you and i both know it ends in blood
: śr paź 07, 2026 11:46 pm
Okłamywała go od początku.
Nie tylko wtedy, kiedy opowiadała o siostrze i obozie, na który nigdy nie wyjechała. Również wtedy, kiedy mówiła mu prawdę, wystarczająco paskudną, żeby później móc już tylko milczeć; pozwolić, by cała reszta została gdzieś pod nią, niewypowiedziana. Tamta historia była prawdziwa. Łzy również. Wszystkie odruchowe wzdrygnięcia, od których nie potrafiła się odzwyczaić, nawet kiedy jego dłonie zaczęły kojarzyć jej się z czymś zupełnie innym.
To akurat nie było kłamstwem.
I nie bardzo wiedziała, co miałoby ją teraz usprawiedliwiać, skoro nawet tych kilku chwil, w których po prostu chciała, żeby został, nie mogła już nazwać udawaniem.
Próbowała trzymać go na dystans. Odmawiała, odsuwała się, uparcie patrzyła gdzieś obok jego twarzy, bo na twarz nie umiała patrzeć i jednocześnie mówić, że powinien przestać. A później musiała pilnować się, żeby nie cofnąć własnych słów, nie znaleźć jeszcze jednej rzeczy, dla której mógłby zostać trochę dłużej; choćby tak idiotycznej, jak niedopita kawa.
Kiedy wyszedł, nie poszła za nim.
Ale wieczorem wysłała wiadomość.
Poprosiła, żeby usunął jej numer. Żeby więcej nie dzwonił, nie pisał; zostawił ją w spokoju, którego sama przecież wcale nie chciała. Przez jakiś czas układała jeszcze przeprosiny, kasowała je, zaczynała od nowa, ale każda kolejna wersja zostawiała mu coś, czego mógłby się uchwycić, na co odpowiedzieć. Ostatecznie wysłała samą prośbę. Przytrzymała telefon przy sobie jeszcze chwilę, z kciukiem zawieszonym nad ekranem, zanim odłożyła go na drugi koniec stołu.
Wiedziała, że zwykła wiadomość mogłaby nie wystarczyć; zbyt mocno przeczyła temu, co jeszcze kilka godzin wcześniej zdradzało ją za każdym razem, kiedy znalazł się za blisko. I jemu też przecież nie umknęła ta zmiana. Dość wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że nauczył się interpretować ją, niekoniecznie jej słowa.
Dlatego przeniosła się z mieszkania na parę dni do skromnego motelu obok Toronto. Na parę dni, podczas których zamierzała uporządkować wszystko to, co zamierzała zrobić.
Nie mogła już odwlekać decyzji – każdy kolejny dzień był niepodważalną katorgą dla nastoletniej dziewczyny; każdy kolejny dzień coraz głębiej zakorzeniał w jej sercu strach. Minęło już zdecydowanie zbyt dużo czasu.
Zbyt wiele z tych dni wynikło z jej egoizmu i chciwości.
Była jeszcze gorszym człowiekiem, niż myślała.
Nie miała monety, którą miała wymienić na siostrę.
A przynajmniej tak próbowała sobie to przedstawiać.
Bo monetę miała, oczywiście że tak, po dziś dzień czuła jak elektryczny impuls wspina się wzdłuż linii jej kręgosłupa, gdy tylko o niej myślała. Wreszcie miał monetę dokładnie taką, jakiej od początku od niej oczekiwano. Problem polegał na tym, że nie chciała już jej wydać.
Głupia była.
Choć do ostatniego momentu wierzyła, że może nie aż tak.
Wiadomość z jej numeru przyszła do Vincenta Monroe późnym wieczorem. Krótka, oszczędna; bez przeprosin, bez wyjaśnień, a z ich późniejszą intencją, i bez żadnej próby odniesienia się do tego, co napisała mu wcześniej. Zawierała właściwie tylko prośbę o spotkanie i miejsce, w którym miała na niego czekać.
Dokładnie taka, jaką mogłaby wysłać Haze, gdyby po kolejnej ucieczce z n ó w zmieniła zdanie. Gdyby kilka dni ciszy wystarczyło jej, żeby zatęsknić, znaleźć kolejny pretekst albo po prostu dojść do wniosku, że jednak nie chciała, żeby naprawdę zostawił ją w spokoju.
