Strona 1 z 1

A Blackout Wasn't Enough?

: ndz paź 04, 2026 7:02 pm
autor: Nathaniel Thornton
1 października

Kuuuuurrrwaaaaa.
Taka była jego pierwsza myśl, kiedy rano obudził się i odkrył, że pół jego kuchni pływa w związku z brakiem prądu i rozmrożoną zamrażarką. Na szczęście, poza samym szronem i lodem nie miał w środku nic, co mogło stracić życie w związku ze skokiem temperatury, gdyż wtedy autentycznie wyrzuciłby ten sprzęt przez okno. Najchętniej razem z zawartością, żeby przypadkiem nie musieć na nią dłużej patrzeć.
I to nie tak, że zdenerwował go sam fakt pływającej armatury, co to, to nie. Wodę można było wytrzeć, zamrażarkę rozmrozić do końca, a podłoga, przynajmniej według jego pobieżnej oceny, nie zdążyła jeszcze nabawić się trwałego uszczerbku na zdrowiu w postaci jakichkolwiek wybrzuszeń. Więc po prostu to ogarnął. Piekło zaczęło się dopiero wtedy, kiedy okazało się, że nie jest to kwestia jednego wywalonego korka, który mógłby naprawić w ciągu kilku minut, a kompletnego blackoutu całego miasta. Tu dopiero rozpoczęło się prawdziwe kurwienie.
Wprawiło go w stan paniki i wywołało natychmiastową potrzebę biegu do laboratorium. W zasadzie jeszcze zanim zdążył ustalić, czy prąd zamierza wrócić za pięć minut, godzinę czy może nigdy, w jego głowie pojawiła się lista wszystkiego, co właśnie znajdowało się bez zasilania, odpowiedniej temperatury i jego osobistego nadzoru. Problem polegał jedynie na tym, że zanim zaczął ratować świat, musiał zastanowić się, do którego laboratorium właściwie powinien pobiec najpierw, a nie było to takie oczywiste. W ostateczności uznał, że jednak uniwersytet i badania naukowe , które prowadził od miesięcy miały pierwszeństwo przed hodowanymi na podłożu bakteriami od człowieka, który wyglądał, jakby właśnie wydostał się z epidemii dżumy. Zresztą, szpital miał lepsze agregaty.
Naprędce ubierając jakiekolwiek pierwsze rzeczy, które trafiły mu w ręce wyleciał z domu z prędkością światła, nawet nie zwracając zbytnio uwagi na trwający w mieście transportowy chaos. I tak nie zamierzał korzystać z komunikacji miejskiej, nie mówiąc już o samochodzie, który łapał kurz w podziemnym garażu. Daleko by nim nie zajechał, tak czy siak. Rower miejski wydawałby się pewnym rozwiązaniem, dopóki jego system również nie opierał się na elektronice, co wprawiło go w jeszcze większą, nieokazywalną na zewnątrz, irytację. Po prostu pobiegł.
Chaos na kampusie bynajmniej nie był mniejszy. Wszędzie byli rozlani studenci, całkowicie skonfundowani sytuacją i tym co się działo. Jedni w panice przed rychłą śmiercią baterii telefonów komórkowych i braku backupu w postaci powerbanka, a inni próbujący ustalić, czy brak prądu stanowi wystarczająco uzasadnioną podstawę do odwołania wszystkich zajęć, najlepiej do końca tygodnia. Nie zmieniała się tylko jedna rzecz: wszyscy rozstępowali się przed Thorntonem jak morze przed Mojżeszem, szczególnie na widok jego aktualnego wyrazu gęby, który wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle. A poprzeczka już standardowo wisiała dość wysoko.
---

