Toronto wcale nie było takie
duże jak mogłoby się to co po niektórym wydawać, albo Wendy wydawało się ono dziwnie małe, bo wpadała na niego naprawdę często i wcale nie chodziło tylko o jego regularne wizyty w knajpie, w której pracowała. Ich ścieżki przecięły się niejeden raz też na kampusie i miała okazję słuchać już jego audycji. Niekiedy nawet mijali się w studenckich lokalach, w których bywała ze swoją paczką znajomych na tyle często
cholernie rzadko na ile pozwalał jej Brandon, jej obecny chłopak i najlepszy kumpel jej brata. Jednak gdzieś w tym całym szaleństwie nigdy oficjalnie się nie poznali, więc gdy usłyszała swoje imię padające z jego ust w pierwszej chwili się zmieszała.
Zna moje imię? W drugiej chwili już zrozumiała, że nie dlatego, że ją kojarzy, a za sprawą plakietki. Przywitała go więc uśmiechem i sama kątem oka zerknęła na menu, które przecież i tak znała na pamięć.
— Z tego? — zerknęła na ich wieczorną rozpiskę posiłków serwowanych w lokalu i pokiwała głową bezradnie.
— O tej porze? Gość z kuchni powiedziałby, że co najwyżej wyjście w podskokach — zażartowała puszczając mu oczko, bo może mieli jeszcze godzinę czasu do zamknięcia, ale jednocześnie mieli też dziś bardzo upierdliwego kucharza na zmianie. —
Ale masz dzisiaj szczęście, bo tak się składa, że mam znajomości i mogę załatwić ci coś pysznego — kucharz lubił ją, no ale kto nie lubił Wendy? Przecież była do rany przyłóż! Biedna nie zdawała sobie sprawy z tego, że typ z kuchni boi się jej zajść za skórę. Wystarczyłaby jedna skarga Gardner u jej chłopaka i biedny kucharz musiałby spłacać swoje długi w podskokach, ale o tym też nie miała pojęcia. —
Crowded House — odpowiedziała unosząc lekko brwi zdziwiona, że się jej tak przygląda. —
Podobno mają w przyszłym miesiącu grać w mieście koncert — zagadnęła nieco zmieszana, ale zwykle gdy coś ją peszyło to albo odwalała jakąś akcję albo paplała trzy po trzy, więc teraz padło chyba na opcję numer dwa. —
Nie znam zbytnio ich piosenek, ale Weather With You też jest fajna, choć bardziej podoba mi się ta. Don't Dream It's… — zacięła się, kiedy zobaczyła jego łobuzerski uśmiech i znieruchomiała, gdy się do niej wyrwał. Mogłaby przysiąc, że serce szybciej jej zabiło, a policzek przyjemnie zapiekł, gdy poczuła jego dotyk na skórze. Momentalnie oblała się rumieńcem, a jednak nie potrafiła odwrócić wzroku. Cholera wie ile by tak jeszcze stała wpatrując się w jego oczy, gdyby nie to, że była sobą i w tym najbardziej
nieodpowiednim momencie szturchnęła łokciem szklankę z wodą, która w ekspresowym tempie zaczęła przesuwać się po blacie w jego kierunku.
— Shi, shit, shit… przepraszam — szybko ścierkę porwała próbując ratować sytuację.
— Tylko nie potrącaj nam z napiwków, bo znów Mindy będzie mówiła, że to przez moją niezdarność ich nie dostajemy, a jestem prawie pewna — pochyliła się w jego stronę, by tylko on usłyszał jej szept
— że to za sprawą jej bitch face je tracimy — i znów odchyliła się obdarzając go błagalnym i przesłodkim spojrzeniem. Co jak co, ale on zawsze zostawiał im napiwki. —
Zaraz ci to jakoś wynagrodzę, daj mi chwilę — zapewniła i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do kuchni. Trochę jej nie było, ale gdy już wróciła to z pełnymi rękami. I talerz z tostem mu pod nos podsunęła, ale nie byle jakim. Szarpane mięso w środku było soczyste, pokryte idealnie roztopionym serem, do tego sosu było nie za mało, ale też nie za wiele, i d e a l n i e, a zamiast jednego pikla to dostał, aż trzy plasterki, więc oby się mu od tego dobrobytu w głowie nie poprzewracało. To powinno być na tyle z jej strony, ale zamiast wrócić do pracy łokcie położyła na blacie, na dłoniach ułożyła sobie twarz i przyglądała się mu wyczekując opinii.
