This is the beginning of the lockdown, babe
: ndz paź 04, 2026 5:05 pm
U b r a n k o
— Tęsknię za tobą — rzuciła z zatrważającą dla siebie szczerością, coraz bardziej przekonując się do dzielenia się z Lucienem takimi w a ż n y m i informacjami. — Mhm. Widzimy się za parę godzin u ciebie — pożegnała się.
W ostatnim tygodniu nieobecność Luciena doskwierała Zoi szczególnie mocno. Głównie przez kłótnie z Adeliną, żal oraz wyrzuty sumienia, które odczuwała z tego powodu. Nie chodziło o to, że chciała mu się wygadać, bo - raczej - nie zamierzała obarczać go swoimi kolejnymi problemami, ale wiedziała, że w jego towarzystwie będzie skłonna oczyścić głowę z tych wszystkich negatywnych myśli.
Całe popołudnie zajmowała się przygotowaniami do spotkania. Zrobiła zakupy spożywcze i przygotowała krem z dyni, który następnie zapakowała do słoików. Potem spakowała wszystko, co niezbędne do zostania na noc. Ba, nie ustalili tego, jednak czula, że potrzebowała nacieszyć się towarzystwem mężczyzny.
Z domu wyszła późnym wieczorem, aby poczekać na Luciena przed blokiem. Według wcześniejszej instrukcji powinien być już domu, więc wyliczyła, że spacerem, korzystając ze skrótów, dotrze na miejsce za jakąś godzinkę.
Coś wisiało w powietrzu.
Słońce schowało się już za horyzontem, a boczne uliczki oświetlały latarnie. Co dziwniejsze, co jakiś czas któraś z nich niekontrolowanie mrugała, na co Zoya patrzyła dość podejrzliwie. W końcu, gdy kolejne zaczęły całkowicie gasnąć, przystanęła i obserwowała to zjawisko z jawną dezorientacją oraz narastającym niepokojem.
Kiedy dookoła zapanowała całkowita ciemność - a nawet dalej, bo wszystkie widoczne światła miasta niespodziewanie zniknęły, poczuła gorąc. Prędko mocniej zacisnęła dłoń na płóciennej torbie i... biegiem ruszyła przed siebie.
Jak na złość w pobliżu nie było żywej duszy. Może tylko co jakiś czas ktoś przemknął obok, oświetlając sobie drogę lampką z telefonu. Pomimo tego w panującym wokół mroku sylwetki przechodniów pozbawione były przzyjaznych kształtów, więc za każdym razem nieufnie zerkała przez ramię.
Po kolejnych, dłużących się minutach drogi, niespodziewanie rozdarł się dźwięk syreny. Wtedy Zoya znowu na chwilkę zwolniła. Wkrótce po ulicach zaczęły przejeżdżać samochody, z których z głośników poleciał komunikat o niespodziewanej awarii prądu.
Do osiedla Luciena zostało zaledwie dziesięć minut. Ostatni odcinek musiała pokonać tunelem, który oddzielał Financial District od Distillery District. Samo przejście nie byłoby niczym niezwykłym, gdyby od pewnego czasu nie docierały do Zoi czyjeś kroki. Raz przyspieszały, raz zwalniały. Niby starała się nie oglądać za siebie, choć każdy kolejny metr sprawiał, że coraz mocniej dokuczało jej zdenerwowanie.
W pewnym momencie te kroki przyspieszyły! Ktoś za jej plecami zaczął biec. I co gorsza, sparaliżowana strachem, skuliła ramiona i sama gwałtownie przyspieszyła. Po chwili jednak nieznajoma osoba ją wyprzedziła, a echo kroków umarło w ciemnym tunelu.
Dokładnie w tym, do którego musiała wejść.
Zoya z duszą na ramieniu sięgnęła po telefon. Włączyła latarkę i przez kilkanaście sekund wpatrywała się w mrok przed sobą. Dopiero po jakimś czasie zebrała się na odwagę i ruszyła.
Kiedy była mniej więcej w połowie tunelu, dostrzegła z przodu jakiś gwałtowny ruch. Pojawił się tak niespodziewanie, że w nagłym odruchu cofnęła się, potknęła o coś leżącego na ziemi i wypuściła komórkę z dłoni. Urządzenie upadło, a jego światło na moment oświetliło twarz Zoi.
Oczywiście schyliła się, aby podnieść telefon. I gdy tylko ponownie się wyprostowała, poczuła przed sobą czyjąś obecność. Krzyknęła! O zgrozno z jaką paniką Zoya wydarła się na całe gardło, a w kolejnym przypływie strachu uniosła urządzenie i spróbowała rąbnąć nim stoją obok postać. Mężczyzna jednak chwycił ją za nadgarstek i zatrzymał jej rękę gdzieś przy brodzie.
Krew tak głośno zaszumiała Zoi w uszach, że nie była w stanie usłyszeć niczego poza przyspieszonym biciem własnego serca. Szarpnęła się gwałtownie, próbując wyrwać nadgarstek, przez co płócienna torba zsunęła się z jej ramienia. Chwilę później znajdujące się w środku słoiki roztrzaskały się o ziemię.
— Puszczaj! Pomocy! — Gwałtownie zmieniła pozycję i tym razem spróbowała zaatakować nieznajomego drugą ręką. Mężczyzna znowu ją zatrzymał, a następnie niespodziewanie docisnął jej ręke do swojej piersi, aż jęknęła wystraszona i zdezorientowana.
