Strona 1 z 1

On borrowed time.

: wt paź 06, 2026 3:39 pm
autor: Quincy Hargreaves
Wiadomość przyszła bez ostrzeżenia. Quincy przeczytał ją raz. Potem drugi, jakby za pierwszym razem mózg wyłapał tylko pojedyncze słowa, ale nie potrafił jeszcze ułożyć ich w zdanie. “Masz trzydzieści minut.” Spojrzał na godzinę.
- Fuck. - Powiedział to zupełnie spokojnie, choć sekundę później już szukał butów. Trzydzieści minut nie było zaproszeniem. Trzydzieści minut było zadaniem. Próbą. Czymś pomiędzy rozkazem a głupim zakładem, którego zasad nikt mu nie wyjaśnił, a który mimo wszystko zamierzał wygrać. Najpierw napisał „ok”, skasował, bo zabrzmiało zbyt obojętnie. Napisał „będę”, ale to z kolei wydawało mu się podejrzanie gorliwe. Przez chwilę patrzył na migający kursor, aż w końcu zablokował telefon i wsunął go do kieszeni. Nie miał czasu żeby się zastanawiać.
Wypadł z mieszkania w tym, co miał na sobie, po drodze łapiąc kurtkę. Drzwi zatrzasnęły się za nim i dopiero przy schodach pomyślał, że być może powinien był spojrzeć w lustro. Nie wrócił. Lustra były dla ludzi, którzy mieli czas. Na zewnątrz miasto oczywiście postanowiło działać przeciwko niemu. Samochody poruszały się za wolno, światła zmieniały na czerwone dokładnie wtedy, kiedy do nich docierał, a ludzie na chodnikach zajmowali absurdalnie dużo miejsca. Quincy omijał ich gwałtownie, przeciskał się między parami, wyprzedzał mężczyznę z walizką, kobietę prowadzącą psa i grupkę studentów, która rozlała się po całej szerokości chodnika, jakby dostała go w spadku.
Co kilkadziesiąt sekund wyciągał telefon. Dwadzieścia sześć minut. Potem dwadzieścia trzy. Potem dziewiętnaście. Czas, kiedy się go obserwowało, zachowywał się inaczej. Normalnie był czymś niewidzialnym, można było go zgubić między jednym filmikiem a drugim, między kawą a prysznicem, między „zaraz” a „już idę”. Teraz stał się materialny. Miał ciężar. Quincy czuł każdą minutę osobno, jak monety przesuwane w kieszeni.
Najgorsze było to, że nie wiedział, dlaczego Art kazał mu przyjechać. (Ha! Napewno się nie domyślał) I oczywiście właśnie dlatego jego mózg produkował odpowiedzi z prędkością przemysłową. Może Art chciał z nim porozmawiać.
Może. Nie. Tego „może” nie dokończył nawet we własnej głowie. Przyspieszył.
Było w tym coś żałosnego i Quincy doskonale o tym wiedział. Gdyby ktokolwiek zapytał, powiedziałby zapewne, że po prostu nie lubi się spóźniać. Że trzydzieści minut to trzydzieści minut. Że nie ma w tym żadnej filozofii. Tymczasem biegł. Nie cały czas, oczywiście. Byłoby to poniżej godności. Biegł tylko wtedy, kiedy nikt ważny nie patrzył, a potem zwalniał do bardzo szybkiego marszu, kiedy mijał ludzi, próbując wyglądać jak ktoś, kto absolutnie zawsze porusza się po Toronto z miną człowieka ściganego przez urząd imigracyjny. Telefon znowu znalazł się w jego dłoni. Jedenaście minut.
