Strona 1 z 1

i can see the end as it begins

: pn paź 05, 2026 11:22 pm
autor: Giovanni Salvatore
Dwa miesiące.
  Cztery tygodnie, odkąd jej były ochroniarz, wspaniałomyślnie powycierał stolik na zamknięcie lokalu. Byłoby to pewnie szczytem uprzejmości z jego strony, gdyby użył do tego serwetek, a nie twarzy innego klienta. Dziwnym zbiegiem okoliczności tego samego, który do baru przyszedł razem z Maelle.
  Była na niego wściekła – lista powodów, które przed nią rozrzucił, była dla niej absurdalne. Była zła przede wszystkim przez to, że zdążyła realnie polubić towarzystwo chłopaka, którego przedstawiła jej – bliżej: wcisnęła – Lucy. Było jej podwójnie głupio, kiedy musiała próbować wytłumaczyć swojego ku-zy-na i jego nadopiekuńczość i porywczość przed kolegą.
  Kolejnego dnia siedziała w absolutnej ciszy na recepcji w budynku Avalonu i zdołała, cudem, dostać się do osoby odpowiedzialnej za całe do zamieszanie; za całą pomyłkę z ochroniarzem.
  To chyba była jedna z nielicznych rozmów, którą dziewczyna miała okazję odbyć bez nadzoru. Z nadzorem skutecznie zajmowanym przez przebywającą akurat w siedzibie korporacji żonę dyrektora. I kiedy w końcu opuściła gabinet – mogła wyjść z budynku sama.
  Ciężar przekazania Damonowi tych wspaniałych wieści spoczywał na Salvatore, który poprosił go od razu do siebie na rozmowę. Obecność jego żony można było traktować jako okoliczności łagodzące.
Parę dni później musiała przyzwyczajać się do nowego człowieka.
  Był dwa razy milszy, skłonny do dialogu i nie mroził spojrzeniem, a i tak jej patologiczna, powykrzywiana psychika widziała w nim coś dziwnego i trzymała na dystans.

~*~


  Dwa miesiące.
  Salvatore w tym czasie próbował stworzyć coś, co jednocześnie było i nie było organizacją. ‘Ndraghetę odgrodził grubą linią od siebie i swojej rodziny; choć oficjalnie przyjęto, że to on został odsunięty. Na walnym zgromadzeniu – nie tak wielkim jak zwykle, ale zdecydowanie bardziej emocjonalnym – jasno zaznaczono, jak upadła pozycja Salvatore’a. Całość uszyta pod dyktando wuja, choć nie tyle co jego, jak jego żony.
  Wejście na ścieżkę wojenną z kalabryjską organizacją – choć otwarcie tego konfliktem nie nazywali, znacznie chętniej używali określenia ‘nieporozumienie’ przez wzgląd na niewystarczająca ilość dowodów – było początkowo dość problematyczne.
  Należało wszystko dokładnie sprawdzić. Wszystkich ludzi, wszelkie kontakty, wszystkie współprace. Absolutnie wszystko.
  Ruszyło parę spraw, które wcześniej były przytkane. Mozolnie zaczął realizować część z własnych postanowień.
  Giovanni odłożył dokumenty na bok biurka w domowym gabinecie i spojrzał na zegarek. Było już późno, ale czekał jeszcze na jedną osobę. Spóźniała się, choć najpewniej nie z własnej winy.
  Zaprosił Navi do gabinetu, gdy zajrzała, aby dowiedzieć się, ile jeszcze powinna poczekać z kolacją. Niedługo potem odezwał się dzwonek do drzwi, a parę chwil później przez próg pomieszczenia przeszedł jeden z niewielu zaufanych ludzi, którzy mu zostali.
  Nie zamierzał przeciągać wizyty Tae zbyt długo, chciał jedynie dokumenty i przesyłkę, którą miał przetransportować mu z jednego z regionów w Rosji. Poczta czy kurier nie wchodzili w grę, zawartość była zbyt ważna dla Salvatore’a. Nie mówiąc już o tym, że przesyłka, w pierwszej kolejności, nigdy nie miała być nadana do niego.
  Zanim zdążył go powitać, zadzwonił jego telefon – początkowo zignorował ten fakt, jednak sygnał ponowił się znów i jeszcze raz, dopiero wtedy odebrał. Dość szybko stracił zainteresowanie zarówno przesyłką, agentem jak i wszystkim dookoła, gestem tylko instruując Navi, aby zajęła się Damonem i jego odprawą; przesunął w jej stronę jedną z aktówek z premią, a potem odwrócił się na fotelu i zaczął intensywną rozmowę.
  Wkrótce na tyle intensywną, że dwójce najpewniej ciężko było prowadzić jakikolwiek dialog – nie to, żeby przynajmniej pięćdziesiąt procent uczestniczących nie było zbyt rozmownych. Rozmowa przeszła w wystrzeliwane z prędkością karabinu słowa po włosku, finalnie wchodząc w ostateczną, choć dość rzadką fazę, którą można było nazwać po prostu furią.
  Furia pojawiała się tam, kiedy kończył się zasięg Salvatore’a, a sprawa znajdowała się w stanie co najmniej godnym pożałowania.
  — Ściągnij mi Bellantiego — rzucił krótko do Navi, przyciskając ramieniem słuchawkę do ucha. — Ma wziąć ludzi i za dwie godziny mają być już w drodze do Manaus. — Wysłuchał tego, co mówiła druga strona połączenia, zerkając w tym czasie z ukosa na partnerkę. — Caruso i młodą szlag trafił — rzucił, zaraz upominając rozmówcę, że nie mówił do niego.