Po paru godzinach upewniania się, że prawdopodobnie wszystko będzie w jak najlepszym porządku, w akompaniamencie jednostajnego buczenia agregatów siedział przy jednym z biurek, po raz kolejny przeglądając listę sprzętów podpiętych pod awaryjne zasilanie. Teoretycznie nie miał już czego sprawdzać. Praktycznie najwyraźniej zamierzał siedzieć tutaj tak długo, aż prąd wróci albo ktoś siłą wyniesie go z budynku. Na szczęście dziekan znał go na tyle długo, aby tego nie zrobić, zresztą, komu innemu chciałoby się przesiadywać tu tyle czasu? Podobno normalni ludzie w trakcie blackoutów robią ciekawsze rzeczy, niż ratowanie dorobku naukowego. Ze statystyk wynikało, że ratują przyrost naturalny.
Kubek z kawą stał obok od dobrych kilkudziesięciu minut, nietknięty głównie dlatego, że zdążyła już wystygnąć, zanim przypomniał sobie o jej istnieniu. Telefon położył ekranem do dołu, skutecznie ignorując kolejne pojawiające się na nim powiadomienia, zresztą po kilku minutach włączył tryb samolotowy, bo było ich zbyt dużo. Skoro świat postanowił na - miejmy nadzieję - kilka godzin cofnąć się technologicznie o dobre pół wieku, równie dobrze mógł przynajmniej wykorzystać ten czas na społeczny święty spokój. Jakby i tak nie miał już wystarczająco dużo na głowie.

A Blackout Wasn't Enough?

: ndz paź 04, 2026 8:04 pm
autor: zaylee miller
080.
Po tym, jak w Toronto zgasły światła, komisariat stanął na głowie. Autentycznie wszystkim odjebało. Co prawda od razu uruchomiono zasilanie awaryjne, ale przecież ono również miało ograniczone zasoby energii. Chłodnice w prosektorium musiały działać bez przerwy, ale oświetlenie już niekoniecznie. W takich warunkach Miller nie mogła przeprowadzać kolejnych autopsji, więc dalsza praca nie miała większego sensu. Upewniła się, że wszyscy denaci zostali odpowiednio zabezpieczeni, jeszcze raz sprawdziła temperaturę w prosektorium i dopiero wtedy oświadczyła komendantowi Sloanowi, że ona stąd spierdala. Nie była policjantką, nie musiała jeździć do żadnych wezwań ani ratować sytuacji na mieście. Musiała jednak pozostać pod telefonem, gdyby w którymś momencie przyszło jej potwierdzić zgon. Dobrze, że dzień wcześniej coś podpowiedziało jej, żeby naładować powerbanka. Czy miała szósty zmysł? Cholera wie, ale zawsze starała się słuchać swojej intuicji.
Poruszanie się po mieście bez działającej sygnalizacji świetlnej było jakimś koszmarem. W centrum tworzyły się kilometrowe korki, kierowcy trąbili na siebie w amoku, a Zaylee miała ochotę podciąć sobie żyły skalpelem, który zawsze nosiła w kieszeni prochowca. Na wszelki wypadek. I zdarzały się takie sytuacje, w których faktycznie go użyła. Kiedy w tempie konduktu pogrzebowego zmieniła pas, a potem po raz kolejny utknęła w drogowym zatwardzeniu, wpadła na szalony pomysł, żeby napisać do swojego najdroższego przyjaciela, Nathaniela. Pomysł był o tyle szalony, że równie dobrze mogła próbować skontaktować się z człowiekiem, który właśnie wpadł do czarnej dziury, bo Thornton oczywiście nie odpisywał.
Miller podjęła więc szybką decyzję, że sprawi mu niespodziankę. Nawet przez chwilę nie pomyślała, że mógł być w domu. Znała jego pracoholizm aż za dobrze, a co gorsza, sama doskonale go rozumiała. Jeśli Nathaniel miał wybór między siedzeniem w domu a przesiadywaniem na uniwersytecie, prawdopodobieństwo, że dobrowolnie wybrał pierwszą opcję, było mniej więcej takie samo jak to, że Zaylee sama z siebie zacznie interesować się sportem. Dlatego zamiast kierować się do jego mieszkania, obrała kurs prosto na uniwersytet. Skoro nie odpisywał, równie dobrze mogła po prostu pojawić się osobiście. Przynajmniej wtedy nie będzie mógł udawać, że nie widział wiadomości.
Na uniwerku była dość znana. Co jakiś czas zapraszano ją tutaj, żeby poprowadziła wykłady dla studentów z wydziałów medycznych. Nawet ochroniarz, który przytrzymał jej drzwi, kiedy wychodził na obchód wokół budynku, wiedział, kim jest doktor Miller i ukłonił jej się w pas. Poinformowała kurtuazyjnie, że przyszła w odwiedziny do profesora Thorntona, co nie spotkało się z żadnym zaskoczeniem. Ochroniarz jedynie swoją reakcją potwierdził, że Nathaniel rzeczywiście był u siebie.
Przeszła długim korytarzem, pokonała schody i chwilę później wparowała do laboratorium, darując sobie grzecznościowe pukanie do drzwi. Była tutaj zdecydowanie zbyt często, żeby obowiązywały ją jakieś szczególne zasady etykiety.
— Nie odpisujesz na moje wiadomości — rzuciła od progu pretensjonalnym tonem, kiedy dostrzegła go ślęczącego nad czymś, co aktualnie robił. — A co, gdybym była umierająca i potrzebowała pomocy? — zapytała, chociaż akurat to był dość kiepski przykład, bo Zaylee była już umierająca. Dwukrotnie. Nie przeszkadzało jej to jednak w robieniu sobie z tego podśmiechujek. Skoro dwa razy była już jedną nogą w grobie, to tym bardziej mogła sobie pozwolić na ukochany czarny humor.