Nie byłoby w tym nawet niczego szczególnie nowego, w końcu odsuwała go już wcześniej; uciekała także. Wracała również.
Jak to Violet Haze.
I to ona otworzyła mu drzwi do mieszkania.
To na jej twarzy odmalowało się coś, czego chyba nawet nie próbowała już przed nim ukrywać; nie do końca skrucha, jeszcze nie rozpacz, raczej coś pomiędzy jednym a drugim, podszyte tym paskudnym rodzajem strachu, który sprawiał, że patrzyła na niego, jakby chciała przeprosić jeszcze zanim zdążył zapytać za co.
To jej usta złożyły się do czegoś, co mogło być krótkim ‘uciekaj’, ale to również jej głos wypowiedział, łamiące się, przepraszam.
I właściwie tylko tyle zdążyła mu dać.
Za Vincentem Monroe wyrósł ciemniejszy kształt odcinający się od korytarza dopiero wtedy, kiedy było już za późno, żeby cokolwiek z nim zrobić. Jeden na nagły ruch, zaraz po nim twardy, głuchy trzask głowy o futrynę, a później świat Monroe zaczął składać się z rzeczy, których nie dało się już utrzymać na miejscu. Światła wpadającego z mieszkania. Jego własnego ciężaru przelewającego się bezwładnie przez ręce Haze, kiedy próbowała go złapać, chociaż przecież nie mogła utrzymać go sama.
A później wszystko zalała ciemność.
Świadomość wróciła do niego kawałkami. Najpierw bólem; tępym, ciężkim, pulsującym dokładnie tam, gdzie głowa spotkała się wcześniej z futryną. Później zapachem, który nie pasował do mieszkania Haze ani do żadnego miejsca, w którym ktokolwiek chciałby się znaleźć dobrowolnie. Śmierdziało. Okropnie Jak coś przypominającego stare, zepsute mięso.
Ruch był niemożliwy – każdy jeden uświadamiał, że był skrępowany.
Przez kilka następnych sekund wszystko pozostawało jeszcze ciemną, niewyraźną plamą, która dopiero z czasem zaczęła układać się w konkretne kształty. Obskurne ściany. Jedna słaba, samotna żarówka zawieszona gdzieś wysoko. I trzech mężczyzn stojących nieco dalej, pochylonych ku sobie w rozmowie prowadzonej po włosku, na tyle spokojnej, jakby obecność związanego człowieka na środku pomieszczenia nie była niczym interesującym
Haze siedziała pod ścianą, blada, spięta, a tuż obok niej znacznie mniejsza, młodsza osoba, którą można było nazwać kopią tej pierwszej.
Jeden z mężczyzn zwrócił uwagę na Monroe, orientując się, że jego świadomość najwyraźniej wróciła.
— Finalmente sveglio, Monroe. Cominciavo a pensare che avessimo esagerato — odezwał się, błyskając zębami w rozbawieniu. Podszedł nieco bliżej, przyjrzał mu się uważnie, przechylając głowę. — Devo ammetterlo, ti immaginavo un po’ più impressionante. — Posłał mu złośliwy uśmiech. — Tutta quella reputazione.— Kącik jego ust uniósł się odrobinę wyżej. — E invece basta una porta, un colpo ben dato e guarda un po’. — Zaczął powoli obchodzić stary, stalowy słup, do którego przykuto więźnia. — Sai, è davvero difficile arrivare a te — westchnął z udawanym przejęciem, by pociągnąć dalej: — Uomini, porte, occhi ovunque. Una fatica terribile — wyliczył, zatrzymując się poza polem widzenia mężczyzny. — Per un po’ abbiamo pensato di dover trovare un modo per entrare. — Zawiesił głos na moment, uśmiechając się pod nosem, przechodząc powoli dalej, znów pojawiając się w zasięgu wzroku Monroe. — Poi abbiamo capito che non era necessario. — Dopiero wtedy jego spojrzenie powoli przesunęło się w stronę drugiego końca pomieszczenia. — A volte basta trovare qualcuno che è già dentro. — Uśmiechnął się czarująco w stronę Violet. — Vero, bella? — Haze nie zareagowała. Patrzyła jedynie na niego z czymś pomiędzy odrazą i strachem. — Właśnie opowiadam mojemu przyjacielowi — podjął, płynnie przechodząc do angielskiego, choć nie bez słyszalnego akcentu — o tym jak bardzo byłaś dla nas skuteczna.
like a lamb to the slaughter
Nie tylko wtedy, kiedy opowiadała o siostrze i obozie, na który nigdy nie wyjechała. Również wtedy, kiedy mówiła mu prawdę, wystarczająco paskudną, żeby później móc już tylko milczeć; pozwolić, by cała reszta została gdzieś pod nią, niewypowiedziana. Tamta historia była prawdziwa. Łzy również. Wszystkie odruchowe wzdrygnięcia, od których nie potrafiła się odzwyczaić, nawet kiedy jego dłonie zaczęły kojarzyć jej się z czymś zupełnie innym.
