Strona 1 z 2

let's have conversations in the dark

: sob paź 10, 2026 12:50 pm
autor: pixie fontaine
#
009.
karaluchy nie tyle boją się światła, ile wolą ciemność, a nagłe zapalenie światła często sprawia, że uciekają do szczelin 🪳
Uniwersytet zapewniał, że dysponował wystarczająco dużą liczbą agregatów prądotwórczych, żeby zajęcia mogły odbywać się normalnie mimo awarii zasilania. I faktycznie, przez pierwszy tydzień od chwili, gdy Toronto zostało odcięte od prądu, wszystko działało całkiem sprawnie. Tyle że nawet najlepsze zapasy paliwa kiedyś się kończyły, a agregaty nie były magicznymi skrzynkami, które wystarczyło poklepać po obudowie, żeby pracowały wiecznie. Pixie nie była może orłem z fizyki i nie miała zielonego pojęcia o elektryce, ale nawet ona potrafiła wyciągnąć wnioski z tego, co działo się na jej oczach. Migające jarzeniówki na wykładzie z anatomii owadów, podczas którego profesor Webb omawiał właśnie układ nerwowy karalucha, nie wróżyły niczego dobrego. W pewnym momencie światła zamrugały jeszcze kilka razy i na auli zapadła kompletna ciemność. Rozległy się szmery, ktoś zaklął pod nosem, ktoś inny zaczął nerwowo grzebać w plecaku.
— Zostańcie na swoich miejscach, nic takiego się nie dzieje — zapewniał profesor, omiatając studentów strumieniem światła z latarki. — To na pewno tylko chwilowa przerwa — dodał takim tonem, jakby bardzo chciał, żeby jego własne słowa okazały się prawdą. Nie okazały się.
Mijały kolejne minuty, które w końcu przeciągnęły się w całą godzinę. Bez światła trudno było cokolwiek zanotować, a większości studentów zdążyły już paść baterie w telefonach. Całe szczęście, że Pixie pomyślała o tym, żeby naładować rano powerbanka.
— Mamy tu jakichś ochotników, którzy podejdą, gdzie trzeba i sprawdzą, jak się mają agregaty? — zapytał w końcu profesor Webb.
Ręka Pixie natychmiast wystrzeliła w górę. Oczywiście była jedyną osobą spośród około trzydziestu studentów, która wykazała się inicjatywą. Pozostali najwyraźniej uznali, że najlepiej będzie siedzieć cicho i liczyć na to, że problem rozwiąże się sam. Fontaine natomiast nie widziała powodu, dla którego miałaby nie pomóc. Może nie miała pojęcia, jak naprawić agregat, ale przecież profesor nie prosił jej o przeprowadzenie skomplikowanej operacji na generatorze. Miała tylko sprawdzić, co się dzieje. To chyba nie mogło być aż tak trudne, prawda?
— Doskonale! Panno Fontaine, agregaty mieszczą się na parterze w budynku B. A my spróbujemy wrócić do zajęć — oznajmił profesor, zaglądając do swojego laptopa, który bez zasilania również nie miał przed sobą szczególnie świetlanej przyszłości.
Pixie zerwała się z miejsca i od razu wyciągnęła telefon. Zanim ruszyła w stronę wyjścia, odszukała w konwersacjach rozmowę z Perry i wystukała do niej szybką wiadomość.
pix 🐛
siadło zasilanie
u was w sali też?
profesor Webb kazał mi sprawdzić stan agregatorów, chcesz iść ze mną? 🔦
Wiadomość...
Nie czekając na odpowiedź, wyszła z auli i skierowała się długim korytarzem w stronę schodów. Po drodze mijała uchylone drzwi, zza których co chwilę wychylali się studenci i wykładowcy, najwyraźniej liczący na to, że światło zdążyło już wrócić. Nic z tego. Nadal było ciemno jak w dupie, a jedynym źródłem oświetlenia pozostawały ekrany telefonów i pojedyncze latarki. Nikt chyba nie przypuszczał, że blackout potrwa aż tak długo, a już na pewno mało kto zakładał, że nawet uniwersyteckie agregaty w końcu odmówią współpracy.

Perry 💡

let's have conversations in the dark

: czw paź 15, 2026 9:12 pm
autor: Perry Wallace
04
Perry znajdowała się w bibliotece. Siedziała sobie między dwoma gigantycznymi regałami, ukrywając się przed bibliotekarką, która nie pozwalała jej wypożyczyć więcej niż pięciu książek naraz, ale to przecież nie była wina Wallace, że potrzebowała do swojego wypracowania przynajmniej ośmiu. Właśnie dlatego wertowała Chirurgię Małych Zwierząt i rozpoczęła proces szmuglowania notatek (czyli po prostu robiła zdjęcia tych stron, których potrzebowała), gdy nagle zgasły jarzeniówki i bibliotekę ogarnęła ciemność. - Ożeż ty w mordę - mruknęła do siebie Perry, zamierając z telefonem zawieszonym nad kartką. Wokół niej rozległo się szuranie krzeseł, głośne narzekania studentów, a nawet głuche odgłosy spadających książek, które pewnie ktoś niechcący potrącił. Przez pierwsze kilka sekund Perry siedziała nieruchomo, bojąc się wykonać chociażby ruch, żeby nie nadepnąć na książki, które wokół siebie rozstawiła, ale… Nagle w jej głowie zrodził się szatański plan. Skoro w bibliotece zapadła ciemność, to może powinna zapakować książki do plecaka i wyjść jak gdyby nigdy nic? No kto by ją zauważył w tym całym zamieszaniu? Nikt! Szybko jednak popukała się palcem w czoło, bo przecież była przykładką studentką, a nie jakimś fajfusem ze śliskimi rączkami. Pozbierała książki z podłogi, przyświecając sobie latarką, po czym przeniosła się do wolnego stolika przy oknie, żeby wykorzystać ostatnie promienie słońca i zrobić resztę zdjęć z włączonym fleszem. Pani bibliotekarka i tak opuściła stanowisko, żeby podpytać w dziekanacie o awarię i dowiedzieć się, jak długo jeszcze ona potrwa, bo nie mogła segregować kartotek po ciemku, więc nie widziała, że Perry używała flesza, hihihi.