Nathaniel Thornton

A Blackout Wasn't Enough?

: ndz paź 04, 2026 9:25 pm
autor: Nathaniel Thornton
Oczywiście, że ktoś musiał mu przeszkodzić. Thornton nawet nie podniósł od razu wzroku, kiedy drzwi laboratorium otworzyły się bez poprzedzającego pukania. Przez krótką chwilę naprawdę rozważał zignorowanie intruza w nadziei, że brak reakcji zostanie odebrany jako dostatecznie jasny komunikat, jednak znajomy głos dość szybko zweryfikował ten plan. Zatrzymał długopis w połowie stawianej adnotacji i dopiero wtedy spojrzał w stronę wejścia.
Miller.
Właściwie powinien był się tego spodziewać. Istniało niewiele osób, które widząc zamknięte drzwi jego laboratorium uznawały, że stanowią one raczej sugestię niż rzeczywistą przeszkodę, a ona zajmowała na tej krótkiej liście zaszczytne pierwsze miejsce. Przynajmniej nie była studentem. Gdyby którykolwiek z nich wszedł tutaj w podobny sposób, prawdopodobnie wyszedłby kilka sekund później z zupełnie nowym spojrzeniem na kulturę osobistą i własne perspektywy ukończenia studiów.
- Dzwoniliby. - odpowiedział bez większego namysłu, jakby rozwiązanie problemu jej hipotetycznej agonii było absolutnie oczywiste. Zaraz potem jego spojrzenie przesunęło się w stronę telefonu leżącego ekranem do dołu na drugim końcu biurka. No tak.
Przez moment patrzył na urządzenie, przypominając sobie jednocześnie lawinę powiadomień sprzed...ile właściwie minęło? i własną, wówczas całkowicie racjonalną decyzję o odcięciu się od reszty społeczeństwa. Najwyraźniej plan posiadał pewną lukę, jeśli ktoś rzeczywiście postanowiłby w międzyczasie umrzeć i z jakiegoś powodu uznać, że Nathaniel powinien zostać o tym poinformowany.
- Dlatego włączyłem tryb samolotowy. - dodał w końcu ze śmiertelną powagą, nie podejmując nawet próby wyjaśnienia logiki stojącej za tym stwierdzeniem, choć kącik ust zadrżał mu niebezpiecznie. Odłożył długopis na blat i odchylił się nieco na krześle, po raz pierwszy przyglądając jej się uważniej. Skoro stała przed nim o własnych siłach, mówiła pełnymi zdaniami i, co najważniejsze, zdążyła już mieć do niego pretensje, ryzyko bezpośredniego zagrożenia życia oceniał jako stosunkowo niewielkie. Przynajmniej na ten moment. Różnie bywało.
- Poza tym wyglądasz na zaskakująco żywą. - stwierdził, po czym jego wzrok przesunął się ponad jej ramieniem, prosto na drzwi, przez które przed chwilą bezceremonialnie wparowała. - I pukanie nadal działa bez prądu. Sprawdzałem. - nie żeby rzeczywiście oczekiwał, że następnym razem zastosuje się do tej informacji. Znali się zdecydowanie zbyt długo, żeby którekolwiek z nich nadal łudziło się, że drugie nagle zacznie przestrzegać podstawowych norm społecznych tylko dlatego, że zostały mu przypomniane. Zresztą, gdyby Zaylee któregoś dnia grzecznie zapukała i poczekała na pozwolenie, prawdopodobnie zaniepokoiłoby go to znacznie bardziej niż kolejne wtargnięcie bez zapowiedzi.
Westchnął cicho i zerknął jeszcze raz na telefon, tym razem sięgając po niego i wyłączając tryb. Ekran niemal natychmiast zaczął nadrabiać od kilkudziesięciu minut do paru godzin jego dobrowolnej nieobecności w świecie żywych, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że poprzednie rozwiązanie miało jednak zdecydowanie więcej zalet. W tych wszystkich pingnięciach nie było jednak ani jednego powiadomienia o nieodebranym połączeniu.
- Zwłoki się jeszcze nie odmroziły? - zapytał w końcu, odkładając go z powrotem ekranem do dołu i zwrócił na nią swoje spojrzenie w oczekiwaniu na odpowiedź. Agregat wciąż burczał.

