Strona 1 z 1

If you are going through hell, keep going.

: pn paź 05, 2026 2:55 pm
autor: Gabriela R. Blais
Obrazek

Godzina: 21:37
Czas bez prądu: 26 godzin.

Faza pierwsza: Zaprzeczenie



To tylko na chwilę. Proszę zachować spokój. Nic się nie dzieje. Sranie w banie i dzikie węże. Takie kity to można wciskać staruszkom, którzy oglądają przez cały dzień głupie przemowy polityków, którzy piorą im mózgi. W całym mieście nie było prądu. To nie były problemy z dostawą na jedną ulicę. Odłączono ich, a takie sytuacje nigdy nie zapowiadały niczego dobrego. Pierwsza godzina tego cyrku była spokojna. Tak jak i kolejne. Sąsiedzi byli życzliwi i każdy sobie pomagał. Ona w tym czasie magazynowała zapasy wody i żarcia, chroniąc to wszystko przed jamą chłonną Madoxa. Pierwszą noc spędziła samotnie, a raczej w towarzystwie Marco, w drugim mieszkaniu, o którym Ricz i Madox wiedzieli, ale nikt nie znał adresu.
Sytuacja jednak robiła się napięta. Kanalizacja przestała działać. Ludzie coraz mniej mieli wody, a brak informacji od bliskich, gdy linie telekomunikacyjne padły, nie napawał optymizmem. Szpitale leciały na rezerwach, ale i te pokłady energii już niedługo miały się skończyć. A do ludzi powoli docierało, że to nie były jedynie ćwiczenia.

Faza druga: Akceptacja

Siedziała z Madoxem w kuchni, gdy przed blokiem doszło do bójki. Obserwowali to wydarzenie z okna z ponurymi minami. On zapewne martwił się o swoją żonę, ale oboje jednocześnie myślami byli przy Riczu i ciężarnej Rosie. Od dwóch godzin próbowali grać w karty, żeby jakoś zapełnić czas, ale opornie im to szło. Tak jakby oboje wiedzieli, że zaraz wybije godzina zero i na ulicach miasta zapanuje niekontrolowany chaos. - Musimy do nich jechać. Spakować zapasy i... - w razie czego ich obronić. Wiedziała, że Madi nie wierzył jej kiedy mówiła mu, że potrafi posługiwać się bronią. Że to on poczuwał się do obrony tego mieszkania jak bohater od siedmiu boleści. Gdyby nie jej ciąża i obecność w tym mieszkaniu, latałby z maczetą za Pilar. Cóż, najwyraźniej przyszedł czas, żeby zaburzyć mu światopogląd, że jego ukochana młodsza kuzynko-siostrzyczka jest tylko ujadającą chihuahua.
- Chodź. - ruszyła się ze swojego miejsca i wbiła do swojego pokoju. Przez chwilę szamotała się z wielką walizką, która leżała w garderobie, przysłonięta kurtkami zimowymi i płaszczami. Przesunęła swoją zdobycz na środek pokoju i otworzyła zabezpieczenia na kod, który tylko ona znała. I pewnie w jakiejś kreskówce teraz rozległyby się chóry brzuchatych aniołków, a z wnętrza walizki wydobywało się złote światło, ale ponura rzeczywistość nie robiła takiego wrażenia. Chociaż zawartość na pewno spodobała się Madoxowi.
- Częstuj się. Od Marco mam też pistolet i naboje. To jednak będzie moja zabawka. - nie musiała mówić na głos, że w piątym miesiącu ciąży byłaby w walce fatalnym wsparciem. Więc, gdy Madox bawił się w swoim mini Disneylandzie, ona zaczęła ich pakować. Zrobiła dość dobre zapasy, a jeszcze więcej rzeczy mogli znaleźć w jej domu rodzinnym, bo jej ojciec był na jakiejś misji, a był świrem, który interesował się survivalem.
Zostawili w kuchni kartkę dla Pilar z informacją, gdzie będą, oraz wskazówkami, gdzie w mieszkaniu zostawili dla niej butelkę wody i kilka batoników proteinowych wraz z latarką i dodatkową baterią. Nie zapominając o nożu, który mógłby się jej przydać w razie czego.
Ona z plecakiem i torbą. Madox z plecakiem i dwoma torbami. Byli gotowi. Zgarnęła w dłonie kluczyki do BMW, które na szczęście było zatankowane. O ile ktoś już nie spuścił benzyny... Już miała zbiegać na dół i wpakować swój tyłek na miejsce pasażera, ale wielkie łapsko kuzyna ją powstrzymało. Wskazał palcem do góry, a ona cicho jęknęła.
No tak... Jego przyjaciel... William...