To akurat nie było kłamstwem.
I nie bardzo wiedziała, co miałoby ją teraz usprawiedliwiać, skoro nawet tych kilku chwil, w których po prostu chciała, żeby został, nie mogła już nazwać udawaniem.
Próbowała trzymać go na dystans. Odmawiała, odsuwała się, uparcie patrzyła gdzieś obok jego twarzy, bo na twarz nie umiała patrzeć i jednocześnie mówić, że powinien przestać. A później musiała pilnować się, żeby nie cofnąć własnych słów, nie znaleźć jeszcze jednej rzeczy, dla której mógłby zostać trochę dłużej; choćby tak idiotycznej, jak niedopita kawa.
Kiedy wyszedł, nie poszła za nim.
Ale wieczorem wysłała wiadomość.
Poprosiła, żeby usunął jej numer. Żeby więcej nie dzwonił, nie pisał; zostawił ją w spokoju, którego sama przecież wcale nie chciała. Przez jakiś czas układała jeszcze przeprosiny, kasowała je, zaczynała od nowa, ale każda kolejna wersja zostawiała mu coś, czego mógłby się uchwycić, na co odpowiedzieć. Ostatecznie wysłała samą prośbę. Przytrzymała telefon przy sobie jeszcze chwilę, z kciukiem zawieszonym nad ekranem, zanim odłożyła go na drugi koniec stołu.
Wiedziała, że zwykła wiadomość mogłaby nie wystarczyć; zbyt mocno przeczyła temu, co jeszcze kilka godzin wcześniej zdradzało ją za każdym razem, kiedy znalazł się za blisko. I jemu też przecież nie umknęła ta zmiana. Dość wyraźnie dawał jej do zrozumienia, że nauczył się interpretować ją, niekoniecznie jej słowa.
Dlatego przeniosła się z mieszkania na parę dni do skromnego motelu obok Toronto. Na parę dni, podczas których zamierzała uporządkować wszystko to, co zamierzała zrobić.
Nie mogła już odwlekać decyzji – każdy kolejny dzień był niepodważalną katorgą dla nastoletniej dziewczyny; każdy kolejny dzień coraz głębiej zakorzeniał w jej sercu strach. Minęło już zdecydowanie zbyt dużo czasu.
Zbyt wiele z tych dni wynikło z jej egoizmu i chciwości.
Była jeszcze gorszym człowiekiem, niż myślała.
Nie miała monety, którą miała wymienić na siostrę.
A przynajmniej tak próbowała sobie to przedstawiać.
Bo monetę miała, oczywiście że tak, po dziś dzień czuła jak elektryczny impuls wspina się wzdłuż linii jej kręgosłupa, gdy tylko o niej myślała. Wreszcie miał monetę dokładnie taką, jakiej od początku od niej oczekiwano. Problem polegał na tym, że nie chciała już jej wydać.
Głupia była.
Choć do ostatniego momentu wierzyła, że może nie aż tak.
Wiadomość z jej numeru przyszła do Vincenta Monroe późnym wieczorem. Krótka, oszczędna; bez przeprosin, bez wyjaśnień, a z ich późniejszą intencją, i bez żadnej próby odniesienia się do tego, co napisała mu wcześniej. Zawierała właściwie tylko prośbę o spotkanie i miejsce, w którym miała na niego czekać.
Dokładnie taka, jaką mogłaby wysłać Haze, gdyby po kolejnej ucieczce z n ó w zmieniła zdanie. Gdyby kilka dni ciszy wystarczyło jej, żeby zatęsknić, znaleźć kolejny pretekst albo po prostu dojść do wniosku, że jednak nie chciała, żeby naprawdę zostawił ją w spokoju.
Nie byłoby w tym nawet niczego szczególnie nowego, w końcu odsuwała go już wcześniej; uciekała także. Wracała również.