zaylee miller

A Blackout Wasn't Enough?

: ndz paź 04, 2026 10:00 pm
autor: zaylee miller
Lubiła być na pierwszym miejscu. Na studiach nigdy nie była pierwsza. Zawsze druga. Tuż za pieprzonym Vincentem Crawfordem. Boże, jak ona go nienawidziła, chociaż wcale nie miała ku temu żadnych sensownych powodów. Wystarczyło jej, że gość istniał i za każdym razem okazywał się od niej odrobinę lepszy. To zdecydowanie wystarczało, żeby przez lata darzyła go szczerą niechęcią.
Dobrze, że przynajmniej w sercu Nate'a nie było nikogo, kto mógłby ją wyprzedzić. Wiedziałaby, gdyby ktoś taki się pojawił. Nathaniel przecież niczego przed nią nie zatajał. Nie zrobiłby jej czegoś takiego, prawda? Prawda?! Miller wolała nawet nie dopuszczać do siebie myśli, że mogłoby być inaczej. Lubiła mieć pewność, że w jego życiu zajmuje szczególne miejsce. Najlepiej pierwsze. Ewentualnie pierwsze i drugie jednocześnie, gdyby istniała taka możliwość.
— Albo i nie — stwierdziła, kiedy zapewnił ją, że gdyby coś jej się stało, ktoś na pewno zadzwoniliby do niego. Nie mógł mieć takiej pewności. Po pierwsze, nie każda sytuacja wymagała przecież wzywania kogokolwiek. Po drugie, zanim ktokolwiek zdążyłby do niego zadzwonić, równie dobrze mogłoby być już dawno po fakcie. A Zaylee nie zamierzała przecież umierać tylko po to, żeby sprawdzić czas jego reakcji.
Prychnęła pod nosem na wieść o trybie samolotowym.
— Kutas — skwitowała krótko. — Pan jest zwykłą mendą społeczną i oszustem bazarowym, panie Thornton — dodała jeszcze, dostrzegając, jak kąciki jego ust niebezpiecznie zadrżały, prawie układając się w uśmiech.
Łajza.
Zaylee spojrzała po sobie. Faktycznie wyglądała na żywą, ale przecież nie wykluczało to, że w środku była trochę martwa. Miała też czarne serce, które mimo wszystko biło całkiem żwawo. Pewnie dlatego, że Nathaniel podnosił jej ciśnienie za każdym razem, kiedy patrzyła na jego gębę.
— Tak? Pukałeś, wchodząc do swojego laboratorium? Dziwny jesteś — podsumowała i podeszła bliżej. — Nad czym pracujesz? — zapytała, spoglądając mu przez ramię.
W tym samym momencie na jego telefon zaczęły wpadać kolejne wiadomości. Wyłączył wcześniej tryb samolotowy i najwyraźniej właśnie odkrył, jak wiele przegapił. Na ekranie pojawiło się ich chyba z sześćdziesiąt dziewięć. W tym sześćdziesiąt siedem od Miller.
Na kolejne pytanie wzruszyła lekko ramionami. Nie miała pojęcia, czy zwłoki w prosektorium zdążyły się rozmrozić. Kiedy wychodziła, były całkiem sztywne. Nie wiedziała jednak, jak długo potrwa przerwa w dostawie prądu ani ile czasu wytrzyma agregat. Tego nie dało się przewidzieć.
— Jeszcze. Wolę nie myśleć o tym, co się stanie, jak się rozmrożą — powiedziała. Całkiem możliwe, że wtedy ciała zaczęłyby się rozkładać, a przeprowadzenie sekcji zwłok stałoby się znacznie trudniejsze. Nie tyle niemożliwe, co po prostu bardziej czasochłonne, a to z pewnością nie spodobałoby się detektywom z wydziału zabójstw, którzy czekali na rzetelne wyniki autopsji. Nie lubili czekać. Tak, jak koronerka nie lubiła, kiedy ktoś ją poganiał i patrzył jej na ręce.

