nie był najrozsądniejszy pomysł.
Wiedziała jednak, że nie może tego tak zostawić. Powinna poinformować Evinę i poprosić, żeby - w miarę możliwości - jak najszybciej wróciła z komisariatu do domu. Potem trzeba będzie ustalić, co dokładnie się wydarzyło i przede wszystkim dowiedzieć się, kim był mężczyzna, który znał imię ich syna.

Evina J. Swanson

somebody's watching me

: śr wrz 30, 2026 9:18 pm
autor: Evina J. Swanson
Z jakiegoś powodu czuła w kościach, że musiało się stać coś niedobrego. Nie miała pojęcia skąd to przeświadczenie się wzięło. To nie była paranoja tylko coś innego. Może instynkt? Zrzucała to jednak na karb pracy. W końcu miała sporo stresu w związku z pewnym świeżakiem, któremu pomagała. Nienawidziła ich niańczyć, ale nie mogła kompletnie nic poradzić na to, że przydzielono jej to niewdzięczne zadanie.
Nie spodziewała się tego telefonu od żony. Sprawił on jednak, że momentalnie się spięła. Niby usłyszała zapewnienie o tym, że Samowi nic nie jest i właśnie jadą do domu, ale wciąż skręcało ją wewnętrznie z przerażenia. Martwiła się. Cholernie się martwiła, ale przynajmniej miała pewność, że fizycznie nic nie dolegało. W końcu Zaylee na pewno sprawdziła stan chłopca. Była jej wdzięczna, że zadzwoniła dopiero, gdy odebrała Sama ze szkoły, a nie wcześniej… Wtedy na pewno już by ją roznosiło z niepokoju.
Rzuciła wszystko tak szybko jak mogła. Nagły wypadek losowy. Świeżak musiał radzić sobie sam. Powiedziała tylko Jerry’emu, którego mijała przy wychodzeniu z biura, że nikt nie ma jej szukać, bo wraca do domu. Sloan musiał to zaakceptować. Zresztą nie sądziła, aby przełożony czegoś od niej chciał.
Zdecydowanie przekroczyła dozwoloną prędkość, gdy jechała do domu. W końcu jednak znalazła się na podjeździe. Musiała sobie przypomnieć czy na pewno zaciągnęła ręczny, gdy już zaparkowała. Nie miała pojęcia czemu, ale była całkowicie roztrzęsiona. Być może dlatego, że sprawa dotyczyła jej syna, który prawdopodobnie rozminął się z ogromnym niebezpieczeństwem.
Starała się nie dać po sobie niczego poznać, gdy wchodziła do domu. Wolała się uśmiechnąć lekko i kroczyć spokojnie, aby nie zestresować Samuela, który siedział na kanapie w salonie razem z koronerką. Przynajmniej teraz mogła się upewnić, że naprawdę by cały i zdrowy. Przynajmniej na ciele.
- Wróciłam - oświadczyła łagodnie, a jej spojrzenie powoli przesunęło się z dziesięciolatka na małżonkę jakby chciała chciała odczytać jakąś zaszyfrowaną wiadomość z jej twarzy oraz postury.
Sammy poderwał się z kanapy i rzucił w jej kierunku, aby wtulić się w nią mocno, gdy tylko znalazł się blisko. Objęła go natychmiast i przycisnęła do siebie. Czuła jak drżał. Wciąż był roztrzęsiony po tym, co się działo pod szkołą. Nie mogła go za to winić.
- Hej, młody… W porządku… - zapewniła go w miarę lekkim tonem, schylając się jeszcze na tyle, aby ucałować czubek jego głowy.
Wydawało jej się, że słyszy głuche odgłosy szlochu. Czyżby ulga? Nie miała zielonego pojęcia. Zapomniała już nieco jak funkcjonowały małe dzieci. Pozwalała mu na to, aby wciskał twarz w jej bluzę i powoli się uspokajał pod wpływem ciepła i znajomego zapachu. Naprawdę tego potrzebował.
- No już…Wszystko w porządku? Nikt ci nic nie zrobił? - zapytała krótko, a chłopczyk odsuwając się nieco wpierw skinął, a potem pokręcił głową.
Na razie chyba bał się otworzyć usta, aby się w pełni nie rozpłakać. Raz jeszcze Swanson powiodła spojrzeniem do małżonki i zaczęła podprowadzać ich syna z powrotem do kanapy, aby usiadł komfortowo między nimi dwiema.
- Wybaczcie, że tak późno… Rozmawialiście już? - zapytała, kierując głównie pytanie do Zaylee.
Nie miała pojęcia czy ta dwójka już zdołała się rozmówić na temat tego całego incydentu czy może czekali specjalnie na nią. Nie chciała też nadmiernie stresować Sama, każąc mu powtarzać raz jeszcze te niewątpliwie traumatyzujące dla dziecka zdarzenia. Chociaż przy odrobinie szczęścia to szybko się po tym pozbiera.

