Blackout Zombie Apocalypse
: pt paź 02, 2026 10:33 am
Robbie był sceptyczny co do pomysłu, żeby pojechać zrobić zakupy i zaopatrzyć się na długi okres bez prądu. Przecież jasnym było, że ta awaria nie może trwać długo. Zresztą bez prądu pewnie wszystkie sklepy będą pozamykane i już rozsądniej byłoby pojechać do najbliższego miasta i tam zrobić zakupy. Ale do tego ostatniego pomysłu mogli jeszcze wrócić.
Dobrze, że miał trochę gotówki w domu na wszelki wypadek. Trochę obawiał się tego, czy za kilka dni nie zaczną się włamania po nocach albo jakieś plądrowania, ale z drugiej strony byli w Kanadzie, a nie w Stanach. Tam pewnie wystarczyłby trzepot skrzydeł motyla, żeby wszcząć zamieszki.
Niemniej, kiedy Clem zadecydowała, że muszą się przygotować, musiał przyznać, że trochę mu zaimponowała. Nie do końca wiedział, czy to działanie płynęło z zaradności, czy bardziej ze strachu, ale przecież nie zostawi jej z tym samej.
Tak... Przewrotny los nie pozwalał im pójść wreszcie na drugą randkę. Jak nie urok, to przemarsz wojsk. Tym razem zamiast restauracji, kina, tańców czy czegokolwiek musieli walczyć o przetrwanie! Ale może takie niecodzienne początki relacji naprawdę dawały im przewagę? Trudności z umówieniem się na początku na kawę. Potem długie oczekiwanie, aż on się ogarnie. Wreszcie cudowne pół nocy pod gwiazdami. I jego ciągłe bycie w rozjazdach, które w efekcie sprawiło, że widzieli się przez miesiąc może raz, przelotnie, podczas odwożenia jej po pracy do domu. Za to spędzili sporo czasu na smsach i wideorozmowach. A teraz to... Blackout...
Robbie wyglądał na zmęczonego. Rzeczywiście sezon dał mu w kość, ale to nie było same fizyczne wykończenie. Naprawdę spodziewał się, że zakwalifikują się do playoffów. Ostatnie tygodnie i przegrane mecze wyeliminowały ich matematycznie, zanim jeszcze skończył się sezon zasadniczy. Gryzło go to, chociaż się nie przyznawał. Z drugiej strony miał czas dla Clem, co niesamowicie go cieszyło. W efekcie siedział na płocie z jedną nogą po stronie wyrzutów sumienia, a z drugą w przyjemnym rozedrganiu serca przy... Zakochaniu? Zauroczeniu? A niech będzie zakochaniu!
Był trochę bardziej milczący, choć dalej obecny i opiekuńczy. Po prostu zdarzało mu się odpłynąć myślami. No i nie oszukujmy się, sytuacja w Toronto też sprawiała, że się martwił.
Zatrzymał się na parkingu przed miejskim targowiskiem i aż gwizdnął, widząc ilość samochodów, które tutaj były. Do tego jakieś kłótnie i przepychanki przy bagażnikach, bo ktoś zgarnął osiem wielkich pak papieru toaletowego.
- Kurcze, myślałem, że tutaj będzie lepiej niż w marketach... No dobra... Brace yourself! - wysiadł z samochodu i obszedł go, żeby otworzyć drzwi Clementine. - Może trzymajmy się blisko, co? Ludzie będą nerwowi.
Zaproponował, wyciągając rękę w jej stronę, żeby złapała go za dłoń.
***
Cisza... Miasto wydawało się zupełnie opustoszałe, bo kiedy zaczęły się problemy, kto mógł, to uciekł. Ci, którzy zostali, szybko nauczyli się, że cisza jest sprzymierzeńcem. Szwędacze reagowali mocno na hałasy... A podobno trup niewiele słyszy... Może to kwestia tego, że jeszcze nie rozłożyły się organy?
Przemykali oboje pomiędzy porzuconymi samochodami, obserwując, czy nie kręci się w okolicy jakieś zagrożenie. Ale było spokojnie. Tylko kiedy dotarli pod wejście do marketu, okazało się, że drzwi są spięte łańcuchem. Clem mogłaby się przecisnąć przez szczelinę i otworzyć jakieś okno albo zapasowe drzwi, ale on się nie zmieści. Ten pomysł mu się nie podobał. Nie wiedzieli, co jest w środku i nie chciał jej tam zostawiać samej. Kłódkę można rozwalić, ale to narobi hałasu. Ten pomysł też mu się nie podobał.