Nathaniel Thornton

A Blackout Wasn't Enough?

: pn paź 05, 2026 1:26 pm
autor: Nathaniel Thornton
  Uniósł jedną brew na jej krótkie "albo i nie", ale nie podjął się dalszej dyskusji. Teoretycznie miała rację, czego oczywiście nie zamierzał jej mówić, bo jeszcze uznałaby to za precedens i zaczęła oczekiwać podobnych deklaracji w przyszłości. Jeszcze tego mu brakowało. Miller miała zresztą wyjątkowy talent do tworzenia hipotetycznych scenariuszy, w których coś jej się działo, a on z jakiegoś powodu miał ponosić konsekwencje tego, że nie przewidział ich z odpowiednim wyprzedzeniem.
  Nie zmieniało to faktu, że gdyby rzeczywiście coś jej się stało, chciałby wiedzieć o tym jako jeden z pierwszych. Zaylee od dawna zajmowała w jego życiu miejsce zarezerwowane dla wyjątkowo niewielkiej liczby osób i gdyby ktoś zmusił go do stworzenia jakiegokolwiek rankingu, znajdowałaby się na samej górze, ex aequo z jego siostrą. O czym, rzecz jasna, nie zamierzał informować żadnej z nich wprost, wystarczy że same sobie to wizualizowały.
  Na rzuconego w jego stronę kutasa jedynie prychnął pod nosem, nie odrywając od niej spojrzenia. Reszta określeń przeszła już właściwie bez żadnej reakcji. Przez lata znajomości zdążył usłyszeć pod swoim adresem wystarczająco szeroki repertuar podobnych uprzejmości, żeby kolejne przestały robić na nim większe wrażenie. Zresztą, drgający kącik ust dość skutecznie zdradzał, jak bardzo czuł się nimi dotknięty. Pominął kwestię pukania do drzwi, naprawdę nie było sensu się tu rozwodzić.
  Kiedy telefon zaczął nadrabiać zaległości, zerknął tylko na pojawiające się powiadomienia, a następnie powoli przeniósł wzrok na stojącą obok przyjaciółkę.
  - Rozumiem, że po trzydziestej wiadomości uznałaś, że problemem może nie być zasięg, brak prądu, tylko niewystarczająca liczba wiadomości? - odłożył telefon z powrotem ekranem do dołu. Warto było jednak oszczędzać wszystkie baterie, przez jak najdłuższy czas.
  - Sprawdzam, czy ostatnie kilka miesięcy mojego życia nadal istnieje. - odpowiedział w końcu, z lekką dozą zrezygnowania, na jej wcześniejsze pytanie, przesuwając nieco leżące przed sobą notatki, żeby zrobić jej miejsce przy biurku. - Na razie wygląda na to, że tak, więc pilnuję, aby się to nie zmieniło. - jej obecność przy pracy nie była zresztą niczym nowym. Mogła zaglądać mu przez ramię do woli, a przez lata znajomości zdążyła spędzić w jego bezpośrednim otoczeniu wystarczająco dużo czasu, żeby nie traktował jej jak intruza, nawet tutaj. Co najwyżej jak permanentne źródło wyjątkowo irytujących zakłóceń, do którego zdążył się już przyzwyczaić.