- Spokojnie - powiedział do siebie, przez co natychmiast poczuł się mniej spokojnie. Im bliżej był, tym bardziej początkowa euforia zmieniała konsystencję. Nadal tam była, ale pod nią pojawiło się coś jeszcze. Nerwowość, której nie chciał nazywać nerwowością. Świadomość własnych dłoni. Włosów. Oddechu. Tego, że za kilka minut zobaczy Arta i będzie musiał zachowywać się tak, jakby przed chwilą nie pokonał połowy miasta na granicy zawału tylko dlatego, że dostał od niego jedno zdanie. Ludzie byli jednak upokarzająco prostymi stworzeniami. Wystarczyło, żeby właściwa osoba napisała „przyjedź”, a nagle wszystkie wcześniejsze plany traciły znaczenie.
Quincy pomyślał, że psy przynajmniej miały odwagę machać ogonem. On musiał udawać. Sześć minut. Budynek zobaczył z końca ulicy i wtedy już naprawdę pobiegł. Wpadł do środka, rzucił szybkie „dzień dobry” w stronę recepcji i ruszył dalej, zanim ktokolwiek zdążył uznać, że wygląda podejrzanie. W windzie nacisnął przycisk piętra, a potem, zupełnie bez sensu, nacisnął go drugi raz. Jakby to mogło ją przekonać.
- No dalej. - Drzwi zamknęły się z godnością właściwą urządzeniom, które nigdy nigdzie się nie spieszą. Quincy spojrzał na swoje odbicie w metalowej ścianie windy. Włosy nie były tragiczne. Poprawił je. Potem natychmiast je roztrzepał, bo poprawione wyglądały, jakby je poprawiał. Serce waliło mu zdecydowanie zbyt szybko. Oczywiście od biegu. Wyłącznie od biegu. Gdyby Art zapytał, Quincy był gotów przedstawić na ten temat pełną dokumentację medyczną. Telefon. Dwie minuty. Winda zadzwoniła. Drzwi rozsunęły się, a Quincy wyszedł tak szybko, że niemal zahaczył ramieniem o framugę. Korytarz wydawał się bezkreśnie długi. Ruszył nim, licząc numery na drzwiach. Jeszcze kilka metrów. Minuta. I nagle był tam. Zatrzymał się przed drzwiami apartamentu Arta.
Przez kilka sekund tylko stał, próbując doprowadzić oddech do stanu, który nie zdradzałby desperackiego sprintu przez ostatnie przecznice. Przesunął dłonią po włosach. Opuścił ją. Poprawił kurtkę. Uznał, że to jeszcze gorsze. Wyciągnął telefon. Dwadzieścia dziewięć minut. Quincy uśmiechnął się sam do siebie. Oczywiście, że zdążył. Schował telefon do kieszeni, uniósł rękę w stronę drzwi i dopiero wtedy dotarło do niego, że przez całą drogę ani razu nie zastanowił się nad najprostszą rzeczą. Co właściwie zrobi, kiedy Art je otworzy.

