Once upon a time, someone tried to steal my watch.
: pt paź 02, 2026 12:42 am
Popołudnie powoli dobiegało końca, kiedy Rose opuszczał kort tenisowy. Czuł się cholernie zmęczony, ale i szczęśliwy, że po raz kolejny udało mu się wyprowadzić kilka naprawdę czystych zagrań. Uwielbiał tenisa - dawał mu możliwość wyżycia się i zagłuszenia własnych myśli, które łomotały mu w głowie równie głośno, jak piłka, która uderzała o podłoże na korcie. Kiedy skupiał się na kolejnych odbiciach umiał panować nad przeszłością i poczuciu dziwnej niesprawiedliwości. Zostawiła go matka, zostawił najlepszy przyjaciel. Nic dziwnego, że nie umiał w zaufanie, które przecież było nieodzownym elementem relacji międzyludzkich. Jak bez niego miał się jakkolwiek zaangażować?
Zarzucił sportową torbę na ramię i pożegnał się z kolega, który dzisiaj był jego przeciwnikiem. Daniel był dobry, nawet bardzo. Dzięki niemu Sinclair spocił się co niemiara, wyżywając się na kolejnych kilka dni.
Odetchnął świeżym (zakładając, że w ogóle tak można było nazwać powietrze w Toronto) powietrzem, pozwalając sobie na dłużej przytrzymać je w płucach. Tak właśnie wyglądałą wolność. Nawet, jeśli bolał go każdy możliwy mięsień, mógł być z siebie dumny, tak po prostu. Czy dumny byłby też ojciec? Wspierał go we wszystkim, nawet w najdrobniejszych rzeczach, które osiągał Ambrose. Miał w nim oparcie i był mu za to niezmiernie wdzięczny. Szkoda, że tego samego nie mógł powiedzieć o matce. Zaledwie jej zamglony obraz pojawił się w jego głowie, a już trochę siadł mu humor. No i po co to sobie robił?
Potrząsnął łbem, kierując się w stronę domu. Miał kawałek, ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby trochę pospacerować, tak dla relaksu i rozciągnięciu mięśni.
Pogrążony we własnych myślach w pierwszym momencie nie zauważył, że tuż przed nim wyrosłą jakaś postać. nie pierwszy i nie ostatni raz spotykał kogoś na ulicy, więc nigdy nie przykładał do tego wagi. A może powinien? Wtedy uniknąłby wielu nieprzyjemnych sytuacji.
Poczuł nieznaczny ból, kiedy czyjeś ramię uderzyło w jego bark, a młody chłopak niemal natychmiast stracił równowagę. Ambrose odruchowo wyciągnął rękę, chwytając go za przedramię, zanim ten zdążył wylądować na chodniku.
-Spokojnie, bo zaliczyć twarde spotkanie z betonem - skomentował, rejestrując blond czuprynę i pozornie niewinną twarz. Tak, zdecydowanie powinien przywyknąć, że ludziom nie można było wierzyć. - Wszystko w porządku? - spytał mimowolnie, bo przecież ludzie tak o nie taranowali drugiego człowieka na niemal pustym chodniku. Może coś się stało i potrzebował pomocy?
Ariel Lockwood
Zarzucił sportową torbę na ramię i pożegnał się z kolega, który dzisiaj był jego przeciwnikiem. Daniel był dobry, nawet bardzo. Dzięki niemu Sinclair spocił się co niemiara, wyżywając się na kolejnych kilka dni.
Odetchnął świeżym (zakładając, że w ogóle tak można było nazwać powietrze w Toronto) powietrzem, pozwalając sobie na dłużej przytrzymać je w płucach. Tak właśnie wyglądałą wolność. Nawet, jeśli bolał go każdy możliwy mięsień, mógł być z siebie dumny, tak po prostu. Czy dumny byłby też ojciec? Wspierał go we wszystkim, nawet w najdrobniejszych rzeczach, które osiągał Ambrose. Miał w nim oparcie i był mu za to niezmiernie wdzięczny. Szkoda, że tego samego nie mógł powiedzieć o matce. Zaledwie jej zamglony obraz pojawił się w jego głowie, a już trochę siadł mu humor. No i po co to sobie robił?
Potrząsnął łbem, kierując się w stronę domu. Miał kawałek, ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby trochę pospacerować, tak dla relaksu i rozciągnięciu mięśni.
Pogrążony we własnych myślach w pierwszym momencie nie zauważył, że tuż przed nim wyrosłą jakaś postać. nie pierwszy i nie ostatni raz spotykał kogoś na ulicy, więc nigdy nie przykładał do tego wagi. A może powinien? Wtedy uniknąłby wielu nieprzyjemnych sytuacji.
Poczuł nieznaczny ból, kiedy czyjeś ramię uderzyło w jego bark, a młody chłopak niemal natychmiast stracił równowagę. Ambrose odruchowo wyciągnął rękę, chwytając go za przedramię, zanim ten zdążył wylądować na chodniku.
-Spokojnie, bo zaliczyć twarde spotkanie z betonem - skomentował, rejestrując blond czuprynę i pozornie niewinną twarz. Tak, zdecydowanie powinien przywyknąć, że ludziom nie można było wierzyć. - Wszystko w porządku? - spytał mimowolnie, bo przecież ludzie tak o nie taranowali drugiego człowieka na niemal pustym chodniku. Może coś się stało i potrzebował pomocy?