Damon Tae

i can see the end as it begins

: wt paź 06, 2026 12:10 pm
autor: Damon Tae
Od kilku miesięcy był odsunięty od sprawy ochrony blondynki. Z jednej strony, było to dla niego irytujące, bo chcąc nie chcąc, obchodziło go jej bezpieczeństwo. I to nie tylko dlatego, że Giovanni mu kazał. Od tamtej felernej nocy czuł, że granice zostały przesunięte. Mógł udawać, że tak nie było, ale podświadomie zdawał sobie z tego sprawę. Czuła jak krew mu wrzała, gdy po jakimś czasie blondynka zaczęła się spotykać z innymi ludźmi. Z mężczyznami dokładniej. I chociaż zgrywał człowieka, którego nie obchodzi co robi oraz z kim, jego zachowanie wskazywało na coś innego. Nie umiał się powstrzymać, aby nie złamać komuś ręki, gdy ta znalazła się zdecydowanie zbyt nisko pleców. Nie umiał nie wyjebać komuś z bara, gdy znajdował się zbyt blisko. Nie umiał powstrzymać swojego spojrzenia, które zwiastowało czyjąś rychłą śmierć.
A już na pewno nie umiał trzymać rąk przy sobie, gdy ktoś przekraczał granicę cielesności. Nieważne, że Maelle mogła się na to zgodzić. On się nie zgadzał.
I to doprowadziło do tego, że zwyczajnie został od niej odsunięty. To było dla niego najlepsze rozwiązanie. Nie chciał się przywiązywać, ale wiedział, że blondi zaczęła znaczyć więcej niż powinna. Fakt, że teraz nie miał z nią kontaktu był na plus, bo mógł zacząć się dystansować w prawidłowy sposób, dokładnie tak jak chciał.
Ponownie rzucił się w wir pracy. Kończył jedną misję od Giovanniego i zaraz zaczynał drugą, nie dając sobie nawet dnia odpoczynku, bo uważał, że go nie potrzebował. Wolał zająć sobie głowę czymś… czymkolwiek, aby nie myśleć o tym, że ten debil Caruso miał teraz ochraniać blondynkę. Nie, żeby nie wierzył w ludzi Giovanniego, ale uważał go za idiotę. Jak zresztą większość ludzi pod nim.
Ale zresztą, to nie powinno go obchodzić.
Niedawno wrócił z zadania, które dał mu Włoch, a zaraz miał wyruszyć zrobić kolejne. Ostatnio pojawiał się w tym apartamencie zdecydowanie zbyt często. Miał wrażenie, że znał już cały rozkład mieszkania na wylot. I w zasadzie nie było to tak dalekie od prawdy.
Wszedł do gabinetu i przywitał się z Navi, która także stała się częścią jego życiorysu. I to nie tylko dlatego, że była żoną Giovanniego, ale też dlatego, że go karmiła i opierdalała za różne rzeczy. Do dzisiaj patrzyła się na niego dziwnie, gdy wchodził temat Maelle. Na szczęście ten nie wypływał zbyt często.
Zajął się rozmową z Azjatką, chociaż chcąc-nie chcąc, przysłuchiwał się wymianie zdań. Chociaż ciężko mu było nie znając większości słów. Niemniej rozumiał po tonie głosu, że coś się stało i jego szef nie był raczej z tego zbyt zadowolony.
Nawet Navi przestała mówić, obserwując swojego męża.
Gdy się do niej zwrócił, wyprostowała się i przyjęła zadania. Wyciągnęła telefon i już miała wybierać numer, kiedy na chwilę się zatrzymała.
Caruso i młodą szlag trafił.
— Maelle? — spytała.
— Maelle? — powtórzył Damon, gdy padło imię dziewczyny. Nawet nie zauważył, że momentalnie się napiął.
Navi jednak wyszła z pomieszczenia w pośpiechu, aby wykonać połączenie. Może kilka, aby załatwić to, o co poprosił ją mąż.
— Co to znaczy szlag ją trafił — zapytał Damon, tym swoim jak zawsze spokojnym głosem, jak gdyby w ogóle nie obchodziło go to, co usłyszał. Ale kurewsko go obchodziło.
Manaus. Gdziekolwiek to było – to było miejsce, gdzie musiała ostatnio się znajdować, a raczej, to miało być miejsce, gdzie trafił ją szlag.