W tym samym czasie część studentów uznała blackout za oficjalny sygnał do ewakuacji i powoli opuszczała bibliotekę. Perry dokończyła fotografowanie stron, odniosła grzecznie wszystkie książki na miejsce i od razu wysłała szybką wiadomość do Griffina, bo jej chłopak skończył już zajęcia i nie wiedział, co działo się na uczelni. Perry z kolei nie wiedziała już, czy ten ostatni wykład w końcu się odbędzie czy nie, a mieli się później spotkać, więc wolała dać mu znać, jak na wzorową dziewczynę przystało. No ale wracając do tematu, w sumie to powinna sprawdzić, co z tym wykładem, bo a nuż widelec uda jej się wyrwać wcześniej. Wyszła z biblioteki i zaczęła iść w stronę sali wykładowej, kiedy zawibrował jej telefon. Myślała, że to Griffin jej odpisał, ale nie. To była Pixie! Jakoś tak od razu się uśmiechnęła, bo to znaczyło, że Pixie o niej pomyślała, no i… Skup się, Perry! Odpisz. Tak. Musiała odpisać. Omg.
perry 🦔
akurat byłam w bibliotece, nic nie działa
właśnie miałam iść pod salę i zapytać, czy będzie ten ostatni wykład, ale w sumie wolę iść z tobą
poczekaj na mnie przy schodach 🙏
Wiadomość...
Jak tylko wysłała wiadomość do Pix, poprawiła torbę na ramieniu, odwróciła się na pięcie i ruszyła ciemnym korytarzem, świecąc sobie pod nogi latarką z telefonu. Szybciutko dotarła do schodów i od razu wypatrzyła znajomą sylwetkę. - Cześć! Ale dramat z tym blackoutem, co nie? Od trzech dni nie prostowałam włosów i w ogóle nie mogę ich ułożyć, widzisz? - przywitała się i od razu zaczęła iść w stronę pomieszczenia z agregatami. Rozejrzała się opustoszałym, cichym korytarzu i aż przeszedł ją dreszcz. Trochę spooky to wszystko wyglądało, gdy długie cienie tańczyły na ścianach, a krzesła wyglądały jak… no właśnie, nie wiadomo co. - Potwornie tu jest. To mi trochę przypomina wstęp do taniego horroru, gdzie pierwsza ginie osoba, która idzie sprawdzić, co jest grane… czyli dokładnie my? - rzuciła z rozbawieniem, ale w jej głosie można było wyczuć pewien niepokój. Kurczę, nie lubiła ciemności. Wyciągnęła dłoń w stronę Pix. - Ej… możemy iść za ręce? - spytała, gdy pokonały pierwszy zakręt na korytarzu, na którym - na szczęście - nie czyhały na nie żadne potwory.

pixie 🗺️

let's have conversations in the dark

: pt paź 16, 2026 7:43 pm
autor: pixie fontaine
Była całkiem zdeterminowana, żeby zrobić to, o co prosił ją profesor Webb. Zadanie wydawało się proste, a Pixie nie miała w zwyczaju wyrywać się do opuszczania zajęć jako pierwsza. Zwykle potrafiła wysiedzieć na wykładzie do samego końca, nawet jeśli jej myśli zdążyły już powędrować w pięć zupełnie innych miejsc. Tym razem jednak sytuacja wyglądała nieco inaczej. W takich ciemnościach i tak nie zanotowałaby niczego sensownego, chyba że chciałaby później odgadywać z własnych bazgrołów, czy zapisała coś o układzie nerwowym karalucha, czy może przypadkiem stworzyła nowy gatunek owada. Nie miała jednak najmniejszej ochoty sprawdzać agregatów w pojedynkę. Niestety nikt nie kwapił się, żeby zgłosić się na ochotnika, dlatego napisała do Perry. No dobrze, nie tylko dlatego. Chciała ją zobaczyć, ale tego jej przecież nie powie!
Nie musiała długo czekać na odpowiedź. Okazało się, że Wallace siedziała w bibliotece, ale zamierzała już się stamtąd ruszyć i dotrzeć pod salę, w której miały odbyć się ostatnie wykłady. Poprosiła Pixie, żeby zaczekała na nią przy schodach. Fontaine od razu odpisała, posyłając jej szczerzącą się emotkę i kciuk uniesiony w górę.
— Cześć! — rzuciła, kiedy tylko spotkały się w umówionym miejscu. — Daj spokój. Dziwię się, że jeszcze nie odwołali nam zajęć. To w końcu musiało się tak skończyć — westchnęła i podeszła bliżej, żeby lepiej przyjrzeć się włosom Perry. — No co ty opowiadasz, przecież dobrze się układają — stwierdziła całkowicie szczerze. Naprawdę nie widziała powodów, dla których Wallace miała narzekać na swoją fryzurę. Wyglądała świetnie. Jak zawsze.
Stąpały przez korytarz, a im głębiej zapuszczały się w ciemność, tym stawał się on coraz bardziej opustoszały. Większość studentów albo udało się na wykłady, albo opuściło budynek uczelni w przekonaniu, że prąd nie powróci.
— Hej, nie jest aż tak źle. Dopóki nie wyskoczy żaden klaun, to możesz czuć się przy mnie bezpiecznie — zapewniła z uśmiechem. Pix cierpiała na koulrofobię, a to oznaczało, że odczuwała paniczny lęk przed klaunami. Dlatego unikała cyrków i innych atrakcji, gdzie mogłaby stanąć oko w oko z komediowymi artystami. No błagam, kogo oni w ogóle mieli rozśmieszać? Przecież ktoś ucharakteryzowany w tak przerażający sposób nie mógł być ani trochę zabawny.
— Wydaje mi się, że musimy teraz skręcić w lewo i... — urwała, słysząc pytanie Perry. Uniosła w zdziwieniu brwi, ale szybo wyciągnęła do niej rękę. — No pewnie. Dawaj łapę — złapała ją za dłoń i splotła palce z jej palcami. Dłoń Wallace była delikatna i miękka w dotyku. — Nikt nie zginie. Sprawdzimy tylko agregaty i wrócimy. Stoją w takiej wnęce bez drzwi, to nie ma obaw, że się zatrzaśniemy — pokiwała entuzjastycznie głową. — Co robiłaś w bibliotece? — zagadnęła, podejrzewając, że dziewczyna brata miała okienko między wykładami, dlatego zaszyła się gdzieś, gdzie mogła poczekać na zajęcia. Może powtarzała materiał albo znalazła jakąś inną, ciekawą lekturę? Cokolwiek by to nie było, Pixie chętnie posłucha!

