We've passed the point of no return
: pt paź 09, 2026 3:17 pm
O tej porze kościół prezentował się upiornie. Odkąd zaczął się ten dziwny blackout, pastor postanowił zorganizować również nocne msze, by pozwolić wiernym przyjść do kościoła. Dzięki temu, że kościół miał swój własny generator prądu, nie musieli się bać o to, że zostaną odcięci od świata i tego co się działo. Plebania nie miała takiego luksusu, więc ona samo pogrążona była w ciemności. Było już grubo po dwudziestej pierwszej. Normalnie Harry nigdy nie zostawał w kościele tak długo, ale od czasu, gdy w Toronto zgasły wszystkie światła, pastor pozwolił ludziom wchodzić i ładować swoje telefony. Godziny, gdzie generatory były włączone, były ograniczone, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy ten luksus się skończy, więc wraz z wybiciem godziny dwudziestej pierwszej, cały kościół gasł, pogrążając się w ciepłym, pomarańczowym blasku świec, które były porozpalane w kilku miejscach.
Dillion skłamałby, gdyby powiedział, że mu się to podobało. Nigdy nie narzekał na taki wystrój, bo często zostawał w kościele jedynie przy blasku świec, ale jeszcze nigdy nie był tu ze świadomością, że gdy wyjdzie na zewnątrz, to zastanie go jeszcze większa ciemność. Było to paskudne uczucie, o którym w sumie nie chciał myśleć.
Po skończeniu oporządzania organ i sprawdzania, czy wszystko jest z nimi okej, ukrył się w zakrystii. Ubrał na siebie gruby sweter, bo wiedział, że wraz z wyłączeniem generatorów wyłączone zostało również ogrzewanie i kościół zaraz zrobi się zimny. Grube, marmurowe ściany szybko się wychładzały, zwłaszcza w zimne, jesienne wieczory. Dodatkowo czując ciężar wełnianego swetra na swoich ramionach, Harry czuł się odrobinę lepiej. Pokręcił się chwilę po pomieszczeniu, sprawdzając, czy szafki, które powinny być zamknięte, takimi są i gdy już to sprawdził, to ruszył w kierunku szafy, w której znajdowała się miotła. Mocno chwycił za jej trzonek i pociągnął za sobą pod ołtarz.
Nie był osobą wierzącą, więc miejsce to nic dla niego nie znaczyło. Udawał przed ludźmi, że było i inaczej i czasami nawet siebie potrafił okłamać, że było inaczej. Samotnie, będąc skazanym na tylko swoje własne towarzystwo po prostu stał w kolejnym budynku, w którym jedyna obecność, jaką czuł to swoja własna i ciężkiego swetra na ramionach.
Miał jednak obowiązki do zrobienia również tutaj. Kościół szybko się brudził, zwłaszcza gdy przychodzili do niego ludzie, a na białych, marmurowych podłogach, kurz był widoczny niezwykle wyraźnie. Zamiatanie było więc częścią rzeczy, które musiał odbębnić. I początkowo mu to przeszkadzało, ze to na niego zrzucono ten przykry obowiązek. Szybko jednak zrozumiał, że nieskomplikowana czynność okazywała się idealna, do tego, by przestać myśleć o wszystkim poza ruchem ramion i napinania mięśni. Z czasem zamiatanie okazało się czymś, co go odprężało i co polubił.
Zamiatanie zaczynał właśnie od ołtarza i przesuwał się w kierunku głównych drzwi. Babka, gdy jeszcze żyła, to powtarzała mu, że właśnie tak powinno się robić, bo dzięki temu wygania się złe energie na zewnątrz. Nie wiedział, jakie złe energie mogłyby chcieć zagnieździć się w kościelnych murach, ale nie miał zamiaru dyskutować z babcinymi mądrościami. No bo jak niby miałby to zrobić?
Zaczął nucić, żeby wypełnić tę ciszę, która panowała w środku i odwrócić myśli od mroku, który panował na zewnątrz. Nucenie szybko przerodziło się w śpiewanie. Uwielbiał śpiewać i miał całkiem niezły głos. Gdy mieszkał w Nowym Jorku często pojawiał się na karaoke i występował również ze swoim amatorskim zespołem. Teraz dzięki temu zamiatanie szło mu sprawnie. Przez ciemności nie był w stanie widzieć, czy faktycznie pozbywa się wszystkich śmieci, ale nawet jeśli tak nie było, to kolejne zamiatanie było przed pierwszą poranną mszą, więc wtedy, w lepszym świetle, z pewnością uda mu się te niedopatrzenia naprawić. Przesuwał siew wiec dość energicznie i sprawnie między kolejnymi ławkami, gdy nagle wyłapał coś kątem oka, co przykuło jego uwagę. Szybko odwrócił się w tamtą stronę i zaciągnął powietrzem tak mocno, że aż zakuło go w żebrach, a z dłoni wypuścił miotłę, bo oto tuż przed im pojawiła się, ukryta w mroku, ciemna sylwetka.