Giovanni Salvatore

i can see the end as it begins

: ndz paź 11, 2026 6:01 pm
autor: Giovanni Salvatore
  Zakończył rozmowę. Urwany sygnał z drugiej strony przypomniał mu o tym, by złapać nerwy i wciągnąć pod jarzmo własnej kontroli. Nienawidził, kiedy sytuacja wyślizgiwała się spod jego kontroli; tym bardziej nienawidził, kiedy sytuacja od początku nie była pod jego bezpośrednią władzą – nie ufał ludziom, a tylko bardzo nielicznych uważał za na tyle kompetentnych, by móc przekazać, choć nie bez problemów, część obowiązków, których sam nie był w stanie pełnić.
  Parę stuknięć palcami w blat biurka i spojrzenie skupione na nieistotnym elemencie wyposażeniu gabinetu było dla niego przepisem do odzyskania kontroli i jasności umysłu.
  Dopiero wtedy zwrócił uwagę na Damona, który wciąż przebywał w pomieszczeniu.
  Przez moment zastanawiał się po co. Po co w ogóle tu był, skoro rozliczenie przekazał na ręce Navi i raczej nie powinno potrwać zbyt długo.
  Wyjaśnienie, skojarzenie wątków, które sam mógł na ślepo interpretować, przyszło w chwilę później; podpowiedź znajdowała się w napiętych mięśniach mężczyzny, w zarysowanej linii szczęki; nawet w stoickim spokoju, który był niemal zawsze, ale teraz minimalnie odchylony od normy.
  Sama ciekawość też była zdradliwa – Damon zwykle robił co trzeba i nie zadawał pytań; a jeśli coś nie dotyczyło bezpośrednio jego zadania, to nie wściubiał swojego nosa.
  — To znaczy — zaczął ostrożnie, odwracając się na fotelu frontem do mężczyzny siedzącego po drugiej stronie blatu — że nieszczególnie dobrze poszło zlecenie z Manaus — odparł, już przy wypowiadaniu tych słów wiedząc, że należało dorzucić kontekst. Więcej kontekstu. Sięgnął po aktówkę z pieniędzmi, które miały trafić do mężczyzny i przesunął nią po śliskiej powierzchni biurka w bezsensownym, niepraktycznym ruchu. — Maelle uparła się, że chce jeszcze raz sprawdzić ostatnie miejsce pracy jej rodziców. Podobnie jak i ja nie wierzy w wypadek. Dlatego i również dlatego, że potrzebuję postępów i jakichkolwiek śladów po tym, co robili, zgodziłem się na to. Zebrałem dla niej ludzi, zorganizowałem ekspedycję, Caruso miał wszystko pod kontrolą. — Miał. To było kluczowe słowo. — Teraz zadzwonił mój kontakt z Manaus przekazać, że przypłynął odebrać ludzi z miejsca, gdzie mieli obóz, tyle że niewiele z tego obozu tam zostało. — Sięgnął jedną dłonią do twarzy i przetarł ją, później kciukiem rozmasował swoją skroń. — To środek Amazonii. Dzikie zwierzęta to jeden problem. Większy to taki, że przecina się tam wiele ścieżek przemytniczych różnych karteli. Wątpię, żeby to wściekły jaguar zmiótł całe obozowisko i przetrząsnął je z zapasów, narzędzi i broni oraz zostawił po sobie nieruszone trupy.
  Wątpię, to było dość słabe słowo. Znacznie lepszym określeniem byłoby, że jest święcie przekonany, że to działanie człowieka. Najpewniej którejś z grup przemytniczych, może czegoś większego jak kartel. Wykluczał udział ‘Ndraghety, choć też nie całkiem. Ostatnio działania Aurelii się zintensyfikowały i jej ruchy były mocno prewencyjne. Jeśli celem całej tej prewencji miało być odbieranie mu możliwości realizowania jakiegokolwiek ruchu bez jej wiedzy.
  — W każdym razie — pociągnął dalej, nie pozostawiając miejsca na jakiekolwiek pytania. — Muszę tam wysłać swoich ludzi, żeby sprawdzili obszar i potwierdzili mi co z Caruso i Maelle. To serce dżungli odcięte od tego, co teraz jest uznawane przez nas standardem cywilizacji – od zasięgu. Są tam pojedyncze wioski, całkowicie pozbawione prądu, ale stamtąd ani tam nie zadzwonię i nie dowiem się niczego.
  Wobec rodziców Maelle miał dług. A on swoje traktował poważnie – dlatego nie mógł tak po prostu machnąć na zdarzenie ręką i wliczyć to w koszty operacyjne, a następnie zapomnieć.
  Przesunął aktówkę po blacie w kierunku sylwetki siedzącego naprzeciwko mężczyzny.
  — Twoja premia. Teraz masz czas na odpoczynek przez parę dni, skorzystaj z niego, później będę miał więcej pracy dla ciebie. Navi się wkrótce z tobą skontaktuje, kiedy będziesz potrzebny. — Zsunął palce z teczki, przekazując ją podwładnemu.
  Z jego strony rozmowa, jak i samo spotkanie, dobiegły końca i spodziewał się, że Koreańczyk po prostu wyjdzie; jednocześnie wyczekiwał powrotu swojej żony z informacjami, dotyczącymi postępu, który miał na celu połatanie fakapu, który powstał przed chwilą.