Perry 🧐

let's have conversations in the dark

: ndz paź 18, 2026 10:06 am
autor: Perry Wallace
Perry z całego serca nie znosiła blackoutu. Marzyła, żeby profesorowie w końcu się zlitowali i po prostu odwołali te wszystkie cholerne zajęcia, ale nieee. Studenci musieli koczować w ciemnościach i nawet nie mieć możliwości notować. Poza tym jeśli te agregaty padły na dobre, to przecież… Perry straciłaby możliwość ładowania telefonu i powerbanka, a wizja braku kontaktu ze światem wirtualnym była gorsza niż wizja jakiejkolwiek apokalipsy, ojeju. Na jej osiedlu w ogóle nie było prądu i jeśli sytuacja miała potrwać dłużej, rodzice nakłaniali ją do powrotu do domu rodzinnego, przynajmniej na jakiś czas. Perry jednak nie była przekonana co do tego pomysłu, dlatego modliła się, żeby technicy szybciej naprawiali ten prąd. - Naprawdę tak myślisz? Dziękuję! - odpowiedziała z promiennym uśmiechem, gdy Pixie skomplementowała jej włosy, po czym zawinęła sobie zbłąkany kosmyk włosów za ucho. Do tej pory serio myślała, że wyglądała jak po trafieniu piorunem, ale skoro Pixie twierdziła, że włosy dobrze się układały, to jej wierzyła. Przecież Pixie nigdy by jej nie okłamała, prawda? Była siostrą jej chłopaka i lubiły się! Na pewno nie miałaby żadnego interesu w okłamaniu jej.

Gdy szły dalej opustoszałym, ciemnym korytarzem, a światło z latarki telefonu rzucało na ściany rozedrgane, długie cienie, Perry co chwilę zerkała w głąb każdej ciemnej wnęki, jaką mijały. Kurde, ona naprawdę miała niepokojące zwidy. Wydawało jej się, że każdy kaloryfer to przyczajony potwór. - O, nie lubisz klaunów? Ja też ich nie lubię! - wtrąciła. Co prawda Perry nie cierpiała na koulrofobię, ale ci kolesie z pomalowanymi twarzami i sztucznymi, przerażającymi uśmiechami zawsze wydawali jej się podejrzani. A po tym, jak obejrzała ten horror, "TO"? Masakra! Ścieki i czerwone baloniki prześladowały ją w snach przez dobre trzy tygodnie. Szczerze mówiąc, Perry w ogóle stroniła od horrorów - oglądanie strasznych rzeczy dobrowolnie wydawało jej się strasznym masochizmem. Niestety, Griffin uważał zupełnie odwrotnie; uwielbiał ten dreszczyk emocji, straszydła i przebrania halloweenowe. No właśnie, zbliżało się Halloween, więc chłopak już od tygodnia robił jej maraton klasyków kina grozy, a Perry większość seansów spędzała z twarzą wciśniętą w jego ramię albo w poduszkę.

No pewnie. Dawaj łapę. Omagad. Pixie zgodziła się iść za rękę - a jak wiadomo, zgoda była sprawą kluczową - więc Perry od razu chwyciła ją za dłoń. Gdy tylko splotły palce, przez głowę Wallace przeszła myśl, że Fontaine miała bardzo miękką i ciepłą dłoń. Chwilę później zmarszczyła brwi, bo nie rozumiała, dlaczego myślała o tym tak długo. Co to za absurdalna analiza? Uspokój się, Perry, to tylko ręka. Jeju, to pewnie przez te ciemności. Jej układ nerwowy był przeciążony i na wszystko reagowała intensywniej. Tak, to musiało być to. Ścisnęła rękę Pixie trochę mocniej i znów pokonały kolejny zakręt na korytarzu. - Ojeju, to dobrze - westchnęła z wyraźną ulgą na wieść, że agregaty stały we wnęce bez drzwi i nie groziło im zatrzaśnięcie się w pułapce bez wyjścia. - Ale gdybyśmy jednak gdzieś utknęły, mam w torbie Bounty, lubisz Bounty? - palnęła po chwili Perry. A w bibliotece… Hmmm… - Miałam okienko i szmuglowałam notatki z podręczników, bo przekroczyłam limit ilości wypożyczonych książek - zaśmiała się. - Jak zgasło światło, to chciałam spierdolić z książką, ale uznałam, że szkoda zachodu. Potem napisałam do Griffina, że nie ma prądu, bo wiesz, on skończył godzinę temu i poszedł na siłownię, i właśnie szłam sprawdzić, czy odwołają nam ten ostatni wykład, kiedy do mnie napisałaś i… oto jestem - wyjaśniła, po czym zatrzymała się przed pomieszczeniem… z agregatami? Oświetliła drzwi latarką - tabliczka głosiła "Pomieszczenie techniczne. Wstęp tylko dla upoważnionych". - Ej, to chyba tutaj? - spytała. - Profesor Webb dał ci klucze? - dodała, bo nie spodziewała się, żeby jedno z najważniejszych pomieszczeń na całym uniwersytecie mogłoby być dostępne dla każdego.

