Strona 1 z 1

can you put the "fun" in the "funeral"?

: pn paź 05, 2026 11:23 pm
autor: Ruelle I. Prescott
Kościelny dzwon powoli wybijał pogrzebową melodię, która niosła się po całej okolicy. Dudniła ona nadzwyczaj wyraźnie w uszach Prescott, która znajdowała się na pobliskim cmentarzu. Chłodny wiatr poruszał się w jej rozpuszczonych włosach i bawił się czarną woalką, maskującą jej twarz. Przez krótki moment przeniknął ją do kości, sprawiając, że pożałowała włożenia na tę uroczystość tak krótkiej sukienki znajdującej się pod płaszczem w odcieniu równie głębokiej czerni. W jej garderobie nie można było zresztą odnaleźć innego koloru. Tylko taki wydawał aię odpowiedni na tę okazję.
Czy znała tego człowieka, który spoczywał pod wiekiem trumny? Tak. Tylko, że poznała go dopiero po śmierci. Była to ofiara morderstwa, która trafiła do jej zakładu. Miała się nią zająć odpowiednio. Po tym jak trafił jej się tak wyjątkowy przypadek to nie mogła odpuścić sobie pogrzebu. Ciekawiło ją kto w zasadzie pojawi się na tej uroczystości? Czy w tłumie obecny będzie morderca? Czy będzie widać jakieś emocje na jego twarzy?
Makabra od zawsze ją fascynowała. Dlatego właśnie znajdowała się w tym miejscu. Szła na samym końcu konduktu żałobnego, gdy już wyszła z kościoła. Widziała ten krzyż niesiony przed trumną, który znaczył początek pochodu. Przez moment wszyscy kroczyli w ciszy. Bez mów, bez rozmów, modlitw czy pieśni religijnych. Było jednak coś nabożnego w tym milczeniu. Miało jakąś inną wagę. Wytwarzało zupełnie inne napięcie.
Cienka warstwa zaschniętych liści, które częściowo zdążyły już opaść z drzew, szeleściła pod jej obcasami, gdy zbliżała się do świeżo wykopanego grobu. Tylko, że jak zwykle musiała zatrzymać się kawałek dalej niż wszyscy. Stanęła jakieś dwa czy trzy rzędy od całej reszty żałobników. To była odpowiednia odległość, aby obserwować wszystko, co działo się na tej dosyć ograniczonej i ponurej przestrzeni.
Zaczęły się modły nad trumną. Duchowny stał przy kadzidle, które roztaczało wokół siebie tę specyficzną woń rozwiewaną przez wiatr na pobliskie groby. Sama zapewne wyczułaby ją perfekcyjnie, gdyby tylko podeszła bliżej. Tylko, że zamiast tego skupiała się na podziwianiu tego żałobnego zbiegowiska, analizując cały ten tłum oraz towarzyszące mu emocje.

Cree Bellerose

can you put the "fun" in the "funeral"?

: śr paź 07, 2026 12:52 pm
autor: Cree Bellerose
#
#11
Always go to other people's funerals, otherwise they won’t come to yours.