Damon Tae

i can see the end as it begins

: wt paź 20, 2026 11:18 pm
autor: Damon Tae
Maelle uparła się, że…
Mimowolnie mięśnie na jego szczęce się zacisnęły, a oczy pociemniały. Oczywiście, że się uparła. Tylko dlaczego Giovanni musiał posłać jakąś zwykłą dziewczynę z tym debilem Caruso, na misję cholera wie gdzie? Miała być przecież bezpieczna. O to przez cały czas się rozchodziło – o jej bezpieczeństwo, które wcześniej miał zapewniać, a teraz została odesłana do serca dżungli, z dala od cywilizacji i ewentualnej pomocy.
Gdzie ślad po niej zaginął.
Oby Caruso był martwy, bo go zabije, jeśli go zobaczy.
Zdecydowanie nie podobało mu się to co usłyszał. Chociaż nie było tego po nim widać, jak po każdym normalnym człowieku, to zdenerwował się tym stanem rzeczy. Jebać misję. Fakt, że Maelle zaginęła bardzo mocno go uwierało. Czuł ten nieprzyjemny, charakterystyczny ścisk żołądka, który potwierdzał to, że się o kogoś martwił.
Minęło już trochę czasu od ich… zbliżenia. Tak samo jak od momentu w którym został oddelegowany od jej ochrony ze względu na incydent, który doskonale potrafił wytłumaczyć ze swojego profesjonalnego punktu widzenia. Oddalenie się od niej miało polepszyć jego wizję. Częściowo tak było. Skupiał się na innych zadaniach. Jego myśli przez całe dnie krążyły wokół zadań, nowych osób, celi. A i tak w nocy wracał do jej cholernej osoby, zastanawiając się czy naprawdę jest bezpieczna. Czy osoba, która go zastąpiła odwala dobrą robotę.
Wiedział, że się przejmował, a jednak nie chciał też przyjąć tego do świadomości. Odsuwał od siebie świadomość, że o niej myślał zdecydowanie zbyt często. Fakt, że w ogóle to robił po tym, jak został oddalony od swojego zadania, był już niepokojący. A jednak nie przekraczał wyznaczonej przez nią granicy. Nie sprawdzał jej, nie wracał „przypadkiem” na znane mu rejony, nie odzywał się. Nawet o nią nie pytał.
Teraz jednak musiał.
I szlag go trafiał, że nie zapytał szybciej. Może wpierdoliłby się do tej misji o wiele wcześniej, nawet jeśli ona by tego nie chciała. Zrobiłby to dla własnego, świętego spokoju, pod pretekstem pracy dla Giovanniego. Zupełnie jak teraz.
Wyprostował się. Nawet nie spojrzał w stronę aktówki wypełnionej pieniędzmi.
— Wyślij mnie. — Ton jego głosu był zdecydowany, a wzrok mówił sam za siebie. Skoro Giovanni chciał mieć pewność i dobrych ludzi w cholernej dżungli, to on się na to pisał. Miał doświadczenie w beznadziejnych warunkach, ale nawet jego jeszcze nie zawiało do amazońskiej dżungli. — Daj mi kilku, bardziej ogarniętych ludzi niż Caruso, sprzęt i dostanę dla ciebie wszystkie informacje.
A przede wszystkim, uspokoi swoją głowę.
Nie chciał przyznawać, że Maelle w dalszym ciągu go obchodziła, ale kiedy tylko usłyszał informacje o jej zaginięciu, poczuł ten nieprzyjemny niepokój, który czuł już wcześniej. Tylko wobec innej osoby. Tylko tym razem, dziewczyna zaginęła nie z jego winy.
Tylko gdyby trzymał ręce przy sobie, to możliwe, że teraz byłby tam z nią.
— Pojadę tam — powtórzył, nie odwracając spojrzenia ze swojego pracodawcy.
Był już zdecydowany. I co gorsza, nie zamierzał przyjąć „nie” za odpowiedź. Nawet od Giovanniego.