pixie 👻

let's have conversations in the dark

: ndz paź 18, 2026 11:32 pm
autor: pixie fontaine
Komplement dotyczący fryzury Perry był całkowicie szczery i niewymuszony. Zdaniem Pixie dziewczyna zawsze wyglądała świetnie, niezależnie od tego, czy używała prostownicy, czy musiała czekać, aż włosy wyschną samoistnie, przez co układały się w lekkie fale. Fontaine nie miała podobnych dylematów, bo jej włosy kręciły się naturalnie i właściwie same decydowały o tym, jak będą wyglądać danego dnia. Kiedyś, z czystej ciekawości, spróbowała je wyprostować, ale efekt okazał się na tyle rozczarowujący, że więcej nie powtórzyła tego błędu. Wyglądał jak jakiś ulizany kot wrzucony do wanny pełnej wody. Zdecydowanie wolała swoje loki. Przynajmniej nie musiała spędzać pół poranka przed lustrem, żeby doprowadzić je do względnego porządku. Znacznie bardziej niż własną fryzurą Pixie przejmowała się jednak tym, jak długo jeszcze miały funkcjonować w obecnych warunkach. Naprawdę nie rozumiała, dlaczego uczelnia tak uparcie próbowała utrzymać normalny tryb pracy. Byłoby znacznie prościej, gdyby do czasu przywrócenia zasilania po prostu odwołano zajęcia.
— Nienawidzę klaunów — mruknęła i aż się wzdrygnęła na samą myśl o IT. A Terrifier? To był dopiero porąbany film. D tej pory nie wiedziała, dlaczego dała się przekonać rodzeństwu, żeby to wspólnie obejrzeć. — Takie stwory mają na celu rozbawiać ludzi? No chyba nie — pokręciła głową, święcie przekonana o swoich racjach. Dobrze, że Wallace podzielała jej zdanie!
Trzymanie się za rękę w ciemnościach było bardzo rozsądną decyzją. Dzięki temu miały pewność, że o nic się nie potkną ani nie pogubią w drodze do agregatów. Właściwie lepszej nie mogły podjąć.
— Lubię bounty! Gdybym była weganką, pewnie bym tego nie tknęła, ale nie przeszkadza mi, że produkty zawierają składniki pochodzenia zwierzęcego — wyjaśniła, bo przecież rezygnowała jedynie z jedzenia mięsa. Kiedyś zastanawiała się, żeby nie przejść poziom wyżej, ale za bardzo lubiła wszystko, co pochodziła od zwierząt. Choćby jajka. — Widzę, że jesteś przygotowana na kryzys i nie pozowolisz umrzeć nam z głodu — zażartowała. Na jednym batoniku, to one długo nie pociągną.
Zerknęła na nią z uniesionymi brwiami, kiedy Perry wspomniała o przekroczeniu limitu wypożyczonych książek.
— Taki z ciebie rebel? Wypożyczasz książki, a potem nie oddajesz ich na czas? Kryminalistka — skomentowała, ale bez złośliwości. Właściwie wydało jej się to naprawdę zabawne. Oczami wyobraźni widziała, jak bibliotekarka nakłada na nią zakaz wypożyczenia kolejnych książek. No prześmieszne!
Zatrzymała się w miejscu, bo nagle uświadomiła sobie, że profesor Webb nie dał jej żadnego klucza. W sumie to Perry ją w tym uświadomiła.
— Nie? Ale może wyszedł z założenia, że będzie otwarte? Chyba pamiętałby o czymś tak istotnym — oznajmiła, ale prawda była taka, że pan Webb miał swoje lata, a jego pamięć mogła szwankować. — Zobaczymy i najwyżej wrócimy do auli — dodała, kiedy dotarły do pomieszczenia na końcu korytarza, gdzie na drzwiach widniała tabliczka z duży napisem POMIESZCZENIE TECHNICZNE.
Pixie nacisnęła na klamkę i... otwarte. Wyszczerzyła się do Perry i weszła pierwsza, po kretyńsku szukając na ścianie włącznika światła. I znalazła, ale co z tego, jak i tak nie zadziałało. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, co robi i klepnęła się z otwartej ręki w czoło.
— Dobra, przyjrzyjmy się temu bliżej. Poświecisz telefonem? — zwróciła się do Wallace i przykucnęła przy skrzyni z instalacją, żeby sprawdzić, który przycisk za co odpowiada.

Perry ⚡

let's have conversations in the dark

: śr paź 21, 2026 8:20 pm
autor: Perry Wallace
Swoją drogą, faktycznie, Pixie miała po prostu zajebiste loki, i gdyby włosy Perry układały się w ten sposób, nigdy więcej nie użyłaby prostownicy. Jednak Fontaine nie tylko loki miała zajebiste, ona cała ogólnie była zajebista. Perry to aż uśmiechnęła się sama do siebie, gdy tylko o tym pomyślała… No bo jakby tak się zastanowić, jeszcze rok temu jedynie mijały się na tych uczelnianych schodach, nie zwracając na siebie uwagi, a potem Perry zaczęła spotykać się z Griffinem i zaczęły mówić sobie "cześć" na korytarzu, rozmawiać i wspólnie jeść makaron po nocach. Niedawno nawet biegały razem po zoo i goniły kieszonkowca! A teraz, proszę bardzo, szły pod rękę korytarzem, żeby uratować zasilanie uniwersytetu. Jaki ten los był przewrotny, wow! - Kto w ogóle uznał, że biała farba na twarzy, czerwony nos i obłąkany uśmiech są urocze? Fujka! - mruknęła Perry, popierając Pixie całym swoim serduszkiem. - Ej, a widziałaś tego nowego Jokera? Znaczy, hah, nowego… wyszedł chyba już z pięć lat temu! - zaczęła zastanawiać się na głos, a w głowie od razu stanęła jej twarz filmowego bohatera, który upodobał sobie makijaż upiornego klauna i… zaczął strzelać do ludzi. Oh, well. Świat kina zdecydowanie za bardzo polubił ten motyw.

