If you are going through hell, keep going.
: pn paź 05, 2026 2:55 pm

Godzina: 21:37
Czas bez prądu: 26 godzin.
Faza pierwsza: Zaprzeczenie
To tylko na chwilę. Proszę zachować spokój. Nic się nie dzieje. Sranie w banie i dzikie węże. Takie kity to można wciskać staruszkom, którzy oglądają przez cały dzień głupie przemowy polityków, którzy piorą im mózgi. W całym mieście nie było prądu. To nie były problemy z dostawą na jedną ulicę. Odłączono ich, a takie sytuacje nigdy nie zapowiadały niczego dobrego. Pierwsza godzina tego cyrku była spokojna. Tak jak i kolejne. Sąsiedzi byli życzliwi i każdy sobie pomagał. Ona w tym czasie magazynowała zapasy wody i żarcia, chroniąc to wszystko przed jamą chłonną Madoxa. Pierwszą noc spędziła samotnie, a raczej w towarzystwie Marco, w drugim mieszkaniu, o którym Ricz i Madox wiedzieli, ale nikt nie znał adresu.
Sytuacja jednak robiła się napięta. Kanalizacja przestała działać. Ludzie coraz mniej mieli wody, a brak informacji od bliskich, gdy linie telekomunikacyjne padły, nie napawał optymizmem. Szpitale leciały na rezerwach, ale i te pokłady energii już niedługo miały się skończyć. A do ludzi powoli docierało, że to nie były jedynie ćwiczenia.
Faza druga: Akceptacja
Siedziała z Madoxem w kuchni, gdy przed blokiem doszło do bójki. Obserwowali to wydarzenie z okna z ponurymi minami. On zapewne martwił się o swoją żonę, ale oboje jednocześnie myślami byli przy Riczu i ciężarnej Rosie. Od dwóch godzin próbowali grać w karty, żeby jakoś zapełnić czas, ale opornie im to szło. Tak jakby oboje wiedzieli, że zaraz wybije godzina zero i na ulicach miasta zapanuje niekontrolowany chaos. - Musimy do nich jechać. Spakować zapasy i... - w razie czego ich obronić. Wiedziała, że Madi nie wierzył jej kiedy mówiła mu, że potrafi posługiwać się bronią. Że to on poczuwał się do obrony tego mieszkania jak bohater od siedmiu boleści. Gdyby nie jej ciąża i obecność w tym mieszkaniu, latałby z maczetą za Pilar. Cóż, najwyraźniej przyszedł czas, żeby zaburzyć mu światopogląd, że jego ukochana młodsza kuzynko-siostrzyczka jest tylko ujadającą chihuahua.
- Chodź. - ruszyła się ze swojego miejsca i wbiła do swojego pokoju. Przez chwilę szamotała się z wielką walizką, która leżała w garderobie, przysłonięta kurtkami zimowymi i płaszczami. Przesunęła swoją zdobycz na środek pokoju i otworzyła zabezpieczenia na kod, który tylko ona znała. I pewnie w jakiejś kreskówce teraz rozległyby się chóry brzuchatych aniołków, a z wnętrza walizki wydobywało się złote światło, ale ponura rzeczywistość nie robiła takiego wrażenia. Chociaż zawartość na pewno spodobała się Madoxowi.
- Częstuj się. Od Marco mam też pistolet i naboje. To jednak będzie moja zabawka. - nie musiała mówić na głos, że w piątym miesiącu ciąży byłaby w walce fatalnym wsparciem. Więc, gdy Madox bawił się w swoim mini Disneylandzie, ona zaczęła ich pakować. Zrobiła dość dobre zapasy, a jeszcze więcej rzeczy mogli znaleźć w jej domu rodzinnym, bo jej ojciec był na jakiejś misji, a był świrem, który interesował się survivalem.
Zostawili w kuchni kartkę dla Pilar z informacją, gdzie będą, oraz wskazówkami, gdzie w mieszkaniu zostawili dla niej butelkę wody i kilka batoników proteinowych wraz z latarką i dodatkową baterią. Nie zapominając o nożu, który mógłby się jej przydać w razie czego.
Ona z plecakiem i torbą. Madox z plecakiem i dwoma torbami. Byli gotowi. Zgarnęła w dłonie kluczyki do BMW, które na szczęście było zatankowane. O ile ktoś już nie spuścił benzyny... Już miała zbiegać na dół i wpakować swój tyłek na miejsce pasażera, ale wielkie łapsko kuzyna ją powstrzymało. Wskazał palcem do góry, a ona cicho jęknęła.
No tak... Jego przyjaciel... William...
Faza trzecia: Chaos
Ja pierdolę...
Kurwa...
Stała oparta o ścianę i piorunowała wzrokiem Patela, gdy tylko pojawiał się w zasięgu jej wzroku. Chciała poczekać przy aucie zanim ten się spakuje, ale Madox kategorycznie jej zabronił tak ryzykować. Zapewne przez to, że na zewnątrz było słychać krzyki jakiejś kobiety, która wołała o pomoc. Czyżby już dochodziło do zamieszek? Całkiem możliwe. W końcu jednak w trójkę wymknęli się pod osłoną ciemności na parking. Musieli uważać, bo gdzieniegdzie walało się szkło. Wrzucili torby do bagażnika i spojrzeli po sobie, gdy okazało się, że ktoś spuścił powietrze z tylnej opony.
- Błagam, powiedz, że masz zapasową. Jak stoimy z paliwem? - bo jak kiepsko, to będą musieli ukraść jakiś samochód. Albo zrobić hocki klocki i zapierdolić komuś trochę paliwa z baku.
Faza czwarta: Cel
Dotarli. Po wielu przebojach i dziwnych akcjach w końcu zaparkowali przed domem Ricza. Chyba każdy z nich odetchnął z ulgą, że ten etap mieli za sobą. Prędko odpięła pasy, złapała plecak i popędziła do drzwi frontowych, w które zaczęła walić pięściami. Po okolicy grasowali już jacyś zwyrole, więc obawiała się, że ktoś już próbował się włamać do kuzyna.
- Riczi, to my! - powiedziała głośniej, gdy firanka w oknie się poruszyła. W dłoni miała pistolet, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak okazało się, że coś się odwaliło, a w środku był już ktoś inny. Jej ramiona opadły, gdy w drzwiach stanął Ricardo, zdziwiony ich nagłym przyjazdem.
- Jak Roska? - zapytała od razu, rzucając się na szyję najstarszego kuzyna.
Madox A. Noriega
Ricardo Martinez
William N. Patel