Giovanni Salvatore

i can see the end as it begins

: ndz paź 25, 2026 5:49 pm
autor: Giovanni Salvatore
  Popatrzył na Damona po jego deklaracji prez chwilę, później przeniósł spojrzenie na aktówkę, która wciąż znajdowała się po drugiej stronie biurka. Dla niego rozliczenie zostało przekazane, informacja o kolejnych dniach również. Pozostawało wziąć pieniądze i wyjść; koniec spotkania – tak działał jego świat w konkretnych strukturach.
  Samą propozycję mógł jeszcze rozpatrzyć jako przydatną, choć nieco spóźnioną inicjatywę. Znał umiejętności Koreańczyka i wiedział, ile można było mu powierzyć; ostatnie tygodnie były wystarczającym potwierdzeniem, że w odpowiednich warunkach potrafił wykonywać swoją pracę bez zarzutu. Był jednym z niewielu ludzi, którzy z nim pozostali i jednym z nielicznych, w których kompetencję i lojalność nie wątpił. Problem pojawiał się przy warunkach, które obejmowały obecność Lennoxówny.
  Niemiej to zostało już omówione, decyzja zapadła, Damon dostał inne zajęcie, a Maelle innego ochroniarza.
  Sam nie widział powodu, by do tego wracać.
  Tym bardziej nie widział go w ocenie kompetencji Caruso, wystawionej na podstawie paru informacji, które dopiero co przekazał. Przecież sam miał ich zbyt mało, by rozstrzygnąć, co dokładnie wydarzyło się w obozie; ledwie zrywki informacji, ale Tae najwyraźniej wystarczało to do ustalenia, kto się nie nadawał i kim należało go zastąpić.
  Oparł przedramiona o blat biurka i ponownie skupił wzrok na twarzy siedzącego naprzeciwko mężczyzny, porzucając nieprzyjętą jeszcze aktówkę z pieniędzmi.
  — Przypomnę ci, Damon, że Caruso był z Maelle, bo ja go tam wysłałem — zaczął powoli, nie spuszczając z niego wzroku. — Jeśli uważasz, że moja decyzja była zła, powiedz to wprost. — Nie drgnął mu przy tym nawet jeden mięsień twarzy.
  Rozmowa telefoniczna sprzed chwili kosztowała go wystarczająco dużo nerwów – tych nie miał zbyt wiele; zdołał już odzyskać nad nimi kontrolę i nie zamierzał oddawać jej ponownie tylko dlatego, że podwładny postanowił rozporządzić ludźmi i sprzętem, których jeszcze mu nie przydzielono.
  — A wysłałem go do niej dlatego, że to ty przestałeś nadawać się do tej roboty. — Zrobił krótką pauzę, pozwalając, by to osobliwe przypomnienie wybrzmiało odpowiednio. — Więc jeśli jeszcze raz pomylisz moje decyzje kadrowe ze swoim problemem z Lennoxówną, Tae, wtedy naprawdę się pogniewamy.