O, a więc Pixie nie była weganką! Perry pokiwała głową. A co do tego Bounty... cóż, gdyby Wallace była bardziej odpowiedzialna, na pewno lepiej przygotowałaby się do tego całego blackoutu. Spakowałaby do torby orzeszki, batony proteinowe i może jakieś suszone owoce, mimo że za rodzynkami to ona nie przepadała. No nic, Bounty musiało im wystarczyć! - Raz próbowałam być weganką, ale za bardzo lubię ser żółty - wyznała. - Ser to moja słabość, serio. Nie muszę jeść mięsa, ale ser? Nie ma mowy! - dodała i ścisnęła mocniej ciepłą dłoń Pixie, bo znowu przechodziły obok jakiejś wnęki w ścianie. - W ogóle jak zjemy Bounty, to zostanie nam zjadanie się wzrokiem - zażartowała, całkowicie nieświadoma, jak dwuznacznie to brzmiało. Zaśmiała się słodko i zerknęła w stronę Pixie. - Chociaż jednak nie zostanie nam nawet to, bo jak rozładują nam się telefony, to będzie całkiem ciemno - dodała szybko, głośno wzdychając. Jeju, powinni szybciej rozprawić się z tą awarią. Perry oddałaby trzy najładniejsze kamienie ze swojej prywatnej kolekcji kamieni, żeby w jej mieszkaniu z powrotem zapaliło się światło.

Gdy Pixie nazwała ją kryminalistką i rebelem przez te przetrzymane podręczniki, Perry uśmiechnęła się pod nosem. Kto wie, może na jakimś eko strajku w przyszłości coś pójdzie nie tak i Perry zostanie albo stratowana przez tłum, albo policja wpakuje ją do suki? I wtedy oficjalnie zostanie eko-kryminalistką. Wow, ale szybko można zaliczyć upadek w społeczeństwie. - System po prostu zmusza nas do buntu, Pixie. Jesteśmy biednymi studentkami, których nie stać na własne książki - stwierdziła dramatycznie. O, a może powinny zostać rewolucjonistkami? Wallace czułaby się w tej roli chyba całkiem dobrze. Oby tylko nie skończyła jak Anna Boleyn i będzie spoko.

No dobra, znajdowały się już przy pomieszczeniu technicznym i istniało pewne prawdopodobieństwo, że profesor Webb miał rację i drzwi po prostu będą otwarte, więc… - Dobra, sprawdźmy - zgodziła się Perry, a po chwili… faktycznie, gdy tylko Pixie nacisnęła klamkę, drzwi ustąpiły. Ale miały dzisiaj farta! Szczęście nowicjuszek jak nic. Perry zachichotała pod nosem, gdy Pixie odruchowo klepnęła dłonią w ścianę, szukając włącznika światła. Od razu skierowała promień latarki na jej rękę i ten bezużyteczny włącznik. - Odruch bezwarunkowy, co nie? Jak tu żyć bez światła - rzuciła pod nosem i westchnęła. Weszła za blondynką do środka i stanęła tuż za jej plecami, kiedy ta przykucnęła przy skrzyni z instalacją. Kurde, dużo tam było tych przycisków. - Pewnie - zgodziła się na poświecenie latarką. Tak, do tego mogła się nadać. Nachyliła się nad Pixie i skierowała jaskrawe światło z telefonu w stronę obudowy. Zmarszczyła brwi, wlepiając wzrok w przyciski i kabelki. - Umm… rozumiesz coś z tego? - zapytała, a po chwili przełknęła głośno ślinę i wskazała palcem na jeden z elementów. - Ojeju, ten fioletowy kabel chyba się dymi, widzisz? - wskazała palcem na skrzynkę. - Zjarał się? - spytała jeszcze i zmarszczyła nos, bo coś tu się ewidentnie fajczyło i ten zapach zaczynał jej przeszkadzać.

pixie 💥

let's have conversations in the dark

: sob paź 24, 2026 2:56 pm
autor: pixie fontaine
Im dłużej rozmawiały o klaunach, tym bardziej miękły jej kolana. I wcale nie z przyjemności. Na samą myśl o klaunach robiło jej się słabo, a wyobraźnia, jak na złość, podsuwała jej kolejne scenariusze, w których jakiś pajac w za dużych butach wyskakiwał zza rogu z zamiarem zrobienia jej z życia pieprzonego horroru. Szybko jednak otrząsnęła się z tej wizji. Nie zamierzała przecież dawać się zwariować. Nikt nie planował jej zamordować, a nawet jeśli, to raczej nie potrzebował do tego czerwonego nosa i peruki. Tak sobie przynajmniej wmawiała, zanim w końcu przestała rozglądać się podejrzliwie na boki.
— No dobra, ale Joker wizualnie nie był straszny — rzuciła, jakby właśnie stanęła w obronie jakiegoś niesłusznie oskarżonego biedaka, a nie psychopaty, który strzelał do ludzi. — Był szurnięty, ale chyba nie bałam się jego mordy — dodała po chwili zastanowienia. W sumie, kiedy się nad tym zastanowić, w historii kinematografii przewinęło się tylu przerażających klaunów, że Joker mógłby spokojnie ustawić się po numerek i poczekać na swoją kolej. Miała tylko nadzieję, że Perry nie wpadnie teraz na genialny pomysł urządzenia sobie maratonu horrorów o klaunach. Bo jeśli tak, to Pixie bardzo chętnie zaproponuje w zamian coś zupełnie innego. Komedię romantyczną. Dokument o życiu ślimaków. Cokolwiek, byle nie oglądanie przez dwie godziny, jak jakiś umalowany kretyn goni ludzi z nożem.
— Kocham ser — westchnęła rozmarzona. Wallace była przecież świadkiem tego, jak Fontaine zajadła się makaronem z serem. Normalnie aż jej się uszy trzęsły! — Czy twoją aspiracją w Simsach też byłby Apetyt na smażony ser? — zapytała i gdyby nie panujący mrok, to Perry dostrzegłaby, jak z podekscytowania zaświeciły jej się oczy. — Trudno zjadać się wzrokiem, kiedy nic się nie widzi — zawtórowała jej westchnięciem, tym razem w ogóle nie wyłapując ukrytej aluzji, z której żadna z nich nie zdawała sobie sprawy. To na bank przez wzmiankę o serze!
rzecież gdyby Wallace trafiła do aresztu za przywłaszczenie sobie książek z bibliotek, to byłaby chyba najśmieszniejsza rzeczy na świecie. Wystarczy posłuchać, jak absurdalnie to brzmiało! A im coś bardziej absurdalnego, tym lepiej!
— Mogłaś powiedzieć, to wypożyczyłabym je na siebie. A tak to będę musiała wysyłać ci paczki do więzienia — pokręciła głową z udawanym politowaniem, a kiedy Perry wyjęła telefon i włączyła latarkę, przesunęła się w bok, żeby dać jej lepszy dostęp do instalacji.
Zagryzła w zamyśle dolną wargę, przyglądając się uważnie kablom, które były strasznie ze sobą splątane. Jak słuchawki, które wkładało się do kieszeni i wyciągało w supłach. Chwała za wynalezienie tych bezprzewodowych, chociaż akurat w obecnej sytuacji, to nie zawsze dawało się je naładować.
— Szczerze? Nic nie rozumiem — mruknęła, ściągając brwi. Wydawało jej się, że była całkiem niezła z matmy, ale te dziwne wskaźniki i liczby kompletnie nic jej nie mówiły. — Co? — pociągnęła nosem i spuściła wzrok. Rzeczywiście jeden z przewodów dymił się, a w powietrzu unosił się nieprzyjemny swąd. — Chyba musimy powiadomić profesora Webba. Albo jakiegoś ciecia — oznajmiła akurat w momencie, kiedy z kabla poszły iskry. Jeszcze tego brakowało, żeby zginęły w jakimś pożarze.
Pix już miała odsunąć się od urządzenia, kiedy dostrzegła duży przycisk z napisem OFF. Uniosła rękę i wcisnęła go niepewnie. Agregat, który chwilę wcześniej cicho buczał, został całkowicie odłączony od zasilania.
— Albo możemy spróbować to same naprawić? — zerknęła niepewnie na Perry. — Widzę skrzynkę z narzędziami. Tata zawsze mówi, że izolacja potrafi zdziałać cuda — oznajmiła, stając na palcach, żeby ściągnąć dużą z półki dużą, czarną skrzynkę.