zaylee miller

somebody's watching me

: śr wrz 30, 2026 10:35 pm
autor: zaylee miller
Znała swoją żonę na tyle dobrze, żeby nie niepokoić jej bez potrzeby. Zwłaszcza kiedy była w pracy. Obie miały wystarczająco dużo na głowie i nie było nic gorszego niż wybijanie drugiej z rytmu niespodziewanym telefonem z informacją, że wydarzyło się coś złego. Tym bardziej że w tym przypadku nic tak naprawdę się nie stało. Sammy był bezpieczny. Nikt nie zrobił mu krzywdy, chociaż z tego, co opowiadał chłopiec, jakiś mężczyzna próbował namówić go, żeby poszedł z nim pod pretekstem spotkania z jedną z matek. Młody okazał się jednak na tyle rozsądny, żeby nie dać się nabrać i wrócił do szkoły. Zarówno Zaylee i Evina, jak i wychowawczynie z sierocińca oraz nauczyciele w szkole wielokrotnie wpajali mu do głowy, że nie wolno rozmawiać z obcymi, a już szczególnie nigdzie z nimi iść. Tym razem ta lekcja zadziałała dokładnie tak, jak powinna.
Po powrocie do domu przygotowała Młodemu kakao, a w oczekiwaniu na Swanson włączyła mu Przygody młodych Jedi. Znajoma bajka zadziałała, bo dziesięciolatek z każdą kolejną minutą trochę się uspokajał. Miller nie próbowała wypytywać go o nic więcej. Nie chciała zmuszać go do ponownego przeżywania całej sytuacji, zwłaszcza zanim Evina wróci z pracy. Wolała, żeby najpierw ochłonął. Czuła się podle ze świadomością, że odciąga żonę od obowiązków, ale sytuacja była zbyt poważna, żeby po prostu machnąć na nią ręką. Ktoś znał imię ich syna, wiedział, że ma dwie matki, a następnie próbował namówić go, żeby poszedł z nim pod pretekstem spotkania z nimi. To nie wyglądało na zwykłe zagadanie przypadkowego dzieciaka. Obie powinny się tym zainteresować. I przede wszystkim spróbować ustalić, kim, do cholery, był ten mężczyzna.
Dźwięk otwieranych drzwi sprawił, że Sam drgnął lekko, ale kiedy w salonie pojawiła się Swanson, natychmiast poderwał się z kanapy, żeby się w nią wtulić. Znów pociągnął nosem, powalając sobie na cichy płacz. Najwyraźniej tego potrzebował, a w ramionach Eviny czuł się bezpiecznie. Była policjantką, więc dla niego to oczywiste, że na pewno namierzy tego nieznajomego, który go zaczepił.
Zaylee podniosła się z miejsca i podeszła do żony, żeby musnąć ustami jej policzek.
— Nic mu nie jest — zapewniła, posyłając jej lekki uśmiech. Dostrzegła zdenerwowanie na jej twarzy, mimo że detektywka próbowała się maskować. — Jest tylko trochę rozemocjonowany — wyjaśniła, gładząc chłopca po jasnych włosach. — Czekaliśmy na ciebie — dodała, dając jej do zrozumienia, że nie próbowała wyciągać z Młodego niczego bez jej obecności.
Usiedli całą tróją na kanapie. Miller wyłączyła telewizor, a Sammy podciągnął nogi pod samą brodę i objął je mocno ramionami. Koronerka spojrzała niepewnie na małżonkę, nie do końca wiedząc, od czego powinny zacząć.
— Może opowiesz nam wszystko od początku, hm? — zaproponowała, kładąc chłopcu rękę na plecach, żeby dodać mu otuchy.
Chwilę potrwało, zanim Młody zebrał się w sobie. Wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze przez nos.
— Najpierw usłyszałem, że ktoś mnie woła, więc się zatrzymałem. To był taki wysoki mężczyzna. Wyższy od was. Może taki wysoki jak wujek Lucas — zaczął, a trzeba było mieć na uwadze, że najmłodszy z braci Zaylee miał prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu. — Miał ciemne włosy, ale nie całkiem czarne. Powiedział, że mama chciała, żebym z nim poszedł, a jak zapytałem która, to nie potrafił odpowiedzieć. Wyjaśniłem mu, że mam dwie, to wydawał się zaskoczony. Potem dalej mnie namawiał, żebym z nim poszedł, ale przecież żadna z was nie mówiła mi, że odbierze mnie dzisiaj ktoś inny. Pobiegłem do szkoły i schowałem się w bibliotece, dopóki nie przyjechała Zaylee — bardzo skrupulatnie streścił przebieg całego zdarzenia, starając się nie pominąć żadnego szczegółu, który mógłby okazać się istotny. Zaylee pokiwała głową, słuchając go w skupieniu, a następnie zerknęła na żonę.
Sam zachował się dokładnie tak, jak powinien. Nie poszedł z obcym, nie próbował przekonać się, czy mężczyzna rzeczywiście mówił prawdę, tylko wrócił w miejsce, w którym znajdowali się inni ludzie. Mimo wszystko Miller nie potrafiła pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, że ktoś wcześniej musiał zdobyć informacje o ich rodzinie.

Evina J. Swanson