Arthit Rattanakosin

On borrowed time.

: pt paź 09, 2026 1:23 pm
autor: Arthit Rattanakosin
#
#9
Sex is like Air; it’s not important unless you aren’t getting any.

Spotkanie w klubie nie miało trwać długo i nie trwało. Mniej niż sześćdziesiąt minut, jeśli liczyć uczciwie, a Art zwykle liczył bardzo oszczędnie, kiedy chodziło o jego czas. Większość tej godziny upłynęła zresztą w sposób, którego nie dałoby się opisać w żadnym wywiadzie dla magazynu. Mimo to wspominał ją z dziwną, lepką satysfakcją. Dobrze się bawił. Naprawdę świetnie. Nie zdarzało mu się to często, a już na pewno nie z kimś poznanym spośród fanów, bez agenta, bez umowy i bez planu. Zupełnie przypadkowo. Może nawet nieco nierozważnie. I to właśnie było w tym najbardziej niepokojące.
Początkowo wcale nie zamierzał tego powtarzać. Jedna noc, jedna przygoda, zamknięty rozdział, który nie wymagał kontynuacji ani tłumaczenia się z tego. Tak było wygodniej. Potem jednak przyszła ta myśl, uparta jak natrętna reklama w telewizji: po co rezygnować z czegoś tak dobrego? Hargreaves był przystojny, uległy i otwarty na wszystko, co mu podsunięto. Niewielu podobnych do niego znajdzie wśród swoich wielbicieli. Większość z nich była po prostu vanilla. Nudna. Przewidywalna jak scenariusz kiepskiej telenoweli, z tym męczącym błyskiem w oku, z którym prosili o autograf, i z tym samym brakiem pomysłów w łóżku.
Więc napisał. Krótko, swobodnie, z odrobiną ciepła, którego nie czuł do chłopaka, ale które umiał wykorzystać jako narzędzie. I nie pożałował sobie przy okazji zabawy: dał mu trzydzieści minut, by pojawił się pod jego drzwiami. Niezależnie od tego, gdzie teraz był, co robił i jaka odległość ich dzieliła. Jeśli naprawdę mu zależy, to jakoś temu podoła. Nawet gdyby miał zjawić się ledwo żywy, z niewielkim zapasem czasu. To był jego sposób na selekcję. Może nieco szorstki, ale skuteczny.
Co w tym czasie robił aktor? W zasadzie niewiele. Wziął szybki, gorący prysznic, zostawiając za sobą parę na lustrze. Potem założył szare dresy i nic poza nimi: bez bielizny, bez skarpetek, bez niczego na górze. Czy chciał tym nacieszyć oczy Quincy'ego? Skądże. Pragnął, żeby ten go pożerał wzrokiem i miał ochotę powtórzyć to, co robili w klubie. Ale nie zamierzał dać mu tego za darmo ani od razu. Wcześniej trochę się z nim podroczy.
Był dzisiaj sam i może nawet trochę się nudził. Żadnych wydarzeń biznesowych, żadnego studia, żadnego nowego kawałka do dopracowania, żadnych treningów. Nikogo, kto czegoś od niego chciał i przed kim musiałby udawać swoją lepszą stronę. Mógł odpoczywać bez stresu, co w jego świecie było luksusem tak rzadkim, że niemal budziło w nim podejrzliwość. Krążył po apartamencie boso, przesuwał dłonią po oparciach foteli, przystawał przy oknie, za którym miejskie życie toczyło się swoim zwykłym, obojętnym rytmem. Zerkał na telefon, potem na zegar, a potem znów na telefon. Udawał, że wcale nie liczy. Przed samym sobą szło mu to gorzej niż przed kamerą. Dwadzieścia minut. Piętnaście. Dziesięć.
Czas podarowany Quinowi niemal minął, a przecież dał mu go już wystarczająco dużo. Może nawet za dużo, jak na swoje standardy. Czy Quincy odpuścił? Zrezygnował? Poddał się? Nie potrafił sobie tego wyobrazić. Nie miał go za kogoś, kogo można było tak łatwo złamać. Powoli się irytował, i to nie tyle samą zwłoką, ile tym, że w ogóle to zauważał. Jeśli się nie zjawi, nie dostanie drugiej szansy. Nawet gdyby błagał na kolanach. Nawet jeśli byłoby to przyjemne do oglądania.
Coś go podkusiło. Niepospiesznie otworzył drzwi. Chłopak stał na progu: zasapany, prawdopodobnie spocony, z włosami w nieładzie i spojrzeniem człowieka, który właśnie przebiegł pół miasta i nie miał pojęcia, co z siebie wydusić w takiej sytuacji. Na twarzy piosenkarza wykwitł zadziorny uśmiech. Ten widok sprawił mu osobliwą przyjemność. Nie zdradził tego jednak po sobie. Ulga była chwilowa. Nie zamierzał się do niej przyznawać.
– Zdążyłeś – rzucił, stając w drzwiach. W tych szarych dresach wszystko mu się odznaczało. Nie ukrywał tego. Taki był przecież plan. – Byłem o krok od zaproszenia kogoś innego. Nudzę się – dodał zbyt szczerze, ale taki już był. Quincy mógł to zaakceptować albo – co byłoby pewnie rozsądniejsze i zdecydowanie bezpieczniejsze dla młodszego mężczyzny – zrezygnować z tej toksycznej znajomości. Aktor jednak wiedział, że ten tego nie zrobi. Takich ludzi potrafił przejrzeć na wylot już od pierwszego spotkania i rzadko się mylił.
Nie czekał na niego. Nie zaprosił go do środka i nie wypowiedział już ani słowa. Odwrócił się i ruszył w stronę kuchni, zostawiając drzwi otwarte, jakby to była wystarczająca odpowiedź. Bose stopy bezszelestnie stąpały po chłodnej podłodze. Złapał szklankę z wodą i upił z niej duży łyk. Był przy tym specjalnie niezdarny. Kilka mokrych strużek spłynęło mu po brodzie, a potem po klatce piersiowej, zostawiając na skórze błyszczące ślady. Nie odwrócił się, żeby sprawdzić, czy tamten przekroczył próg jego mieszkania. Czekał jednak na dźwięk zamykanych drzwi.

Quincy Hargreaves