Gdyby Perry miałaby porównać swoje wewnętrzne ja do jakiegoś owadziątka, to w tej chwili zapewne byłaby mrówką na potrójnym espresso, biegającą bez celu po terrarium. A gdyby na dodatek miała być szczera, to musiała przyznać, że mrówki budziły w niej ostatnio lekki niepokój. Głównie przez tę swoją przerażającą organizację i dyscyplinę, bo Perry nie miała w sobie ani grama dyscypliny, ale też przez sny. Ciągle śniły jej się mrówki! Raz nawet jechała na ogromnej mrówce jak na koniu, razem z Pixie... W sumie to była zabawna wizja, hehehe. No ale wracając do tematu, teraz zrobiło jej się smutno, bo nie nadawała się do więzienia. Naprawdę za książki nie szło się do więzienia? -
A widzisz, kurde… Już chciałam zacząć uczyć się gwardii więziennej! Gwary, znaczy… - poprawiła się błyskawicznie, bo język jej się jakoś poplątał z wrażenia. Skoro kryminał odpadał, a z jakiegoś powodu ratowanie żółwi morskich, praca w zoo czy bycie opiekunem w rezerwacie by nie wyszły, to w sumie mogłaby prowadzić w więzieniu jakąkolwiek animaloterapię. To byłoby bardzo altruistyczne zajęcie!
Szampon z zieloną etykietką? Hmm… Perry próbowała sobie przypomnieć, które szampony miały poziomki i ekstrakt z zielonej herbaty na opakowaniu, ale… no… trudna sprawa. Takich buteleczek było całe mnóstwo! Jakiś L’Oreal albo Pantene? Chociaż z Pantene to chyba miała ostatnio do czynienia na zajęciach z informatyki… chociaż zaraz, tam chodziło chyba o Pantone? Ale z drugiej strony Pantone brzmiało jak to włoskie ciastko z rodzynkami. A może to było Panettone? Ach, psia kostka. -
Kurczę, dużo takich, chyba? - mruknęła pod nosem, dalej próbując wpaść na jakiś trop, ale nic z tego.
A co? Ładnie pachną? -
Mega ładnie, znacznie lepiej niż spalone kable - odpowiedziała Perry z uśmiechem, bez wahania, całkowicie szczerze, bez krzty skrępowania… serio. Uwielbiała owocowe zapachy, zwłaszcza takie, po których człowiek pachniał jak chodząca, tropikalna żelka.
Gdy Pixie wspomniała o zawodach swoich rodziców, Wallace aż rozdziawiła buzię. Artystka i rzeźbiarz?! Jak mogła nie zauważyć tego przez ten cały czas, kiedy odwiedzała Griffina? No, ale w sumie z drugiej strony, jeśli mieli pracownię zamkniętą na cztery spusty, to faktycznie mogła nie mieć okazji jej zobaczyć. Sama też starała się nie być wścibskim gościem i nie zaglądała gdzie popadnie bez pozwolenia. -
O kurczę! Wystawiają swoją sztukę w galerii czy tworzą tylko na zamówienie? Ale czad! - zawołała, a jej oczy aż rozbłysły z podziwu. To była mega fajna profesja! I musieli być w tym naprawdę dobrzy, skoro stać ich było na utrzymanie całej gromadki dzieci! Ciekawe, po ile sprzedawali swoje rzeźby i obrazy…
Na razie, co mnie strzela, to chuj. -
Z dwojga złego lepiej, że chuj, a nie prąd - parsknęła Perry i rzuciła szybkie spojrzenie na agregat, jakby chciała utwierdzić się w przekonaniu, że nie wybuchnie w ciągu najbliższych pięciu sekund. -
Moi rodzice? A, no wiesz, mama jest nauczycielką, a tata ślusarzem. Mama spędzała godziny na tłumaczeniu mi, jak panować nad emocjami, a tata uczył mnie, jak otwierać kłódki za pomocą spinacza do papieru. Balans! - wyjaśniła krótko, odkładając śrubokręt z powrotem do skrzynki z narzędziami. Skoro Pixie pokręciła głową na znak, że narzędzie się nie przyda, to… trudno.
Not this time, screwdriver, screw you, hehehe.
Znowu popatrzyła na agregat i wzruszyła ramionami. Naprawią go albo ostatecznie rozjebią, innego wyjścia nie było. -
Się robi, pani kapitan! - zasalutowała i natychmiast zabrała się za poszukiwanie początku - albo końca? - taśmy izolacyjnej. Potrzebowała na to zadanie trochę czasu, bo przy okazji na moment zawiesiła wzrok na swoich świeżo zrobionych paznokciach. Pomalowała je na czarno i dodała małe duszki, bo uwielbiała wzorki. No i po minucie podziwiania wzorków, jej paznokieć w końcu zahaczył o pożądany brzeg taśmy. -
O, znalazłam! - zawołała z dumą w głosie dokładnie w tym samym momencie, w którym Pixie wykrzyczała słowo "Garnier". Perry zamarła i spojrzała na blondynkę całkowicie zbita z tropu. Garnier? Jaki Garnier? A, no tak! Szampon! Szampon Garnier! -
Garnier? A, Garnier! Garnieeer - zaśmiała się, po czym wzniosła oczy ku niebu i pacnęła się delikatnie dłonią w czoło. Garnieeer, duuuh, no przecież! -
Wypróbuję go sobie, jak zostanę u was na noc następnym razem, mogę? W zamian przyniosę maseczki w płachcie, bo mam całkiem pokaźny zapas! - zaproponowała. Jejuu, fajnie było być dziewczyną, można było się wymieniać kosmetykami, robić razem maseczki… Ach. -
Dobra, pani kapitan, trzymaj tę taśmę, a ja przejmuję rolę oświetleniowca - oznajmiła Perry po chwili. Przysunęła się i uklękła ramię w ramię obok Pixie, oświetlając agregat swoim telefonem.
Do dzieła, let’s go!
pixie 