  Przynajmniej sytuacja na uniwersytecie wydawała się opanowana, a ciągłe buczenie agregatów powoli zaczynało funkcjonować w jego świadomości jak wyjątkowo irytujący biały szum. Pozostawała jeszcze kwestia szpitala, ale skoro nikt nie próbował się do niego desperacko dodzwonić... zerknął na telefon. W porządku, skoro NIKT POZA ZAYLEE nie próbował się do niego desperacko dodzwonić, mógł zakładać, że tam również świat jeszcze się nie skończy. Albo skończył, ale był to problem kogoś innego.
  Na moment rzeczywiście zastanowił się nad problemem jej prosektorium, jakby rozmrażające się zwłoki były kolejną pozycją na dzisiejszej liście rzeczy wymagających rozwiązania.
  - Gdyby była zima, mogłabyś wystawić je na zewnątrz. - stwierdził zupełnie poważnie, zerkając przy tym w kierunku okna. - Teraz jest za ciepło, ale jak wyrzucisz je na zewnątrz, to przynajmniej zapach nie będzie problemem. Gorzej z efektem wizualnym. - zamilkł na moment, jakby naprawdę głęboko analizował ten scenariusz i potencjalne problemy we własnej głowie. Od czasu do czasu zdarzało mu się łapać pewne intelektualne zawieszki, a to była jedna z nich. Dodatkowo w przypadku Thorntona trudno było ustalić, czy żartował czy mówił śmiertelnie poważnie.
  - W najgorszym razie będziesz miała więcej pracy. Czyli zasadniczo nic się w twoim życiu nie zmieni, yay. - kiedy już jak gdyby nigdy nic się odwiesił, sięgnął po stojący obok kubek i już po samym dotknięciu przypomniał sobie, dlaczego wcześniej przestał się nim interesować. Zimna. Oczywiście. Skrzywił się minimalnie, ale zamiast próbować cokolwiek z tym zrobić, odstawił ją dokładnie w to samo miejsce. Nawet jego uzależnienie od kofeiny miało swoje granice i zdecydowanie nie zamierzał marnować energii z agregatu na robienie nowej kawy, kiedy od tego samego źródła zasilania zależało kilka miesięcy jego pracy.
  - Myślisz, że uda się gdzieś załatwić jeszcze kawę? - zapytał z odrobinę większym zainteresowaniem, niż wcześniej wykazał wobec perspektywy rozmrażających się zwłok. - Abym nie musiał używać palnika do probówek? - z drugiej strony palnik był podpięty do gazu, a tego mieli jeszcze całkiem sporo. Więc było to jakieś rozwiązanie.

zaylee miller

A Blackout Wasn't Enough?