Perry 💡

let's have conversations in the dark

: pn paź 26, 2026 10:45 pm
autor: Perry Wallace
Na szczęście, Perry była bardzo daleko od zostania pomysłodawczynią jakiegokolwiek maratonu horrorów, nieważne czy chodziłoby o takie z klaunami, czy o Twilight. Gdyby to od niej zależało, wyciągnęłaby Pixie na maraton Marvela, żeby po raz setny przeżywać spór Kapitana Ameryki i Iron Mana. Uwielbiała Avengersów, poważnie. Zresztą, czy ktoś się jej dziwił? Steve Rogers nie biegał z nożem po piwnicach w strasznym makijażu, tylko ratował świat w ładnym stroju, a to była bardzo istotna różnica! - Serio? Dla mnie trochę był - odparła Perry, nawiązując jeszcze krótko do tematu Jokera. - Ale dobra, zmieńmy temat, bo zaraz zacznę widzieć czerwone baloniki po kątach… Tak, kocham smażony ser! Jeju, tak bardzo uwielbiałam też Simsy jak byłam młodsza, aż nagle przyszedł taki czas, że spędzałam dwie godziny na zrobieniu idealnej rodziny, potem z kodem na kasę budowałam dom jak z bajki i urządzałam każdy kącik… A kiedy wprowadzałam tam rodzinę, wyłączałam grę i na tym kończyła się moja rozgrywka. Całą frajdą było budowanie, a potem nuda, dziękuję, dobranoc - wyrzuciła z siebie na prawie że jednym wydechu, bo jak powszechnie wiadomo, nagły słowotok był sprawdzonym mechanizmem obronnym na przetrwanie w mrocznych murach uniwersytetu. Gadanie o serze i Simsach i tak było lepsze niż czekanie, aż z jakiegoś kąta capnie je jakiś złoczyńca.

A tak w ogóle to wizja Perry lądującej w więzieniu za przetrzymanie książek z biblioteki była mega zabawna - pewnie prawiłaby współwięziarkom kazania o pokoju na świecie i wyższości diety wegetariańskiej nad wszystkimi innymi, a po pięciu minutach siedziałaby w kącie z gębą umorusaną papką z groszku, bo ktoś wsadziłby jej buzię prosto w tacę z jedzeniem za zbyt długie pierdolenie. - Tylko pamiętaj, żeby przemycać mi w paczkach Bounty i kamyki! - parsknęła Perry, przyświecając koleżance w stronę kabelkowej plątaniny. Gdy nachyliła się bliżej Pixie, przez moment zaczęła przypatrywać się jej bujnym lokom i nagle sobie uświadomiła, że naprawdę ślicznie pachniała. Czymś słodkim i owocowym, co było tysiąc razy przyjemniejsze niż swąd spalenizny. - Jakiego szamponu używasz? Już dawno miałam cię zapytać i zapomniałam - spytała mimochodem, dalej oświetlając latarką agregat.

Nagle kabel sypnął iskrami; Perry aż podskoczyła. Na szczęście, Pixie w porę nacisnęła wielki przycisk OFF - uff, były bezpieczne, nie spłoną tutaj jak dwie ofiary losu. - Może powiadomimy Waltersa z portierni… - zasugerowała najpierw niepewnie, ale zaraz zamilkła, bo Pixie zaczęła sięgać po czarną skrzynkę z narzędziami. - A może spróbujemy to naprawić - powtórzyła po Fontaine z błyskiem w oku. Skoro Pixie chciała spróbować, to Perry ufała jej bezgranicznie. W końcu nie brałaby się za naprawę, gdyby nie miała o tym zielonego pojęcia, prawda? Na pewno wiedziała, co trzeba robić… Co z tego, że wcześniej przyznała, że nic nie rozumiała? Szczegół! - Izolacja potrafi zdziałać cuda… Okej - mruknęła Perry pod nosem. - Hmm, a czym zajmuje się twój tata? Bo mój to zawsze powtarzał, że instrukcje są dla mięczaków, a prawdziwy mężczyzna improwizuje, dopóki coś nie strzeli. A zazwyczaj strzelało! Ciekawe, czy nam też strzeli? - przechyliła głowę na bok i zmarszczyła brwi. Nie no, Pixie wyłączyła agregat, co nie? Nic nie powinno im strzelić.