  Nie interesowało go, jak mężczyzna nazywał ten problem we własnej głowie. Wystarczało mu to, co już z niego wynikło; a wyikła konieczność zmiany ochroniarza, dodatkowe zamieszanie i jakaś pseudoemocjonalna rozmowa, którą musiał przeprowadzić, a do której za grosz się nie nadawał, albo raczej – nie chciał nadawać. Chwała temu, że Navi była w pobliżu. Jako jego idealne uzupełnienie. Tak czy inaczej – Maelle miała być bezpieczna. Bicie ludzi, z którymi wychodziła do baru, którzy – jak przyznała Lennoxówna – nie stanowili zagrożenia, bo byli jej znani i byli kolegą – dziwnie przy tym chrząknęła, on wtedy to zignorwał – nie znajdowało się w zakresie obowiązków ochroniarza.
  Podobnie jak teraz samodzielne decydowanie o wyjeździe.
  — Nie pojedziesz do Manaus. Bellanti zajmie się poszukiwaniami — oznajmił, sięgając po odłożony wcześniej telefon. — Ty masz odpocząć.
  Nie dało się nie zauwayżyć, że Damon od pewnego czasu brał kolejne zlecenia bez większych przerw; bo sam dość chętnie korzystał z jego dyspozycyjności, jako że pracy było dużo, a ludzi, którym ufał, którzy zostali po tym całym nieszczęsnym rozpadzie - niewielu. To jednak nie oznaczało, że zamierzał wysyłać go wszędzie, gdzie ten zechce pojechać. Zwłaszcza teraz, kiedy sama wzmianka o zaginionej dziewczynie wystarczyła, by zignorował, że ze strony Salvatore to spotkanie było już zakończone i zaczął ustalać samodzielnie własny przydział.
  — Będziesz mi potrzebny gdzie indziej. O szczegółach dowiesz się, kiedy przyjdzie na to pora. — Odłożył telefon na blat, zastukał palcami w drewno. — Do tego czasu zrób użytek z tych kilku dni wolnego.
  Absurdalnym było to, że ta rozmowa jeszcze trwała. Że nie zakończyła się po pierwszej odprawie. On musiał jeszcze ustalić, na jakim etapie były przygotowania Bellantiego, wrócić do kontaktu z Manaus i sprawdzić, co udało się załatwić Navi. Każda z tych rzeczy miała w tej chwili większe znaczenie niż przekonywanie Tae do odpoczynku. Aczkolwiek nie tak istotne jak przypominanie mu, gdzie było jego miejsce. Sam impuls, decyzja o wyjeździe podjęta przez niego na podstawie krótkiej rozmowy wystarczyła Salvatore’owi, aby woedzoeć doskonale, że nie nadawał się do tego zlecenia.
  Krótko skinął głową w kierunku pozostawionej aktówki.
  — A teraz weź pieniądze i wyjdź z mojego domu