: wt paź 06, 2026 12:50 am
autor: zaylee miller
Była realistką. Wiedziała, że w życiu zdarzają się różne sytuacje. Ba, niektóre z nich przeżyła na własnej skórze, więc nie chodziło o wyolbrzymianie zagrożeń ani dopowiadanie sobie rzeczy, których nie istniały. Po prostu doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że czasami wystarczy jeden wyjątkowo chujowy zbieg okoliczności, żeby zwyczajny dzień skończył się zupełnie inaczej, niż człowiek zakładał. To, co jeszcze do niedawna stanowiło dla niej dość drażliwy temat, z czasem potrafiła jednak obracać w żart. Nie omieszkała więc trochę podroczyć się z Nathanieliem, zwłaszcza że oboje doskonale wiedzieli, jak wyglądała hierarchia osób, które należało poinformować, gdyby coś jej się stało. Po żonie, rodzicach czy rodzeństwie Thornton byłby prawdopodobnie jedną z pierwszych osób, które dowiedziałyby się o tym, że Miller wpakowała się w jakieś gówno, tym razem już bez możliwości wyjścia z niego o własnych siłach. Tak było do tej pory i nic nie wskazywało na to, żeby miało się to zmienić.
— Dokładnie — skinęła głową, potwierdzając, że wiadomości było zdecydowanie za mało. — Wysłałabym ich więcej, gdybym nie musiała prowadzić — dodała, najwyraźniej szczerze przekonana, że Nate otrzymał niewystarczającą liczbę powiadomień z jej imieniem. — Nie powinieneś włączać trybu samolotowego, kiedy całe miasto jest odcięte od zasilania. Ktoś może się o ciebie martwić — rzuciła ot tak, wcale, ale to wcale nie sugerując, że tą osobą mogła być właśnie ona.
Przeniosła spojrzenie na okno. Jesień w tym roku była wyjątkowo ciepła, ale chyba nawet zimą nie zdecydowałaby się wystawić zwłok na zewnątrz. Pomijając już fakt, że temperatura niekoniecznie rozwiązywała problem w sposób, którego potrzebowała, po kilku godzinach miałaby na głowie wszystkie media z Toronto, a jej przełożony prawdopodobnie doszedłby do wniosku, że Miller do reszty pojebało. Znalazłaby inne rozwiązanie. Jakie? Na szczęście póki co nie musiała się nad tym zastanawiać.
— Więcej pracy, jupi — wyrzuciła obie ręce w powietrze, udając przesadny entuzjazm, chociaż minę miała zdecydowanie grobową. — Jak bardzo mi to przeszkadza? Ani trochę. W najgorszym wypadku zadzwonię do ciebie i zmuszę cię do pomocy w zabezpieczeniu zwłok. O ile łaskawie byś ode mnie odebrał — uśmiechnęła się do niego. Kpiąco, bo kpiąco, ale uśmiech to uśmiech.
Przechyliła głowę, przyglądając się przyjacielowi z pewnym pobłażaniem. Chyba naprawdę nigdy nie był wystarczająco zapracowany, żeby nauczyć się doceniać zimną kawę. Ona nie wybrzydzała. Kochała kawę, najlepiej czarną jak smoła i jej serce. Niejednokrotnie zdarzało jej się pić taką, która zdążyła osiągnąć temperaturę lodówki w prosektorium, ale czy kiedykolwiek jej to przeszkadzało? Absolutnie nie.
— Skoro uniwerek zasilają agregaty, to ten automat na korytarzu też powinien działać, co nie? — ruchem głowy wskazała na drzwi, za którymi znajdowało się urządzenie. — Chyba że jegomość gardzi takimi trunkami — uniosła ręce w obronnym geście. Ona akurat uważała, że kawa z automatu na komisariacie była lepsza niż ta z kuchennego ekspresu. Może nie była szczególnie dobra, ale przynajmniej kopała. Albo Miller po prostu była już na tyle przyzwyczajona do paskudnej kawy, że przestała zwracać uwagę na jej smak.
— Palniki zostaw w spokoju. Możemy po prostu przejść się do pomieszczenia socjalnego i zobaczyć, czy uda się coś wymodzić. Też chętnie się napiję — oznajmiła, tak na wszelki wypadek, gdyby nie brał jej pod uwagę w tym całym misternym planie. A jeśli jej nie uwzględnił, to Zaylee uwzględniła się sama.

Nathaniel Thornton

A Blackout Wasn't Enough?