Anyways, Wallace oświetliła dokładnie skrzynkę z narzędziami, którą Fontaine zdążyła postawić na ziemi. - Robiłaś to już kiedyś? - spytała, wskazując głową na wyłączony agregat, po czym zmarszczyła brwi. - Słuchaj, mogę ci jakoś pomóc, oprócz świecenia ci latarką? Nie chcę być taka całkiem useless, ale boję się, że coś rozwalę… - westchnęła, skrupulatnie oświetlając wnętrze skrzynki i przypatrując się kluczom, kombinerkom… i innym metalowym narzędziom. Nie znała ich wszystkich nazw, ups. - Uuu, śrubokręt! - zauważyła odkrywczo po chwili, po czym z dumą wyłoniła go ze skrzynki i od razu podała go Pixie. Nie miała pojęcia, czy ten śrubokręt miał w ogóle się do czegokolwiek przydać, ale… no… chciała być pomocna.

Ciekawe, za ile minut Pixie powie coś w stylu: "Komu świecisz, mi czy sobie?!".

pixie 🪛

let's have conversations in the dark

: wt paź 27, 2026 6:59 pm
autor: pixie fontaine
Mogły zrobić sobie maraton czegokolwiek, byle nie były to horrory o klaunach, o których nie chciała już więcej myśleć. To była właściwie ostatnia rzecz, o której chciała rozmawiać z Perry. Po co one w ogóle o tym gadały? Było tyle przyjemniejszych tematów. Na przykład owady. O nich Pixie mogłaby trajkotać bezustannie, ale to z kolei mogłoby nie spodobać się Wallace. Nie wszyscy podzielali jej entuzjazm wobec insektów. Niestety. W prawdzie dziewczyna brata wielokrotnie sama o nie pytała, ale na pewno wolałaby porozmawiać o czymś, co interesowało również ją samą.
— Powiem ci coś w tajemnicy i to może być szok, ale... — nachyliła się nieznacznie w stronę Perry. — Nie pójdziesz do więzienia za przetrzymywanie książek z biblioteki — wyjaśniła konspiracyjnym tonem. Nieźle, nie? Kto by się tego spodziewał!
Zamrugała, zaskoczona pytaniem o szampon. No teraz to Wallace zbiła ją z pantałyku. Fontaine uniosła wysoko brwi i zmarszczyła lekko czoło, próbując przypomnieć sobie nazwę kosmetyku, którego używała. Miała ją przecież gdzieś z tyłu głowy, widziała tę butelkę codziennie, a jednak w tej konkretnej chwili potrafiła udzielić odpowiedzi. Typowe. Potrafiła zapamiętać dziesiątki bezużytecznych faktów o owadach, ale nazwa szamponu, który stał pod jej prysznicem, nagle przerastała jej możliwości.
— Takiego z zieloną etykietką, z ekstraktem z zielonej herbaty i poziomkami — powiedziała w końcu, uznając, że opis powinien wystarczyć. Miała nadzieję, że Wallace nie oczekiwała od niej dokładnego składu chemicznego ani nazwy producenta. Podniosła wzrok na dziewczynę, próbując wyczytać z jej twarzy, skąd właściwie wzięło się to pytanie. — A co? Ładnie pachną? — zapytała ostrożnie, jakby naprawdę obawiała się przeczącej odpowiedzi. Podejrzewała jednak, że w tym odorze spalenizny wszystko pachniało milion razy lepiej. Mogłaby pewnie wylać na siebie pół butelki najtańszego płynu do płukania tkanin i też uznano by to za poprawę jakości powietrza.
— Mój tata jest rzeźbiarzem. Artystą. Mama zresztą też, ale ona maluje. Ale ojciec zawsze starał się naprawiać wszystko sam, dopóki nie stwierdził, że jednak nie umie tego zrobić — wyjaśniła, przyglądając się dokładniej przewodom. — Na razie, co mnie strzela, to chuj — zażartowała, bo to akurat nieprawda. Nie denerwowała się na zapas. Jeszcze nic nie było przesądzone! — A czym zajmują się twoi rodzice? — zagadnęła, bo jakoś nie kojarzyła, żeby Griffin kiedykolwiek o tym wspominał. Wiedziała, że Perry miała starszą siostrę, która robiła rezydenturę w szpitalu, ale to by było na tyle.
Pokręciła głową, dając dziewczynie do zrozumienia, że śrubokręt w niczym się tutaj nie przyda. Przynajmniej nie w tym momencie. Nie będą niczego przykręcać ani odkręcać. Musiały zabezpieczyć kable, w czym miała im pomóc taśma izolacyjna.
— Nie, ale to chyba nie może być takie trudne? — zerknęła niepewnie na Perry. No teraz to już nie była o tym przekonana. — Nie jesteś bezużyteczna, trzymasz latarkę, a to jest bardzo poważne zadanie! Ale jak chcesz pomóc, to możesz możesz znaleźć koniec taśmy. Zawsze mam z tym problem, bo mam zbyt krótkie paznokcie. W tym czasie ja sprawdzę, czy na pewno wszystko jest odłączne. Nie chciałybyśmy, żeby pomieścił nas prąd, co nie? — wyszczerzyła się do Perry, wygrzebała ze skrzynki taśmę i wręczyła ją Wallace. Chciała bojowe zdanie, to ma!
Sama wyciągnęła z kieszeni swój telefon i przeniosła strumień światła na agregat. Dumała nad nim przez chwilę, ale wszystko wskazywało na to, że zasilanie jest całkowicie odłączone.
— Garnier! — krzyknęła nagle, odwracając się w stronę Perry. — Ten szampon to Garnier! — oznajmiła, bo właśnie doznała nagłego olśnienia.