Jak to Violet Haze.
I to ona otworzyła mu drzwi do mieszkania.
To na jej twarzy odmalowało się coś, czego chyba nawet nie próbowała już przed nim ukrywać; nie do końca skrucha, jeszcze nie rozpacz, raczej coś pomiędzy jednym a drugim, podszyte tym paskudnym rodzajem strachu, który sprawiał, że patrzyła na niego, jakby chciała przeprosić jeszcze zanim zdążył zapytać za co.
To jej usta złożyły się do czegoś, co mogło być krótkim ‘uciekaj’, ale to również jej głos wypowiedział, łamiące się, przepraszam.
I właściwie tylko tyle zdążyła mu dać.
Za Vincentem Monroe wyrósł ciemniejszy kształt odcinający się od korytarza dopiero wtedy, kiedy było już za późno, żeby cokolwiek z nim zrobić. Jeden na nagły ruch, zaraz po nim twardy, głuchy trzask głowy o futrynę, a później świat Monroe zaczął składać się z rzeczy, których nie dało się już utrzymać na miejscu. Światła wpadającego z mieszkania. Jego własnego ciężaru przelewającego się bezwładnie przez ręce Haze, kiedy próbowała go złapać, chociaż przecież nie mogła utrzymać go sama.
A później wszystko zalała ciemność.
Świadomość wróciła do niego kawałkami. Najpierw bólem; tępym, ciężkim, pulsującym dokładnie tam, gdzie głowa spotkała się wcześniej z futryną. Później zapachem, który nie pasował do mieszkania Haze ani do żadnego miejsca, w którym ktokolwiek chciałby się znaleźć dobrowolnie. Śmierdziało. Okropnie Jak coś przypominającego stare, zepsute mięso.
Ruch był niemożliwy – każdy jeden uświadamiał, że był skrępowany.
Przez kilka następnych sekund wszystko pozostawało jeszcze ciemną, niewyraźną plamą, która dopiero z czasem zaczęła układać się w konkretne kształty. Obskurne ściany. Jedna słaba, samotna żarówka zawieszona gdzieś wysoko. I trzech mężczyzn stojących nieco dalej, pochylonych ku sobie w rozmowie prowadzonej po włosku, na tyle spokojnej, jakby obecność związanego człowieka na środku pomieszczenia nie była niczym interesującym
Haze siedziała pod ścianą, blada, spięta, a tuż obok niej znacznie mniejsza, młodsza osoba, którą można było nazwać kopią tej pierwszej.
Jeden z mężczyzn zwrócił uwagę na Monroe, orientując się, że jego świadomość najwyraźniej wróciła.
— Finalmente sveglio, Monroe. Cominciavo a pensare che avessimo esagerato — odezwał się, błyskając zębami w rozbawieniu. Podszedł nieco bliżej, przyjrzał mu się uważnie, przechylając głowę. — Devo ammetterlo, ti immaginavo un po’ più impressionante. — Posłał mu złośliwy uśmiech. — Tutta quella reputazione.— Kącik jego ust uniósł się odrobinę wyżej. — E invece basta una porta, un colpo ben dato e guarda un po’. — Zaczął powoli obchodzić stary, stalowy słup, do którego przykuto więźnia. — Sai, è davvero difficile arrivare a te — westchnął z udawanym przejęciem, by pociągnąć dalej: — Uomini, porte, occhi ovunque. Una fatica terribile — wyliczył, zatrzymując się poza polem widzenia mężczyzny. — Per un po’ abbiamo pensato di dover trovare un modo per entrare. — Zawiesił głos na moment, uśmiechając się pod nosem, przechodząc powoli dalej, znów pojawiając się w zasięgu wzroku Monroe. — Poi abbiamo capito che non era necessario. — Dopiero wtedy jego spojrzenie powoli przesunęło się w stronę drugiego końca pomieszczenia. — A volte basta trovare qualcuno che è già dentro. — Uśmiechnął się czarująco w stronę Violet. — Vero, bella? — Haze nie zareagowała. Patrzyła jedynie na niego z czymś pomiędzy odrazą i strachem. — Właśnie opowiadam mojemu przyjacielowi — podjął, płynnie przechodząc do angielskiego, choć nie bez słyszalnego akcentu — o tym jak bardzo byłaś dla nas skuteczna.
like a lamb to the slaughter