: wt paź 06, 2026 10:55 pm
autor: Nathaniel Thornton
  Skrzywił się lekko na informację, że dostałby jeszcze więcej wiadomości, gdyby tylko prowadzenie samochodu nie stanęło jej na przeszkodzie. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, jakby właśnie dostarczyła mu znacznie ciekawszej informacji, niż pierwotnie zamierzała, choć z drugiej strony ten fakt absolutnie go nie zaskoczyl.
  - Korzystanie z telefonu w trakcie jazdy? - uniósł brwi, po czym pokiwał głową z udawanym uznaniem. - Brawo, pani koroner. Brawo. - nawet nie próbował ukryć udawanej, wymuszonej oceny wypisanej na twarzy. Człowiek zajmujący się zawodowo innymi ludźmi, którym wyjątkowo chujowy zbieg okoliczności zakończył życie, powinien mieć nieco lepiej rozwinięty instynkt samozachowawczy. Z drugiej strony mówili o Zaylee, więc być może już samo to założenie było jego pierwszym błędem. Ona z kolei wiedziała, że po prostu się czepiał dla samego wyzłośliwienia się w tej rozmowie, ale jego głęboko ukryte serduszko naprawdę się o nią martwiło.
  - Dobrze Mamo. Następnym razem, kiedy całe miasto pogrąży się w blackoucie, napiszę ci "żyję". - obiecał z powagą, jakby właśnie ustalali oficjalną procedurę postępowania na wypadek kolejnej całkowitej awarii miejskiej sieci energetycznej. Bo tak duże blackouty występowały codziennie. - Ale nie spodziewaj się większej wylewności.
  Perspektywa pomagania jej przy zwłokach nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia. Nie był to może jego standardowy zakres obowiązków, ale też zdecydowanie nie należał do ludzi, których widok martwego człowieka miałby zmusić do dramatycznego opuszczenia pomieszczenia.
  - Odebrałbym - odpowiedział krótko, tym razem bez żartów. Po sekundzie zerknął na leżący obok telefon. - Jeżeli nie miałbym włączonego trybu samolotowego - podkreślił niczym zacięta katarynka, wymuszając na twarzy uprzejmy uśmiech. - A ustaliliśmy, że miałem tylko dawać znać, że żyję.
  Na sugestię dotyczącą automatu spojrzał na nią, jakby właśnie obraziła mu matkę. Marnowanie awaryjnego zasilania na cały automat z kawą było najwyraźniej granicą, której nawet jego uzależnienie od kofeiny nie pozwalało przekroczyć.
  - Wiem, że w mojej hierarchii priorytetów kawa stoi wybitnie wysoko, ale jednak rozprzestrzeniające się pałeczki dżumy stoją wyżej. Zresztą pamiętaj, że to automat dla studentów. -na samą myśl o tych popłuczynach się wzdrygnął. Pomieszczenie socjalne i mały czajnik brzmiały już rozsądniej. Przynajmniej na tyle, na ile rozsądne mogło być polowanie na kofeinę w budynku pozbawionym normalnego zasilania. Spojrzał jeszcze raz na swoją zimną kawę, przez moment najwyraźniej rozważając, czy desperacja osiągnęła już poziom pozwalający ją wypić. Nie osiągnęła. To nie był jeszcze czas na picie zimnej kapucziny.
  Westchnął, odsunął krzesło i podniósł się zza biurka, ściągając z siebie biały fartuch laboratoryjny i odkładając go na krzesło. Znów pogrążył się w całkowitej czerni.
  - Dobrze. Chodź. - zgarnął telefon z blatu i wsunął go do kieszeni. Skoro Miller pofatygowała się przez sparaliżowane Toronto tylko po to, żeby sprawdzić, czy nadal żył (lub z nudów), mógł przynajmniej przez najbliższe kilka godzin umożliwić jej ten kontakt bez zbędnego przedłużania.
  - Ale jeśli jedyną dostępną opcją będzie kawa rozpuszczalna, obiecuję, że się zabiję.