– Najmocniej przepraszam, myślałem, że jestem tutaj sam. – powiedział, starając się opanować drżenie rąk i głosu. Zrobił delikatny krok do przodu, ale przez słabe oświetlenie, nie był w stanie dostrzec, z kim miał do czynienia.
River Gurney
Dillion skłamałby, gdyby powiedział, że mu się to podobało. Nigdy nie narzekał na taki wystrój, bo często zostawał w kościele jedynie przy blasku świec, ale jeszcze nigdy nie był tu ze świadomością, że gdy wyjdzie na zewnątrz, to zastanie go jeszcze większa ciemność. Było to paskudne uczucie, o którym w sumie nie chciał myśleć.
Po skończeniu oporządzania organ i sprawdzania, czy wszystko jest z nimi okej, ukrył się w zakrystii. Ubrał na siebie gruby sweter, bo wiedział, że wraz z wyłączeniem generatorów wyłączone zostało również ogrzewanie i kościół zaraz zrobi się zimny. Grube, marmurowe ściany szybko się wychładzały, zwłaszcza w zimne, jesienne wieczory. Dodatkowo czując ciężar wełnianego swetra na swoich ramionach, Harry czuł się odrobinę lepiej. Pokręcił się chwilę po pomieszczeniu, sprawdzając, czy szafki, które powinny być zamknięte, takimi są i gdy już to sprawdził, to ruszył w kierunku szafy, w której znajdowała się miotła. Mocno chwycił za jej trzonek i pociągnął za sobą pod ołtarz.
Nie był osobą wierzącą, więc miejsce to nic dla niego nie znaczyło. Udawał przed ludźmi, że było i inaczej i czasami nawet siebie potrafił okłamać, że było inaczej. Samotnie, będąc skazanym na tylko swoje własne towarzystwo po prostu stał w kolejnym budynku, w którym jedyna obecność, jaką czuł to swoja własna i ciężkiego swetra na ramionach.
Miał jednak obowiązki do zrobienia również tutaj. Kościół szybko się brudził, zwłaszcza gdy przychodzili do niego ludzie, a na białych, marmurowych podłogach, kurz był widoczny niezwykle wyraźnie. Zamiatanie było więc częścią rzeczy, które musiał odbębnić. I początkowo mu to przeszkadzało, ze to na niego zrzucono ten przykry obowiązek. Szybko jednak zrozumiał, że nieskomplikowana czynność okazywała się idealna, do tego, by przestać myśleć o wszystkim poza ruchem ramion i napinania mięśni. Z czasem zamiatanie okazało się czymś, co go odprężało i co polubił.
Zamiatanie zaczynał właśnie od ołtarza i przesuwał się w kierunku głównych drzwi. Babka, gdy jeszcze żyła, to powtarzała mu, że właśnie tak powinno się robić, bo dzięki temu wygania się złe energie na zewnątrz. Nie wiedział, jakie złe energie mogłyby chcieć zagnieździć się w kościelnych murach, ale nie miał zamiaru dyskutować z babcinymi mądrościami. No bo jak niby miałby to zrobić?
Zaczął nucić, żeby wypełnić tę ciszę, która panowała w środku i odwrócić myśli od mroku, który panował na zewnątrz. Nucenie szybko przerodziło się w śpiewanie. Uwielbiał śpiewać i miał całkiem niezły głos. Gdy mieszkał w Nowym Jorku często pojawiał się na karaoke i występował również ze swoim amatorskim zespołem. Teraz dzięki temu zamiatanie szło mu sprawnie. Przez ciemności nie był w stanie widzieć, czy faktycznie pozbywa się wszystkich śmieci, ale nawet jeśli tak nie było, to kolejne zamiatanie było przed pierwszą poranną mszą, więc wtedy, w lepszym świetle, z pewnością uda mu się te niedopatrzenia naprawić. Przesuwał siew wiec dość energicznie i sprawnie między kolejnymi ławkami, gdy nagle wyłapał coś kątem oka, co przykuło jego uwagę. Szybko odwrócił się w tamtą stronę i zaciągnął powietrzem tak mocno, że aż zakuło go w żebrach, a z dłoni wypuścił miotłę, bo oto tuż przed im pojawiła się, ukryta w mroku, ciemna sylwetka.
– Najmocniej przepraszam, myślałem, że jestem tutaj sam. – powiedział, starając się opanować drżenie rąk i głosu. Zrobił delikatny krok do przodu, ale przez słabe oświetlenie, nie był w stanie dostrzec, z kim miał do czynienia.
River Gurney