Something is wrong.
: ndz paź 04, 2026 11:36 pm
Jej życie nabrało ponownie tempa odkąd Giovanni wtajemniczył ją we wszystkie kwestie związane z ciemną stroną ich życia. Brała udział w spotkaniach, w negocjacjach, a także rozmowach, które odbywały się oficjalnie. I faktycznie, jej mąż brał pod uwagę jej zdanie, co było dla niej przyjemną nowością w roli żony, do której szybko przywykła. Miała jednak wiele nowych rzeczy do przyswojenia – nazwiska, daty, liczby, lokalizacje. Nawet nie wiedziała kiedy jej palce zaczęły pokrywać się krwią, chociaż sama osobiście nigdy nie przyłożyła ręki do czyjejś egzekucji.
Ale wiedziała o handlu ludźmi. Wiedziała o morderstwach. Wiedziała o szantażach, porwaniach, torturach, które miały miejsce za zamkniętymi drzwiami. Wiedziała o metodach jakie są używane przez ludzi, którzy dla nich pracowali. I nic nie zrobiła. Nigdy nic nie powiedziała, bo rzeczy musiały być zrobione, a ona nie wdawała się w szczegóły w jaki sposób pewne prawa oraz zasady były egzekwowane.
Nie zauważyła momentu w którym stała się tak samo wyrachowana, bo dla wszystkich dookoła była tą samą osobą. Ciepłą, miłą, elegancką i wychowaną. Ciepło się uśmiechała do ludzi, gotowała, rozmawiała z pracownikami, dbała o nich. I z każdym kolejnym miesiącem promieniała coraz bardziej, gdy ciąża wchodziła w kolejne etapy zaawansowania.
Coraz ciężej było jej ukrywać brzuch, który po piątym miesiącu zaczął być coraz bardziej widoczny, nawet pod luźniejszymi ubraniami. W końcu wszyscy dookoła wiedzieli, że za kilka miesięcy przyjdzie jej rodzić i zniknie z pracy na jakiś czas. Do tego czasu chciała wszystko ogarnąć, aby interes z jej ukochaną restauracją rozwijał się dalej. Musiała przekazać wszystkie obowiązki i przygotować pracowników na jej nieobecność, zwłaszcza jej zastępców, którzy mieli ogarniać każdą najmniejszą sprawę.
Tego dnia także spędziła sporo czasu w restauracji. Czuła się dobrze. Była sprawna fizycznie, nie męczyła się tak szybko, chociaż nogi puchły jej częściej niż powinny, a plecy czasami przypominały o tym, że nie powinna być na nogach tak długo. Przez cały czas była zdania, że ciąża to nie choroba i nie zamierzała siedzieć w domu przez cały okres jej trwania. Zwłaszcza, że równo co dwa tygodnie chodziła na kontrolę do ginekologa, który ją prowadził. I który raz za razem potwierdzał, że wszystko jest w porządku, dziecko rozwija się prawidłowo, a jej wyniki są doskonałe.
Wróciła do domu później niż zakładała, ale od razu zamierzała się położyć.
Weszła do domu i odetchnęła. Giovanni w dalszym ciągu siedział w swoim gabinecie, bo miał dzisiaj wyjątkowo dużo pracy, dlatego też nie zamierzała mu przeszkadzać zbyt długo. Grzecznie zapukała i weszła do środka, gdy siedział nad stertą papierów. Oznajmiła tym samym, że już wróciła. Przeszła do niego, zsunęła dłonie po jego ramionach, obejmując go od tyłu.
— Dużo jeszcze? — spytała, starając się ogarnąć spojrzeniem cały stos akt i teczek. — Nie siedź zbyt długo, carissimo — dodała troskliwie, zaraz czule całując go w policzek. Na przywitanie i dobranoc jednocześnie, bo wiedziała, że już będzie spać nim przyjdzie do łóżka.
Wyszła z gabinetu i przeszła do sypialni, a następnie do garderoby, aby wyciągnąć świeżą pidżamę. Sięgnęła do jednej z szuflad i wtedy poczuła nieprzyjemny skurcz.
Skurcze od jakiegoś czasu były jej codziennością. Dziecko było ruchliwe, a przez to czasami odbierało jej dech w piersi. Normalnie wszystko mijało po krótkiej chwili. Skurcze Braxtona-Hicksa tak miały. Były naturalne, nieregularne i towarzyszyły jej od dwudziestego tygodnia ciąży.
Ten jednak był dłuższy niż zazwyczaj. I zdecydowanie bardziej bolesny.
Kolejny był jeszcze gorszy. Zgięła się w pół, łapiąc za brzuch, czując nieprzyjemne kłucie. A potem kolejne i jeszcze jedno, które niemalże ścięło ją z nóg.
— Giovanni… — zawyła żałośnie, ale niezbyt głośno, bo ból odbierał jej głos. Była w cholernej garderobie, kilka pokoi dalej. Oczywiście, że jej nie słyszał.
Kolejny skurcz. Złapała się mocniej obramowania szafy, robiąc krok w stronę sypialni.
— Giovanni! — użyła wszystkich sił, aby do niego krzyknąć. Nie była w stanie na ten moment do niego podejść bliżej, niż te kilka kroków, bo miała wrażenie, że każdy ruch powodował jeszcze większy ból.
Oddychała ciężko, starając się uspokoić. Do porodu był jeszcze miesiąc. Zaledwie tydzień temu jej ginekolog powiedział, że wszystko jest w idealnym porządku. Nie mogła już zacząć rodzić, to nie było możliwe.