Faza trzecia: Chaos

Ja pierdolę...
Kurwa...
Stała oparta o ścianę i piorunowała wzrokiem Patela, gdy tylko pojawiał się w zasięgu jej wzroku. Chciała poczekać przy aucie zanim ten się spakuje, ale Madox kategorycznie jej zabronił tak ryzykować. Zapewne przez to, że na zewnątrz było słychać krzyki jakiejś kobiety, która wołała o pomoc. Czyżby już dochodziło do zamieszek? Całkiem możliwe. W końcu jednak w trójkę wymknęli się pod osłoną ciemności na parking. Musieli uważać, bo gdzieniegdzie walało się szkło. Wrzucili torby do bagażnika i spojrzeli po sobie, gdy okazało się, że ktoś spuścił powietrze z tylnej opony.
- Błagam, powiedz, że masz zapasową. Jak stoimy z paliwem? - bo jak kiepsko, to będą musieli ukraść jakiś samochód. Albo zrobić hocki klocki i zapierdolić komuś trochę paliwa z baku.

Faza czwarta: Cel

Dotarli. Po wielu przebojach i dziwnych akcjach w końcu zaparkowali przed domem Ricza. Chyba każdy z nich odetchnął z ulgą, że ten etap mieli za sobą. Prędko odpięła pasy, złapała plecak i popędziła do drzwi frontowych, w które zaczęła walić pięściami. Po okolicy grasowali już jacyś zwyrole, więc obawiała się, że ktoś już próbował się włamać do kuzyna.
- Riczi, to my! - powiedziała głośniej, gdy firanka w oknie się poruszyła. W dłoni miała pistolet, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak okazało się, że coś się odwaliło, a w środku był już ktoś inny. Jej ramiona opadły, gdy w drzwiach stanął Ricardo, zdziwiony ich nagłym przyjazdem.
- Jak Roska? - zapytała od razu, rzucając się na szyję najstarszego kuzyna.

Madox A. Noriega
Ricardo Martinez
William N. Patel

If you are going through hell, keep going.

: pt paź 09, 2026 7:51 pm
autor: William N. Patel
Faza pierwsza: ciemność, widzę ciemność

...??? ...!!!

Faza druga: moralniak stulecia

Nie wiem kiedy zgasło światło, a całe miasto pogrążyło się w mroku, który wydawał się bardzo złowieszczy. Ostatnie co pamiętam to jak wracam z melanżu prawników, wchodzę do nocnego i walę wódę prosto z butelki. Potem już nic, mam co prawda kilka przebłysków, ale wolę sobie wmawiać, że to był tylko sen, co jest oczywiście jawną próbą zaklinania rzeczywistości, bo przecież obudziłem się w nie swoim łóżku. Naprawdę wolałbym, żeby było obce, to jednak znałem i właśnie to było w tym wszystkim najbardziej przerażające. Ale Gabrieli nigdzie nie widziałem i nie sądziłem, żebyśmy się pogodzili, chyba bym pamiętał?... Ewakuuję się z mieszkania Madoxa zanim ktoś mnie nakryje. Jeszcze nie wiem czy to już kac, czy jeszcze jestem pijany. Dopiero na górze, u siebie, orientuję się, że mój płaszcz wygląda jakbym dosłownie tarzał się po ziemi, a buty mam obrzygane. W zasadzie niespecjalnie mnie to dziwi, zdarza się. Na stole znajduję notatkę od Peach, pisze na kartce, że bała się zostać sama i jest u Galena, odezwij się jak wrócisz. Próbuję napisać jej SMS, ale nie mam zasięgu, wtedy także zauważam, że nie ma prądu, ale uznaję to za chwilową awarię, przecież to też się zdarza. Potem przeglądam wiadomości, które udało mi się wysłać w nocy. O Boże, naprawdę pisałem do Gaby, ale te strzępki informacji, które zostały w telefonie nic mi nie mówią, większość pousuwałem. Kurwa, musiałem pisać w chuj przypałowe rzeczy, o których w tym momencie nie chcę myśleć, bo żołądek już bez tego wykręca mi na drugą stronę. Dla kurażu walę klina, którego przepijam całą butelką wody. Czuję się chujowo, nie wiem czy gorzej fizycznie czy psychicznie, więc padam na kanapę i zasypiam w trzy sekundy. Budzi mnie dopiero walenie w drzwi, jest już ciemno, klaszczę w dłonie, żeby zapalić światło, ale nadal nie działa, więc wzdycham ciężko i sięgam po telefon, żeby odpalić latarkę. Patrzenie przez judasza mija się z celem, skoro nadal nie włączyli prądu, więc uchylam nieznacznie drzwi i świecę przez szczelinę, prosto w dwie znajome twarze - Czego?... - rzucam, widząc na klatce Gabi, już mam jej mówić, żeby wypierdalała, bo nie chce mi się z nią gadać, ale towarzyszy jej Madox, więc wzdycham ciężko, wpuszczając ich do środka. Przynoszą bardzo dziwne wieści. W ogóle robi się jakoś dziwnie, gdy jedno przez drugie zaczyna napierdalać o blackoucie. W sumie ma sens. To znaczy, nie ma, ale to by się składało w jedną całość. Ja pierdole. Jakimś cudem zasięg wzrósł do jednej kreski, więc ponawiam próbę skontaktowania się z Peach i tym razem faktycznie się udaje. Piszę, żeby została u Wyatta, ja jadę do Martinezów razem z Madoxem oraz jego kuzynką. Później się pakuję, nie wiem co mam ze sobą wziąć, więc wrzucam do plecaka rzeczy mniej lub bardziej przydatne. Biorę także ukulele, dla rozrywki.