Poranek robił się coraz ciemniejszy, choć do południa było jeszcze daleko. Od zachodu nadciągały burzowe chmury, ciężkie, granatowoszare, i połykały resztki bladego światła, które zdążyło się przebić nad cmentarzem. Chłodny wiatr przeciskał się między pochylonymi drzewami, szarpał za poły płaszczy i poruszał zaschniętymi liśćmi, które szeleściły pod stopami zebranych. Gdzieś w oddali, za wzgórzem, głucho zagrzmiało, zapowiadając deszcz. Dzwon kościelny wciąż wybijał pogrzebową melodię, choć coraz rzadziej. Ceremonia zbliżała się ku końcowi.
Stał na samym skraju tłumu, kilka kroków za ostatnimi żałobnikami. Nie należał do rodziny i nie zamierzał udawać, że było inaczej. Ubrał się odpowiednio do okazji, choć nie przesadnie elegancko: czarne spodnie, ale nie od garnituru, ciemna koszula z długim rękawem, a na wierzchu sweter i jesienna kurtka, podobnie jak reszta stroju pozbawiona żywych kolorów. Szykownie, lecz bez pompy. Tak, aby nikt nie posądził go o brak szacunku, nawet jeśli nie znał zbyt dobrze ani zmarłego, ani jego bliskich.
Właściwie nie musiał tu być. Sprawa nadal nie została zamknięta, ale nie należała do tych, które zabierał ze sobą do domu i rozkładał na kuchennym stole o trzeciej nad ranem. Jedno ciało, jeden sprawca, którego nazwiska jeszcze nie znał. Żadnego schematu, żadnej listy kolejnych ofiar, żadnego wzoru, który spędzałby mu sen z powiek. Rodzina sama go zaprosiła. Poprosiła cicho, bez nacisku, z tą nadzieją w głosie, której nie dało się zbyć. Podrapał się wtedy po karku, niezręcznie, i już wiedział, że nie potrafi odmówić.
Więc przyszedł. Stał z dłońmi w kieszeniach kurtki i robił to, co zawsze: obserwował. Brama główna, poboczne wejście od strony parkingu, furtka za kaplicą. Kto stoi blisko trumny, a kto na uboczu. Kto płacze, a kto wpatruje się w ziemię. Twarze zapamiętywał jedna po drugiej, bo mogło to okazać się cenną informacją na później, a morderca – jak nauczyło go doświadczenie – nieraz pojawiał się na pogrzebie własnej ofiary. Czasem, bo żałował. Innym razem, bo chciał poczuć ostatni raz satysfakcję z tego, co zrobił.
Duchowny recytował wyuczoną formułkę. Nikt nie odpowiadał na głos, nikt nie śpiewał. Było to ciche pożegnanie nad trumną kogoś, kogo żałobnicy już nigdy nie zobaczą. Słychać było tylko wiatr, krakanie wrony i dzwon. Wtedy zerknął przez ramię.
Kilkanaście kroków za nim, z dala od reszty zebranych, stała kobieta w czarnym płaszczu, spod którego wystawał rąbek równie ciemnej sukienki. Długie włosy opadały jej na ramiona, a twarz skrywała woalka. Nie kryła się przed wiatrem pod parasolem ani szalem, choć niebo wisiało nad nią coraz niżej. Nie widział, żeby z kimkolwiek rozmawiała, żeby sięgała po chusteczkę, żeby jej głowa choć raz odwróciła się od trumny. Z rodziną zdążył się przywitać, więc wiedział, że do niej nie należała. Nie kojarzył jej twarzy ani ze zdjęć, ani z żadnej rozmowy podczas śledztwa. Nie mógł mieć pewności, ale coś w tej wyprostowanej, nieruchomej postawie przypominało mu kogoś, kto przyszedł tu nie żegnać odchodzącego, lecz, podobnie jak on sam, obserwować. Kogoś, dla kogo takie uroczystości nie były niczym nowym.
Podszedł bliżej i zatrzymał się w pewnej odległości od niej, bez słowa. Odwrócił wzrok i skupił się na księdzu, który zajął miejsce przy trumnie. Kadzidło snuło się przed nią szaroniebieską mgłą, a pierwsze słowa zamykającej modlitwy rozpłynęły się w powietrzu. Cree wpatrywał się w ten dym, ale myślami nieustannie uciekał do człowieka, który doprowadził do tego pogrzebu.

Ruelle I. Prescott

can you put the "fun" in the "funeral"?

: sob paź 10, 2026 2:53 pm
autor: Ruelle I. Prescott
Pierwszy odległy grzmot sprawił, że uniosła spojrzenie ku ciemnym chmurom skłębionym na nieboskłonie. Z pewnością ten subtelny bas eksplodujący, co jakiś czas przy melodii wygrywanej przez dzwony sprawia, że nabierała ona większej głębi, ale w duchu Prescott modliła się o to, aby nagle nie lunęło. Może i miała na podorędziu pasującą do stroju czarną parasolkę, ale wolałaby jej nie używać. Jeszcze ubłociłaby sobie buty, a nie zamierzała potem czyścić tego zamszu, który je pokrywał.
Zdecydowanie mogła się wyróżniać na tle innych żałobników. Zwłaszcza, że trzymała się z daleka od tłumu, co sprawiało, że tym łatwiej było ją zauważyć między szarymi nagrobkami, od krórych odcinała się wyraźną ciemną barwą. Być może część ściśniętych ze sobą żałobników powiodła spojrzeniem w jej stronę i zastanawiała się kim ona właściwie była i jaki właściwie związek miała ze śmiercią denata, którego życie zostało przedwcześnie zakonczone przez jakiegoś nieznajomego. Pewnie właśnie przez ten element tajemnicy i oddalenie od tłumu, wzbudzała tylko większy niepokój niż zwykle. W końcu za jej pojawieniem się w tym miejscu mogła stać dużo bardziej mroczna historia.
Ostatnie formułki żałobnego obrzędu były wypowiadane przez poważnego duchownego schylonego nad księgą, z której odczytywał kolejne ustępy z zadrukowanych stronic. Nie chciał pomylić żadnego ze słów, choć pewnie mógłby je recytować na pamięć. W końcu musiał takie uroczystości prowadzić już setki razy.
Jego głos niósł się po cmentarzu. Przebijał się przez cichy szloch matki, czy przynajmniej kobiety, która mogła być matką ofiary, jak i przez pomruk burzy słyszalny w tle. Ruelle słuchała, choć tak naprawdę nie docierały do niej poszczególne słowa. Po prostu bardziej czuła rytm padających wyrazów i ich intonację. To na tym skupiała się w głównej mierze nim zauważyła jednego z mężczyzn, który oderwał się od skraju tłumu zgromadzonego wokół trumny i odszedł kawałek dalej, aby stanąć praktycznie u jej boku.
Przez moment milczała, nie zwracając uwagi na nieznajomego. W końcu jednak odwróciła powoli głowę w jego stronę. Delikatnie. Na tyle, aby móc spojrzeć na niego bez tracenia dobrego poglądu na sytuację dziejącą się trzy rzędy grobów dalej.
— Tak wielkie towarzystwo nie było ci miłe? — zapytała w końcu, ciekawa tego dlaczego postanowił do niej dołączyć.
Czyżby trafiła na wyjątkowego żałobnika, który chciał się skonfrontować z nieznajomą i zobaczyć, co właściwie tu robiła oraz kim była, bo nikt z zebranych jej nie kojarzył.