- Mała... Nie umiesz może tego numeru ze wsuwką i otwieraniem zamków? - zapytał żartobliwie, ale czujnie rozejrzał się, czy są bezpieczni. - Oglądałem tutoriale z otwierania zamków, ale nie mam wytrychów...
Clementine Thallman
Dobrze, że miał trochę gotówki w domu na wszelki wypadek. Trochę obawiał się tego, czy za kilka dni nie zaczną się włamania po nocach albo jakieś plądrowania, ale z drugiej strony byli w Kanadzie, a nie w Stanach. Tam pewnie wystarczyłby trzepot skrzydeł motyla, żeby wszcząć zamieszki.
Niemniej, kiedy Clem zadecydowała, że muszą się przygotować, musiał przyznać, że trochę mu zaimponowała. Nie do końca wiedział, czy to działanie płynęło z zaradności, czy bardziej ze strachu, ale przecież nie zostawi jej z tym samej.
Tak... Przewrotny los nie pozwalał im pójść wreszcie na drugą randkę. Jak nie urok, to przemarsz wojsk. Tym razem zamiast restauracji, kina, tańców czy czegokolwiek musieli walczyć o przetrwanie! Ale może takie niecodzienne początki relacji naprawdę dawały im przewagę? Trudności z umówieniem się na początku na kawę. Potem długie oczekiwanie, aż on się ogarnie. Wreszcie cudowne pół nocy pod gwiazdami. I jego ciągłe bycie w rozjazdach, które w efekcie sprawiło, że widzieli się przez miesiąc może raz, przelotnie, podczas odwożenia jej po pracy do domu. Za to spędzili sporo czasu na smsach i wideorozmowach. A teraz to... Blackout...
Robbie wyglądał na zmęczonego. Rzeczywiście sezon dał mu w kość, ale to nie było same fizyczne wykończenie. Naprawdę spodziewał się, że zakwalifikują się do playoffów. Ostatnie tygodnie i przegrane mecze wyeliminowały ich matematycznie, zanim jeszcze skończył się sezon zasadniczy. Gryzło go to, chociaż się nie przyznawał. Z drugiej strony miał czas dla Clem, co niesamowicie go cieszyło. W efekcie siedział na płocie z jedną nogą po stronie wyrzutów sumienia, a z drugą w przyjemnym rozedrganiu serca przy... Zakochaniu? Zauroczeniu? A niech będzie zakochaniu!
Był trochę bardziej milczący, choć dalej obecny i opiekuńczy. Po prostu zdarzało mu się odpłynąć myślami. No i nie oszukujmy się, sytuacja w Toronto też sprawiała, że się martwił.
Zatrzymał się na parkingu przed miejskim targowiskiem i aż gwizdnął, widząc ilość samochodów, które tutaj były. Do tego jakieś kłótnie i przepychanki przy bagażnikach, bo ktoś zgarnął osiem wielkich pak papieru toaletowego.
- Kurcze, myślałem, że tutaj będzie lepiej niż w marketach... No dobra... Brace yourself! - wysiadł z samochodu i obszedł go, żeby otworzyć drzwi Clementine. - Może trzymajmy się blisko, co? Ludzie będą nerwowi.
Zaproponował, wyciągając rękę w jej stronę, żeby złapała go za dłoń.
Cisza... Miasto wydawało się zupełnie opustoszałe, bo kiedy zaczęły się problemy, kto mógł, to uciekł. Ci, którzy zostali, szybko nauczyli się, że cisza jest sprzymierzeńcem. Szwędacze reagowali mocno na hałasy... A podobno trup niewiele słyszy... Może to kwestia tego, że jeszcze nie rozłożyły się organy?
Przemykali oboje pomiędzy porzuconymi samochodami, obserwując, czy nie kręci się w okolicy jakieś zagrożenie. Ale było spokojnie. Tylko kiedy dotarli pod wejście do marketu, okazało się, że drzwi są spięte łańcuchem. Clem mogłaby się przecisnąć przez szczelinę i otworzyć jakieś okno albo zapasowe drzwi, ale on się nie zmieści. Ten pomysł mu się nie podobał. Nie wiedzieli, co jest w środku i nie chciał jej tam zostawiać samej. Kłódkę można rozwalić, ale to narobi hałasu. Ten pomysł też mu się nie podobał.
- Mała... Nie umiesz może tego numeru ze wsuwką i otwieraniem zamków? - zapytał żartobliwie, ale czujnie rozejrzał się, czy są bezpieczni. - Oglądałem tutoriale z otwierania zamków, ale nie mam wytrychów...
Clementine Thallman