fast and (not that) furious
: wt paź 06, 2026 10:25 pm
005.
Oscylował wokół nielegalnych wyścigów i obecności w tłumie, którego Lennart stał się częścią, gdy tylko zapadł zmrok, a miasto pogrążyło się w cieniach i krzyżujących się ze sobą wątłych smugach ulicznych lamp. Miejsce wyścigu było bowiem wybrane z czczą dokładnością, stanowiąc jedną z mniej oświetlonych części Toronto. Światło w tym miejscu było nieśmiałe, wąską strugą sączące się na asfalt, zapewniało niemal kameralną przestrzeń. Zapewniało przy tym pewną stałość, której zdecydowanie brakowało w ruchu gapiów.
Ciala ludzi — rozproszone po kafelkach chodnika — poruszały się bowiem nerwowo, w różnych kierunkach, i z różna intensywnością, tworząc generalny chaos. Nawet Lenny, który stał gdzieś na uboczu kolumny, kilkukrotnie poczuł na sobie cudze ramię, czy siłę przypadkowego przepchnięcia, gdy niektórzy z obserwatorów wydarzenia przedzierali się chamsko do przodu, nie bacząc na innych. Sprawiało to, że mimo generalnego zadowolenia z dzisiejszego wieczoru, obfitującego w adrenalinę, miał ochotę w groteskowości własnych odczuć zedrzeć z ludzi te głupkowate uśmiechy, z którymi co bardziej niecierpliwi pruli przez tłum na złamanie karku.
— Hej, uważaj! — podniesiony głos Lennarta, będący reakcją na kolejne uderzenie, choć wypiętrzony przez złość, zniknął natychmiast w głuchych krokach tłumu i w piskach ścierających się o podłoże opon, gdy uczestnicy wyścigu ruszyli do przodu. Ciężkie, żelazne maszyny buchnęły tym samym dymem spalinowym tak, że nawet z odległości dało się wyczuć w nozdrzach charakterystyczny zapach benzyny i palonej gumy. Woń ta miażdżyła również pot zebranych, zajmując lwią część uwagi Lenny’ego. Przez moment skupił się więc wyłącznie na zarysie ulicy: rozmazanych sylwetkach samochodów, które przemknęły przed nim z prędkością odbierającą im niemal fizyczną formę oraz tym, jak reflektory rozcinały mrok, łapiąc w kleszcze świateł mokre odbicie asfaltu.
Tak było przynajmniej z początku, bo w kolejnych sekundach zmienił się bohater pierwszoplanowy. Na scenę wszedł tym samym intruz i jednoczesny kontrast dla pół-ciemni ulicy w postaci jaskrawych, migotliwych lamp policyjnych. Te natychmiast oddały w przestrzeń niebieską poświatę, a ryk silników, zagłuszony przez syreny, zawibrował pod żebrami chyba wszystkich zebranych, gdy zbiorowa fascynacja z jeszcze większą prędkością, niż ta prezentowana przez kierowców, zamieniła się w zbiorowy wrzask.
Kilka głosów nieznajomych wybiło się ponad resztę, stanowcza większość jednak rozmyła się w westchnieniu przerażenia i w ruchu tupiących stóp, gdy sam Lennart, w porę orientując się w tym, co dzieje się wokół niego,, z pobocza tłumu zdążył wycofać się do jednej z pomniejszych alejek.
Policyjne radiowozy były coraz bliżej, a dźwięk wznoszącego się alarmu coraz gęściej dawał się wchłonąć przez pory i układ nerwowy Lennarta, gdy czując napięcie w całym niemal ciele, zaklął cicho, niepewny tego, gdzie uciec.
Ludzie biegali bez planu, bez celu — a on był ostatnią osobą, która chciała powielić ten głupi schemat. Westchnął więc cicho, dostrzegając wjeżdżający w auto samochód i próbując odzyskać przestrzeń dla siebie, choć jego plecy właśnie natrafiły na chłodny mur za sobą, gdy oparł się o niego, robiąc miejsce dla kierowcy.
A potem wszystko zgasło. Dosłownie. Nastąpił blackout.
Przez chwilę nie widział nawet własnych rąk, usłyszał tylko charakterystyczne kliknięcie zamka w drzwiach cudzego auta, gdy ktoś otworzył je niespodziewanie.
levi shelby