A Blackout Wasn't Enough?
: ndz paź 04, 2026 7:02 pm
Kuuuuurrrwaaaaa.
Taka była jego pierwsza myśl, kiedy rano obudził się i odkrył, że pół jego kuchni pływa w związku z brakiem prądu i rozmrożoną zamrażarką. Na szczęście, poza samym szronem i lodem nie miał w środku nic, co mogło stracić życie w związku ze skokiem temperatury, gdyż wtedy autentycznie wyrzuciłby ten sprzęt przez okno. Najchętniej razem z zawartością, żeby przypadkiem nie musieć na nią dłużej patrzeć.
I to nie tak, że zdenerwował go sam fakt pływającej armatury, co to, to nie. Wodę można było wytrzeć, zamrażarkę rozmrozić do końca, a podłoga, przynajmniej według jego pobieżnej oceny, nie zdążyła jeszcze nabawić się trwałego uszczerbku na zdrowiu w postaci jakichkolwiek wybrzuszeń. Więc po prostu to ogarnął. Piekło zaczęło się dopiero wtedy, kiedy okazało się, że nie jest to kwestia jednego wywalonego korka, który mógłby naprawić w ciągu kilku minut, a kompletnego blackoutu całego miasta. Tu dopiero rozpoczęło się prawdziwe kurwienie.
Wprawiło go w stan paniki i wywołało natychmiastową potrzebę biegu do laboratorium. W zasadzie jeszcze zanim zdążył ustalić, czy prąd zamierza wrócić za pięć minut, godzinę czy może nigdy, w jego głowie pojawiła się lista wszystkiego, co właśnie znajdowało się bez zasilania, odpowiedniej temperatury i jego osobistego nadzoru. Problem polegał jedynie na tym, że zanim zaczął ratować świat, musiał zastanowić się, do którego laboratorium właściwie powinien pobiec najpierw, a nie było to takie oczywiste. W ostateczności uznał, że jednak uniwersytet i badania naukowe , które prowadził od miesięcy miały pierwszeństwo przed hodowanymi na podłożu bakteriami od człowieka, który wyglądał, jakby właśnie wydostał się z epidemii dżumy. Zresztą, szpital miał lepsze agregaty.
Naprędce ubierając jakiekolwiek pierwsze rzeczy, które trafiły mu w ręce wyleciał z domu z prędkością światła, nawet nie zwracając zbytnio uwagi na trwający w mieście transportowy chaos. I tak nie zamierzał korzystać z komunikacji miejskiej, nie mówiąc już o samochodzie, który łapał kurz w podziemnym garażu. Daleko by nim nie zajechał, tak czy siak. Rower miejski wydawałby się pewnym rozwiązaniem, dopóki jego system również nie opierał się na elektronice, co wprawiło go w jeszcze większą, nieokazywalną na zewnątrz, irytację. Po prostu pobiegł.
Chaos na kampusie bynajmniej nie był mniejszy. Wszędzie byli rozlani studenci, całkowicie skonfundowani sytuacją i tym co się działo. Jedni w panice przed rychłą śmiercią baterii telefonów komórkowych i braku backupu w postaci powerbanka, a inni próbujący ustalić, czy brak prądu stanowi wystarczająco uzasadnioną podstawę do odwołania wszystkich zajęć, najlepiej do końca tygodnia. Nie zmieniała się tylko jedna rzecz: wszyscy rozstępowali się przed Thorntonem jak morze przed Mojżeszem, szczególnie na widok jego aktualnego wyrazu gęby, który wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle. A poprzeczka już standardowo wisiała dość wysoko.
Po paru godzinach upewniania się, że prawdopodobnie wszystko będzie w jak najlepszym porządku, w akompaniamencie jednostajnego buczenia agregatów siedział przy jednym z biurek, po raz kolejny przeglądając listę sprzętów podpiętych pod awaryjne zasilanie. Teoretycznie nie miał już czego sprawdzać. Praktycznie najwyraźniej zamierzał siedzieć tutaj tak długo, aż prąd wróci albo ktoś siłą wyniesie go z budynku. Na szczęście dziekan znał go na tyle długo, aby tego nie zrobić, zresztą, komu innemu chciałoby się przesiadywać tu tyle czasu? Podobno normalni ludzie w trakcie blackoutów robią ciekawsze rzeczy, niż ratowanie dorobku naukowego. Ze statystyk wynikało, że ratują przyrost naturalny.
Kubek z kawą stał obok od dobrych kilkudziesięciu minut, nietknięty głównie dlatego, że zdążyła już wystygnąć, zanim przypomniał sobie o jej istnieniu. Telefon położył ekranem do dołu, skutecznie ignorując kolejne pojawiające się na nim powiadomienia, zresztą po kilku minutach włączył tryb samolotowy, bo było ich zbyt dużo. Skoro świat postanowił na - miejmy nadzieję - kilka godzin cofnąć się technologicznie o dobre pół wieku, równie dobrze mógł przynajmniej wykorzystać ten czas na społeczny święty spokój. Jakby i tak nie miał już wystarczająco dużo na głowie.