Damon Tae

i can see the end as it begins

: ndz paź 25, 2026 8:52 pm
autor: Damon Tae
Miał swoje zdanie na temat nowego ochroniarza Maelle i miał mu też wiele do zarzucenia. Nawet jeśli był świadomy tego, że spieprzył sprawę w momencie jak prawie połamał ręce mężczyźnie z którym blondynka była na randce, to wciąż uważał, że był najlepszą osobą do jej ochrony i każda inna była po prostu… niewystarczająca. I jak widać, miał też rację. Nie wiedział czy on na miejscu Caruso skończyłby tak samo, ale nie miało to znaczenia.
Gorzej, że nie mógł jej chronić, nawet jeśli chciał. I nie chciał jednocześnie.
To skomplikowane.
Teraz, kiedy był świadomy, że Caruso nie tylko miał ją chronić w domu, ale także na jakiejś pieprzonej misji poza granicami Kanady, był zwyczajnie wkurwiony. Na siebie, na niego, na szefa, który kazał ją chronić, aby zaraz wysłać gdzieś w pizdu. W domu nie była bezpieczna, bo wydawało się, że na nią polowali ze względu na jej rodziców oraz ich działania, a co dopiero w miejscu, gdzie tamci zginęli.
Normalnie by go to nie ruszało, ale jego relacja z Maelle wciąż go uwierała. I najwyraźniej dystans oraz odgrodzenie się od niej w ogóle nie wystarczały, zwłaszcza teraz.
Nie odzywał się. Mierzył Włocha spojrzeniem, tym samym co zawsze. Niewzruszonym, wręcz kamiennym, gdy obrywał na twarz fakty, które w dalszym ciągu go uwierały. Bo musiał się zgodzić z tym, że gdyby trzymał swoje nerwy na wodzy, to najprawdopodobniej by nie doszło do tego wszystkiego. A nawet jeśli by się stało, to on byłby tam z nią.
I wtedy siedzieliby w gównie razem.
A tak był na drugim końcu świata.
Nie pojedziesz do Manaus. Bellanti zajmie się poszukiwaniami.
Mimowolnie jego mięśnie się napięły. Te w rękach, w szczęce, dłoniach. W dupie miał odpoczynek. Był ostatnim człowiekiem na świecie, który potrzebował urlopu czy dnia wolnego. Żył pracą, zwłaszcza wtedy, gdy nie miał dla kogo mieć dni wolnych. Mało spał, ale to nie było nic nowego. Nie pamiętał kiedy ostatni raz przespał więcej niż pięć godzin. Jego organizm od lat funkcjonował w trybie przetrwania, na wiecznej czujce. Nie umiał inaczej. Był pieprzonym pracoholikiem.
Dni odpoczynku były dla niego katorgą. Zwłaszcza teraz, gdy wiedział, że gdzieś w Brazylii była dziewczyna, która potrzebowała jego pomocy, bo wpieprzyła się w niebezpieczną sytuację. Albo inaczej, on nie będzie umiał spać, dopóki się nie przekona, że jest bezpieczna.
Można to nazwać kolejną egoistyczną pobudką.
Spojrzał w stronę aktówki wypełnionej pieniędzmi. Zastanawiał się zapewne sekundę za długo czy powinien ją brać, ale ostatecznie sięgnął po pieniądze i odwrócił się, aby skierować do wyjścia. Miał przez nie przejść w momencie, jak się otworzyły, a w wejściu pojawiła się żona jego szefa.
— Mam… — urwała, bo Tae minął ją bez słowa, nawet nie dotykając.
Navi spojrzała za nim, lekko zaskoczona i wróciła wzrokiem do męża.
— Rozumiem, że nie zostanie na obiedzie.
Często zostawał, ale tym razem mieli zbyt różne zdania, a Damon nie miał czasu na to, aby spokojnie jeść. Miał siedzieć i odpoczywać przez kolejne kilka dni, ale dla niego, w tej sytuacji, to było niemożliwe. Jego umysł działał na zwiększonych obrotach, planując już kolejne ruchy, które, wbrew rozkazom jego szefa, doprowadzą go do cholernej Maelle. Dziewczyny, którą miał zostawić w spokoju, a która miała zdecydowanie zbyt duży wpływ na niego oraz jego decyzje.
Wsiadł do auta i rzucił niedbale ciężką aktówkę na siedzenie pasażera. Odpalił silnik i ruszył przed siebie, wybierając dawno nieużywany numer telefonu, który miał zapisany od wielu miesięcy. I gdy tylko odezwał się damski głos po drugiej stronie, nie tracił czasu na small-talk.
— Syanna, potrzebuję pomocy. Płacę z góry.
To nie była przyjemna rozmowa o pierdołach i pytaniach jak się czuje, tylko stricte rozmowa biznesowa. Chociaż bliżej temu było do przysługi, chociaż pieniądze też oferował. W końcu właśnie dostał wypłatę. I każdy dolar zamierzał przeznaczyć na dotarcie do Manaus na własną rękę.
Potrzebował ludzi na miejscu. Sprzętu. I ewentualnego wsparcia. Miał wolne, a nikt go nie zwykł rozliczać z tego, co robił w dni odpoczynku. Tylko wychodziło na to, że miał spaczoną definicję tego słowa.
— Wyślij mi współrzędne. Będę tam za dwie godziny.
Pieprzona powtórka z rozrywki. Każda godzina była kolejnym opóźnieniem, a czuł w kościach, że nie miał znowu zbyt wiele czasu. I możliwe, że tym razem, jego kara za złamanie zasad, będzie o wiele gorsza niż kiedykolwiek. Ale miała być tego warta.

Giovanni Salvatore