Cree Bellerose

can you put the "fun" in the "funeral"?

: śr paź 14, 2026 4:43 pm
autor: Cree Bellerose
Ontario słynęło z tego, że jesień, a zwłaszcza październik, szła w parze z częstymi opadami deszczu. Wystarczyło, żeby w nocy temperatura spadła poniżej zera, by rano zaskoczył człowieka deszcz ze śniegiem, zamieniający asfalt w lodowisko. Cree lubił zimę w Kanadzie, jej ciszę i mroźne, jasne poranki, ale znacznie mniej przepadał za tym, co zmienna pogoda robiła na ulicach, gdy ludzie nagle zapominali, jak prowadzić własne samochody w nowych warunkach. Co roku pierwsze oblodzone poranki kończyły się kolizjami i korkami, którymi ktoś później musiał się zająć, a on przez to spóźniał się do pracy.
Zerknął na zbliżające się chmury. Ciemne, połykające światło, jak gdyby nawet niebo chciało dostosować się do okazji. Czasem mówiono, że gdy odchodzą dobrzy ludzie, deszcz zwiastuje rozpacz, a gdy świeci słońce, nie ma za kim płakać. Był już na tylu pogrzebach, że choć ten schemat wydawał się podniosły, niewiele miał wspólnego z rzeczywistością. Wielokrotnie chowano kogoś złego do szpiku kości, a z nieba lało się, jakby koniec tej ulewy miał nigdy nie nastąpić.
Wiatr przybierał na sile, smagając twarze żałobników i szeleszcząc w liściach starych klonów rosnących wzdłuż cmentarnej alei. Z każdą minutą robiło się też chłodniej, jakby sama temperatura szykowała się na to, co miało nadejść.
Kiedyś odmawiał rodzinom, które zapraszały go na tego typu uroczystości. Nie chciał uchodzić za kogoś, kto wybiera, czyje sprawy są dla niego bardziej osobiste i którym poświęca więcej uwagi, bo w końcu traktował wszystkie tak samo. Nie przywiązywał się ani do ofiar, ani do ich bliskich. Nie odrzucał zaproszeń, używając szczerości: że nie wypada, że nie powinien, że będzie to źle wyglądać wśród kolegów z pracy albo gdy pojawi się w sądzie. Zawsze wymyślał wymówki. Że jest zajęty tego dnia. Że pracuje. Że ma coś pilnego do załatwienia i nie może tego przełożyć na inny termin. Później przestał, bo uznał to za krzywdzące dla tych rodzin. A takie wydarzenia były dla niego też dobrą sposobnością, by przyjrzeć się ludziom zgromadzonym na pogrzebie. Wyłapać jakieś nieprawidłowości, a może nawet znaleźć sprawcę.
Nie żeby tak myślał o kobiecie, obok której przystanął na chwilę. Wyjątkowo nie pasowała mu do profilu kogoś, kto zamordowałby człowieka z zimną krwią, a potem pojawiłby się na jego pogrzebie. Wyróżniała się. Żałobnicy kilka razy spojrzeli w jej stronę i nie było po nich widać ani zaskoczenia, ani konsternacji. Jego wzrok – z zawodowego nawyku – przesunął się po jej dłoniach i postawie w poszukiwaniu oznak nerwowości, ale na pierwszy rzut oka niczego takiego nie dostrzegł. Może nawet część bliskich ofiary ją kojarzyła?
Wtedy usłyszał jej głos. Odruchowo poprawił wystający mankiet i spojrzał na nią przez ramię. Była sporo niższa od niego, a jednak coś w jej spojrzeniu sprawiało, że czuł się pozbawiony tych centymetrów, które ich różniły. Nie było to uczucie przytłaczające, raczej intrygujące.
– Mógłbym zapytać o to samo – odbił piłeczkę, unikając bezpośredniej odpowiedzi na jej pytanie. Wrócił wzrokiem do sceny rozgrywającej się przed ich oczami. – Nie jestem nikim z rodziny. Uznałem, że wypada zachować dystans.
Nie złożył też kondolencji. Za to przyniósł wieniec. Skromny, niewielki, ale w dobrych intencjach. Dostrzegł go gdzieś pośród innych leżących przy wykopanym dole. Chciał wykazać się przyzwoitością. Spojrzał ponownie w niebo. W oddali przetoczył się niski, długi grzmot, brzmiący jak ciężkie meble przesuwane piętro wyżej, ale wciąż nie spadła na niego choćby jedna kropla.
– Myślisz, że dopadnie nas ta ulewa? – zapytał, całkowicie zmieniając temat.

Ruelle I. Prescott