Faza trzecia: diabelski młyn

- Dobra, Gaba, proponuję chwilowe zawieszenie broni, ze względu na okoliczności, ale masz się do mnie nie odzywać bez sensu - rzucam, kiedy schodzimy na dół. Potem zrównuję kroki z Madoxem, bo jego kuzynce nie mogę nawet spojrzeć w oczy. Nie mam pojęcia co wydarzyło się wczoraj, tylko podskórnie czuję, że było grubo. I że powinno mi być wstyd. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że chyba wolę nie wiedzieć. Jak tylko wychodzimy na zewnątrz to odpalam papierosa. W końcu zatrzymujemy się przy jakimś nieznajomym aucie, więc unoszę nieznacznie jedną brew, spoglądając na swojego przyjaciela - Co to za auto? - pytam, bo na pewno nie BMW, ani tym bardziej Jaguar. Na parkingu natrafiamy na pierwsze poważne przeszkody, wzdycham przeciągle kiedy się okazuje, że ktoś spuścił powietrze z tylnej opony - Zajebiście, a wy w ogóle umiecie wymieniać koło? - bo ja, na przykład, nie. Mogę pomóc, ale potrzebuję instrukcji. Niemniej wrzucam swoje rzeczy do bagażnika, a na wpół wypalonego kiepa ciskam na ziemię, przygaszając go podeszwą.

Faza czwarta: wreszcie na miejscu

Chryste, chyba tylko cudem udało nam się tutaj dotrzeć, więc kiedy parkujemy na podjeździe to oddycham z ulgą - Ja pierdole, już przestałem wierzyć w to, że dojedziemy tu w jednym kawałku - jak zwykle optymistycznie podchodzę do sprawy. Wysiadam z auta, Gaba biegnie już do drzwi i wali w nie pięściami, a my z Madoxem zbieramy nasze bagaże. No, trochę tego jest. Okolicę oświetla tylko blady blask księżyca, pół tarczy. Jedno trzeba przyznać, kiedy Toronto pogrążone jest w całkowitych ciemnościach, niebo wygląda zjawiskowo. Zadzieram głowę do góry, z wolna podchodząc do wejścia, zaś kiedy otwiera nam Ricardo we własnej osobie to witam go niezbyt radosnym uśmiechem - Żyjecie? Ale chujnia, co? - Riczi tym bardziej musiał być w stresie, bo kurwa, Rosa przecież mogła urodzić w każdej chwili, wyglądała jakby zaraz miała wybuchnąć. Rzucam okiem naokoło, natomiast moje spojrzenie zatrzymuje się na jakimś obcym typie, który gapi się na nas z drugiej strony ulicy - Ej, właźcie szybciej bo jakiś facet się na nas dziwnie lampi - jego intensywny wzrok wszyscy odczuwamy nieprzyjemnym mrowieniem w karkach. Wbijamy się do środka, a ostatni zaklucza drzwi.

Gabriela R. Blais Madox A. Noriega Ricardo Martinez