Perry 🛠️

let's have conversations in the dark

: czw paź 29, 2026 10:54 pm
autor: Perry Wallace
Gdyby Perry miałaby porównać swoje wewnętrzne ja do jakiegoś owadziątka, to w tej chwili zapewne byłaby mrówką na potrójnym espresso, biegającą bez celu po terrarium. A gdyby na dodatek miała być szczera, to musiała przyznać, że mrówki budziły w niej ostatnio lekki niepokój. Głównie przez tę swoją przerażającą organizację i dyscyplinę, bo Perry nie miała w sobie ani grama dyscypliny, ale też przez sny. Ciągle śniły jej się mrówki! Raz nawet jechała na ogromnej mrówce jak na koniu, razem z Pixie... W sumie to była zabawna wizja, hehehe. No ale wracając do tematu, teraz zrobiło jej się smutno, bo nie nadawała się do więzienia. Naprawdę za książki nie szło się do więzienia? - A widzisz, kurde… Już chciałam zacząć uczyć się gwardii więziennej! Gwary, znaczy… - poprawiła się błyskawicznie, bo język jej się jakoś poplątał z wrażenia. Skoro kryminał odpadał, a z jakiegoś powodu ratowanie żółwi morskich, praca w zoo czy bycie opiekunem w rezerwacie by nie wyszły, to w sumie mogłaby prowadzić w więzieniu jakąkolwiek animaloterapię. To byłoby bardzo altruistyczne zajęcie!

Szampon z zieloną etykietką? Hmm… Perry próbowała sobie przypomnieć, które szampony miały poziomki i ekstrakt z zielonej herbaty na opakowaniu, ale… no… trudna sprawa. Takich buteleczek było całe mnóstwo! Jakiś L’Oreal albo Pantene? Chociaż z Pantene to chyba miała ostatnio do czynienia na zajęciach z informatyki… chociaż zaraz, tam chodziło chyba o Pantone? Ale z drugiej strony Pantone brzmiało jak to włoskie ciastko z rodzynkami. A może to było Panettone? Ach, psia kostka. - Kurczę, dużo takich, chyba? - mruknęła pod nosem, dalej próbując wpaść na jakiś trop, ale nic z tego. A co? Ładnie pachną? - Mega ładnie, znacznie lepiej niż spalone kable - odpowiedziała Perry z uśmiechem, bez wahania, całkowicie szczerze, bez krzty skrępowania… serio. Uwielbiała owocowe zapachy, zwłaszcza takie, po których człowiek pachniał jak chodząca, tropikalna żelka.

Gdy Pixie wspomniała o zawodach swoich rodziców, Wallace aż rozdziawiła buzię. Artystka i rzeźbiarz?! Jak mogła nie zauważyć tego przez ten cały czas, kiedy odwiedzała Griffina? No, ale w sumie z drugiej strony, jeśli mieli pracownię zamkniętą na cztery spusty, to faktycznie mogła nie mieć okazji jej zobaczyć. Sama też starała się nie być wścibskim gościem i nie zaglądała gdzie popadnie bez pozwolenia. - O kurczę! Wystawiają swoją sztukę w galerii czy tworzą tylko na zamówienie? Ale czad! - zawołała, a jej oczy aż rozbłysły z podziwu. To była mega fajna profesja! I musieli być w tym naprawdę dobrzy, skoro stać ich było na utrzymanie całej gromadki dzieci! Ciekawe, po ile sprzedawali swoje rzeźby i obrazy… Na razie, co mnie strzela, to chuj. - Z dwojga złego lepiej, że chuj, a nie prąd - parsknęła Perry i rzuciła szybkie spojrzenie na agregat, jakby chciała utwierdzić się w przekonaniu, że nie wybuchnie w ciągu najbliższych pięciu sekund. - Moi rodzice? A, no wiesz, mama jest nauczycielką, a tata ślusarzem. Mama spędzała godziny na tłumaczeniu mi, jak panować nad emocjami, a tata uczył mnie, jak otwierać kłódki za pomocą spinacza do papieru. Balans! - wyjaśniła krótko, odkładając śrubokręt z powrotem do skrzynki z narzędziami. Skoro Pixie pokręciła głową na znak, że narzędzie się nie przyda, to… trudno. Not this time, screwdriver, screw you, hehehe.

Znowu popatrzyła na agregat i wzruszyła ramionami. Naprawią go albo ostatecznie rozjebią, innego wyjścia nie było. - Się robi, pani kapitan! - zasalutowała i natychmiast zabrała się za poszukiwanie początku - albo końca? - taśmy izolacyjnej. Potrzebowała na to zadanie trochę czasu, bo przy okazji na moment zawiesiła wzrok na swoich świeżo zrobionych paznokciach. Pomalowała je na czarno i dodała małe duszki, bo uwielbiała wzorki. No i po minucie podziwiania wzorków, jej paznokieć w końcu zahaczył o pożądany brzeg taśmy. - O, znalazłam! - zawołała z dumą w głosie dokładnie w tym samym momencie, w którym Pixie wykrzyczała słowo "Garnier". Perry zamarła i spojrzała na blondynkę całkowicie zbita z tropu. Garnier? Jaki Garnier? A, no tak! Szampon! Szampon Garnier! - Garnier? A, Garnier! Garnieeer - zaśmiała się, po czym wzniosła oczy ku niebu i pacnęła się delikatnie dłonią w czoło. Garnieeer, duuuh, no przecież! - Wypróbuję go sobie, jak zostanę u was na noc następnym razem, mogę? W zamian przyniosę maseczki w płachcie, bo mam całkiem pokaźny zapas! - zaproponowała. Jejuu, fajnie było być dziewczyną, można było się wymieniać kosmetykami, robić razem maseczki… Ach. - Dobra, pani kapitan, trzymaj tę taśmę, a ja przejmuję rolę oświetleniowca - oznajmiła Perry po chwili. Przysunęła się i uklękła ramię w ramię obok Pixie, oświetlając agregat swoim telefonem.

Do dzieła, let’s go!

pixie 🧴