Strona 1 z 1

Who gave you the right to listen to my heart?

: pt paź 02, 2026 6:58 pm
autor: Olivia Calvert
Kenora, Ontario
Droga do rodzinnego miasta zawsze wydawała się Liv znacznie krótsza, niż by tego chciała. Miała wrażenie, że pomimo odległości od Toronto dystans ten pokonywała szybciej, pochłonięta własnymi myślami, automatycznie poruszając się po jezdni. Znała trasę na pamięć - każdy zakręt, każdy most, każdą sygnalizację świetlną czy stacje benzynową, na której zatrzymywała się, by zatankować. Znała mały sklepik, który był znakiem, że niemal dotarła do celu. Uśmiechnęła się na wspomnienie, które pojawiło się w jej głowie - jak oboje siedzieli na głazie nieopodal, godzinami rozmawiając, jakby nic innego nie miało znaczenia. Ot, zwykła gadka o wszystkim i o niczym, luźna wymiana poglądów, która dawała jej ukojenie. To była jej ucieczka i on o tym wiedział.
Z biegiem lat okolica niewiele się zmieniła - wybudowano kilka nowych domów, postawiono kolejny przystanek autobusowy, wyremontowano budynki, które już dawno tego potrzebowały. Aż dziw, że niektóre z nich do tej pory się nie rozpadły, bo były w stanie, który można było określić jako opłakany.
Czuła, jak powoli jej serce zaczyna bić niemiarowo. Przechodziła przez to każdego miesiąca, niezmiennie od dnia wypadku, w którym zginął. Minęło tak wiele czasu, a ona miała wrażenie, jakby pożegnała go zaledwie kilka dni temu. Może właśnie dlatego nadal nie potrafiła przyzwyczaić się do bólu, który nosiła w sercu. Do myśli, że nigdy nie będzie mogła zobaczyć reakcji na słowa, które chciała do niego powiedzieć. Żałowała, żałowała tak cholernie, że nie miała w sobie wystarczająco odwagi, by wyznać, jak bardzo go kochała. Skąd miała wiedzieć, że utraci tę możliwość na zawsze? Na studiach śmierć wydawała się im czymś odległy, czego nigdy nie brali po uwagę. A teraz? Teraz Liv się z nią przyjaźniła, zapraszając ją do pracy każdego dnia.
Zaparkowała samochód w pobliżu cmentarza i wyjęła z niego niewielki bukiet kwiatów. Na ich widok alex z pewnością rzuciłby jakimś głupim żartem, koniec końców ciesząc się z niego. To był ich rytuał - kwiaty zawsze na specjalne okazje. A jej odwiedziny z pewnością taką były.
Automatycznie przecisnęła się ścieżką pomiędzy nagrobkami kierując się do tego jedynego - zadbanego, opatrzonego wygrawerowaną tabliczką ze zdjęciem. Był na nim taki młody, taki radosny. Uśmiechnęła się na widok uśmiechu, za którym tęskniła.
-Znowu jestem, Alexa. Jeszcze przyjdzie dzień, w którym będziesz miał mnie dość - uśmiechnęła się, wymieniając bukiet na grobie. Wiedziała, że jego rodzice również tutaj przychodzili - za każdym razem, kiedy kończyła zdawać mu relację ze swojego życia, odwiedzała ich. I chociaż nie łączyło ich już nic poza wspomnieniem ich syna, tak byli dla niej znacznie bliżsi, niż jej własna rodzina.
Usiadła po turecku, nie przejmując się, że ziemia pod jej tyłkiem była chłodna - aktualnie znaczenie dla niej miał tylko Alex.
-Mam nadzieję, że nie jest ci tak zimno, jak mi. I doceń poświęcenie! Jak się pochoruję to cię znajdę, wiesz? - zaśmiała się cicho wiedząc, że i tak nikt jej nie odpowie. - Mam dla ciebie kilka nowości, więc słuchaj uważnie i mi nie przerywaj - rzuciła, chwilę później skupiając się na relacjonowaniu mu, jak jeden podejrzany typ groził jej bronią zmuszając, żeby zszyła mu ranę. Oczami wyobraźni widziała minę przyjaciela i błysk w jego oczach świadcząco o tym, że właśnie podjął decyzję, by skopać dupsko kolesiowi.

Lenny Richardson

Who gave you the right to listen to my heart?