Podniosła obolałe spojrzenie na męża, który pojawił się w zasięgu jej wzroku. Zgięta w pół trzymała się futryny drzwi, w nadziei, że skurcze zaraz miną i był to jedynie fałszywy alarm przez który niepotrzebnie spanikowała.
— Coś jest nie tak.
Giovanni Salvatore
Ale wiedziała o handlu ludźmi. Wiedziała o morderstwach. Wiedziała o szantażach, porwaniach, torturach, które miały miejsce za zamkniętymi drzwiami. Wiedziała o metodach jakie są używane przez ludzi, którzy dla nich pracowali. I nic nie zrobiła. Nigdy nic nie powiedziała, bo rzeczy musiały być zrobione, a ona nie wdawała się w szczegóły w jaki sposób pewne prawa oraz zasady były egzekwowane.
Nie zauważyła momentu w którym stała się tak samo wyrachowana, bo dla wszystkich dookoła była tą samą osobą. Ciepłą, miłą, elegancką i wychowaną. Ciepło się uśmiechała do ludzi, gotowała, rozmawiała z pracownikami, dbała o nich. I z każdym kolejnym miesiącem promieniała coraz bardziej, gdy ciąża wchodziła w kolejne etapy zaawansowania.
Coraz ciężej było jej ukrywać brzuch, który po piątym miesiącu zaczął być coraz bardziej widoczny, nawet pod luźniejszymi ubraniami. W końcu wszyscy dookoła wiedzieli, że za kilka miesięcy przyjdzie jej rodzić i zniknie z pracy na jakiś czas. Do tego czasu chciała wszystko ogarnąć, aby interes z jej ukochaną restauracją rozwijał się dalej. Musiała przekazać wszystkie obowiązki i przygotować pracowników na jej nieobecność, zwłaszcza jej zastępców, którzy mieli ogarniać każdą najmniejszą sprawę.
Tego dnia także spędziła sporo czasu w restauracji. Czuła się dobrze. Była sprawna fizycznie, nie męczyła się tak szybko, chociaż nogi puchły jej częściej niż powinny, a plecy czasami przypominały o tym, że nie powinna być na nogach tak długo. Przez cały czas była zdania, że ciąża to nie choroba i nie zamierzała siedzieć w domu przez cały okres jej trwania. Zwłaszcza, że równo co dwa tygodnie chodziła na kontrolę do ginekologa, który ją prowadził. I który raz za razem potwierdzał, że wszystko jest w porządku, dziecko rozwija się prawidłowo, a jej wyniki są doskonałe.
Wróciła do domu później niż zakładała, ale od razu zamierzała się położyć.
Weszła do domu i odetchnęła. Giovanni w dalszym ciągu siedział w swoim gabinecie, bo miał dzisiaj wyjątkowo dużo pracy, dlatego też nie zamierzała mu przeszkadzać zbyt długo. Grzecznie zapukała i weszła do środka, gdy siedział nad stertą papierów. Oznajmiła tym samym, że już wróciła. Przeszła do niego, zsunęła dłonie po jego ramionach, obejmując go od tyłu.
— Dużo jeszcze? — spytała, starając się ogarnąć spojrzeniem cały stos akt i teczek. — Nie siedź zbyt długo, carissimo — dodała troskliwie, zaraz czule całując go w policzek. Na przywitanie i dobranoc jednocześnie, bo wiedziała, że już będzie spać nim przyjdzie do łóżka.
Wyszła z gabinetu i przeszła do sypialni, a następnie do garderoby, aby wyciągnąć świeżą pidżamę. Sięgnęła do jednej z szuflad i wtedy poczuła nieprzyjemny skurcz.
Skurcze od jakiegoś czasu były jej codziennością. Dziecko było ruchliwe, a przez to czasami odbierało jej dech w piersi. Normalnie wszystko mijało po krótkiej chwili. Skurcze Braxtona-Hicksa tak miały. Były naturalne, nieregularne i towarzyszyły jej od dwudziestego tygodnia ciąży.
Ten jednak był dłuższy niż zazwyczaj. I zdecydowanie bardziej bolesny.
Kolejny był jeszcze gorszy. Zgięła się w pół, łapiąc za brzuch, czując nieprzyjemne kłucie. A potem kolejne i jeszcze jedno, które niemalże ścięło ją z nóg.
— Giovanni… — zawyła żałośnie, ale niezbyt głośno, bo ból odbierał jej głos. Była w cholernej garderobie, kilka pokoi dalej. Oczywiście, że jej nie słyszał.
Kolejny skurcz. Złapała się mocniej obramowania szafy, robiąc krok w stronę sypialni.
— Giovanni! — użyła wszystkich sił, aby do niego krzyknąć. Nie była w stanie na ten moment do niego podejść bliżej, niż te kilka kroków, bo miała wrażenie, że każdy ruch powodował jeszcze większy ból.
Oddychała ciężko, starając się uspokoić. Do porodu był jeszcze miesiąc. Zaledwie tydzień temu jej ginekolog powiedział, że wszystko jest w idealnym porządku. Nie mogła już zacząć rodzić, to nie było możliwe.
Podniosła obolałe spojrzenie na męża, który pojawił się w zasięgu jej wzroku. Zgięta w pół trzymała się futryny drzwi, w nadziei, że skurcze zaraz miną i był to jedynie fałszywy alarm przez który niepotrzebnie spanikowała.
— Coś jest nie tak.
Giovanni Salvatore