Lucien Spencer
— Tęsknię za tobą — rzuciła z zatrważającą dla siebie szczerością, coraz bardziej przekonując się do dzielenia się z Lucienem takimi w a ż n y m i informacjami. — Mhm. Widzimy się za parę godzin u ciebie — pożegnała się.
W ostatnim tygodniu nieobecność Luciena doskwierała Zoi szczególnie mocno. Głównie przez kłótnie z Adeliną, żal oraz wyrzuty sumienia, które odczuwała z tego powodu. Nie chodziło o to, że chciała mu się wygadać, bo - raczej - nie zamierzała obarczać go swoimi kolejnymi problemami, ale wiedziała, że w jego towarzystwie będzie skłonna oczyścić głowę z tych wszystkich negatywnych myśli.
Całe popołudnie zajmowała się przygotowaniami do spotkania. Zrobiła zakupy spożywcze i przygotowała krem z dyni, który następnie zapakowała do słoików. Potem spakowała wszystko, co niezbędne do zostania na noc. Ba, nie ustalili tego, jednak czula, że potrzebowała nacieszyć się towarzystwem mężczyzny.
Z domu wyszła późnym wieczorem, aby poczekać na Luciena przed blokiem. Według wcześniejszej instrukcji powinien być już domu, więc wyliczyła, że spacerem, korzystając ze skrótów, dotrze na miejsce za jakąś godzinkę.
Coś wisiało w powietrzu.
Słońce schowało się już za horyzontem, a boczne uliczki oświetlały latarnie. Co dziwniejsze, co jakiś czas któraś z nich niekontrolowanie mrugała, na co Zoya patrzyła dość podejrzliwie. W końcu, gdy kolejne zaczęły całkowicie gasnąć, przystanęła i obserwowała to zjawisko z jawną dezorientacją oraz narastającym niepokojem.
Kiedy dookoła zapanowała całkowita ciemność - a nawet dalej, bo wszystkie widoczne światła miasta niespodziewanie zniknęły, poczuła gorąc. Prędko mocniej zacisnęła dłoń na płóciennej torbie i... biegiem ruszyła przed siebie.
Jak na złość w pobliżu nie było żywej duszy. Może tylko co jakiś czas ktoś przemknął obok, oświetlając sobie drogę lampką z telefonu. Pomimo tego w panującym wokół mroku sylwetki przechodniów pozbawione były przzyjaznych kształtów, więc za każdym razem nieufnie zerkała przez ramię.
Po kolejnych, dłużących się minutach drogi, niespodziewanie rozdarł się dźwięk syreny. Wtedy Zoya znowu na chwilkę zwolniła. Wkrótce po ulicach zaczęły przejeżdżać samochody, z których z głośników poleciał komunikat o niespodziewanej awarii prądu.
Do osiedla Luciena zostało zaledwie dziesięć minut. Ostatni odcinek musiała pokonać tunelem, który oddzielał Financial District od Distillery District. Samo przejście nie byłoby niczym niezwykłym, gdyby od pewnego czasu nie docierały do Zoi czyjeś kroki. Raz przyspieszały, raz zwalniały. Niby starała się nie oglądać za siebie, choć każdy kolejny metr sprawiał, że coraz mocniej dokuczało jej zdenerwowanie.
W pewnym momencie te kroki przyspieszyły! Ktoś za jej plecami zaczął biec. I co gorsza, sparaliżowana strachem, skuliła ramiona i sama gwałtownie przyspieszyła. Po chwili jednak nieznajoma osoba ją wyprzedziła, a echo kroków umarło w ciemnym tunelu.
Dokładnie w tym, do którego musiała wejść.
Zoya z duszą na ramieniu sięgnęła po telefon. Włączyła latarkę i przez kilkanaście sekund wpatrywała się w mrok przed sobą. Dopiero po jakimś czasie zebrała się na odwagę i ruszyła.
Kiedy była mniej więcej w połowie tunelu, dostrzegła z przodu jakiś gwałtowny ruch. Pojawił się tak niespodziewanie, że w nagłym odruchu cofnęła się, potknęła o coś leżącego na ziemi i wypuściła komórkę z dłoni. Urządzenie upadło, a jego światło na moment oświetliło twarz Zoi.
Oczywiście schyliła się, aby podnieść telefon. I gdy tylko ponownie się wyprostowała, poczuła przed sobą czyjąś obecność. Krzyknęła! O zgrozno z jaką paniką Zoya wydarła się na całe gardło, a w kolejnym przypływie strachu uniosła urządzenie i spróbowała rąbnąć nim stoją obok postać. Mężczyzna jednak chwycił ją za nadgarstek i zatrzymał jej rękę gdzieś przy brodzie.
Krew tak głośno zaszumiała Zoi w uszach, że nie była w stanie usłyszeć niczego poza przyspieszonym biciem własnego serca. Szarpnęła się gwałtownie, próbując wyrwać nadgarstek, przez co płócienna torba zsunęła się z jej ramienia. Chwilę później znajdujące się w środku słoiki roztrzaskały się o ziemię.
— Puszczaj! Pomocy! — Gwałtownie zmieniła pozycję i tym razem spróbowała zaatakować nieznajomego drugą ręką. Mężczyzna znowu ją zatrzymał, a następnie niespodziewanie docisnął jej ręke do swojej piersi, aż jęknęła wystraszona i zdezorientowana.
Lucien Spencer