: sob paź 10, 2026 10:24 pm
autor: Lenny Richardson
006.
Chłód był przyjemny i bezwzględny. Niemal natychmiastowo wdzierał się pod pierwsze warstwy ubrań Lenny’ego, ale nie dominował. Osadzał się nieśmiało, jak cichy zwiadowca, między ciasno plecionymi nićmi wełny, a rozgrzanym ciałem mężczyzny. Richardson nie był co prawda specjalnie odporny na zimno, był jednak odpowiednio p r z y g o t o w a n y. Ubrany w bordowy, gruby sweter golfowy, wykonany z alpaki, mógł z lekkim sumieniem stwierdzić, że zakup tej części garderoby okazał się dla niego najlepszym wyborem ostatnich tygodni. Materiał grzał go niemiłosiernie w plecy i tors pomimo braku ruchu z jego strony, a do tego nie wgryzał się niewygodnie w skórę, jak jego owcze odpowiedniki. Dodatkowo efekt komfortu podtrzymywało wielowarstwowe odzienie mężczyzny, miał bowiem pod spodem również bluzkę z długim rękawem, a na nogach gruby jeans, co łącznie ze swetrem stanowiło szczelną ochronę przed wiatrem, a nawet przed zimnym dotykiem nagrobkowego kamienia, o który właśnie się opierał, choć jego obecność na cmentarzu nie była koniecznością.
Nie była nawet oczywistością, bo w końcu Kenora w Ontario nie tylko była dla niego obcym miejscem, ale także była tak odległa jego rodzinnym stronom, że nie miał żadnych racjonalnych powodów, by odwiedzać nagrobki właśnie z tej części kraju. Nikt z jego krewnych, czy przyjaciół tu nie leżał. Dziś kończył jednak trasę autorską, co oznaczało, że po parudziesięciu dniach spędzonych w aucie, dla odmiany miał silną potrzebę wyciszenia się i odnalezienia miejsca do odpoczynku na świeżym powietrzu, z dala od wścibskich spojrzeń.
Tymczasem Kenora zdawała się wyjątkowo niechętna do ofiarowania wytchnienia przybyszowi z Toronto. Na próżno wypatrywał zacisznej, klimatycznej kawiarni, albo obskurnego pubu, w którym mógłby rozpłynąć się w półmroku i ukryć pośród obcych głosów, nie będąc zmuszonym do uczestniczenia w ich życiu. Brakowało mu miejsca, w którym samotność nie wymagałaby wyjaśnień, a milczenie nie zamieniałoby się w niezręczność, zawieszoną między nieznajomymi. Po tygodniach spędzonych w drodze, wśród kolejnych spotkań, rozmów i twarzy, których imiona zdążył już zapomnieć, pragnął więc zniknąć na kilka godzin.
Bez śladu, bez świadków, bez konieczności bycia kimkolwiek poza sobą.
Martwi zdawali się być idealnym towarzystwem na tę potrzebę,
szczególnie, że jego ciało domagało się desperacko chwili relaksu i w tym celu między palcami Lenny’ego wylądował joint. Właśnie miał go odpalić, opierając się o jeden z głębiej osadzonych na cmentarzu nagrobków, gdy usłyszał kobiecy głos.
Ręka ze skrętem zawiesiła się w bezruchu, a ostatecznie, opadła bezwiednie.
Mógł jej przerwać. Zamiast tego, nawykiem obserwatora, tylko słuchał, skryty za tarczą nagrobka. Równoważył jednocześnie jej niepokój, gdy pomimo żywego monologu, jaki prowadziła kobieta, on nie ruszył się nawet o milimetr. Spokój tego dnia rozpływał się po jego członkach z podobną determinacją i uporczywością, co oddech wyciągany z płuc, drobną mgiełką uchodzący w przestrzeń cmentarną.
Nie był niegrzeczny.
Gdy usłyszał w głosie dziewczyny kolejny gong melancholii, wezbranej za fasadą paru slangowych słów i mocniejszych zwrotów, pomyślał, że po pierwsze: słowa, przeklęta jak diablęta, nabierały koloru. A po drugie: powinien je przerwać, by nie wylądować wraz z nimi gdzieś na dnie piekła za głupie przewinienie: wścibstwo.

— “Nie mogłem się zatrzymać dla Śmierci -
Zabrał mnie przez uprzejmość -
W Powozie siedzieliśmy tylko My -
Oraz Nieśmiertelność.”


Głos przedarł się przez dojrzałość jej doświadczeń i władczość słów, przez produkcję chaosu, jaka wdarła się w jej zdania za sprawą emocji, i przez pustą pauzę, pomiędzy jednym, a drugim jej zdaniem. Schował jointa do tylnej kieszeni jeansów i uśmiechnął się pokrzepiająco, dźwigając się na nogi, by dopiero wtedy, po rzuceniu tego specyficznego cytatu, wychylić się zza nagrobka i spojrzeć twarzą w twarz na swoją przypadkową towarzyszkę.
— Wspomnienia potrafią być równie nieśmiertelne, niemal namacalne, co? — skwitował wszystko, co do tej pory od niej usłyszał, uznając słowa dziewczyny albo za próbę terapii, bądź próbę trzymania się gruzów zapamiętanych nawyków, jak rozmowa z prawdopodobnie przyjacielem.
— Przepraszam, powinienem odejść już z początku, ale przez chwilę przyszpiliłaś mnie do gleby tą groźbą: “słuchaj uważnie i mi nie przerywaj” — zaśmiał się łagodnie, próbując obrócić sytuację w poczciwy żart.

Olivia Calvert