Strona 1 z 1

All I know since yesterday is everything has changed

: sob paź 10, 2026 5:04 pm
autor: Darcy Bowman
Nie przypuszczała, że kiedykolwiek przyjdzie jej się mierzyć z takim kryzysem. Brak prądu w całym mieście. Nie na kilkanaście minut, nie na kilka godzin… prawdę powiedziawszy to, że nikt nie potrafił im powiedzieć kiedy ten kryzys się skończy – przerażało ja najbardziej. Ciągle przychodziły powiadomienia o kolejnych incydentach, ludziom zaczynało odbijać i właściwie trochę nie mogła im się dziwić. Zarządzanie kryzysowe w tym mieście całkowicie zawiodło. Zastanawiała się, czy lepszym rozwiązaniem nie byłaby ucieczka z miasta, chociażby do domku w lesie. Zanim jednak można było ten plan zrealizować, musiała zabezpieczyć klub. Oczywiście, że go zamknęła. Zapasowe zasilanie mogło pomóc na godzinę, dwie… może akurat na tyle, że gdy weszła do środka to nie musiała siedzieć w całkowitych ciemnościach. Zabawne… rzadko bywała tutaj sama. Tak całkowicie sama. Zastanawiała się nawet, czy kiedykolwiek doświadczyła tego miejsca pogrążonego w takiej ciszy. Skłamałaby jakby powiedziała, że nie było to odrobine… przerażające.
Jeszcze bardziej, gdy wydawało jej się, że coś usłyszała. Zamarła przy biurku i brutalnie uświadomiła sobie jak ogromną głupotę zrobiła przychodząc tu sama w aktualnych okolicznościach. Może tylko jej się przesłyszało? Może po prostu wyobraźnia zaczęła płatać jej figle skoro dotarło do niej, że to było głupie. Serce zaczęło bić jej mocniej. Głosy i dźwięki stawały się coraz wyraźniejsze, ktoś ewidentnie czegoś szukał. Zwykłe włamanie jakich było mnóstwo teraz w mieście? To byłby najmniejszy jej problem. Jednocześnie przed oczami stanęły jej obrazki z tamtego wieczoru i momentalnie zrobiło jej się niedobrze. Znowu ją sparaliżowało… i to był główny błąd, bo przecież mogła po prostu zamknąć drzwi od środka i udawać, że jej tu nie ma. W ostatnim czasie jednak popełniała błąd za błędem.
- O, proszę, właścicielka – szyderczy głos zbliżającego się do niej mężczyzny wywołał u niej nieprzyjemny dreszcz- To może pokażesz nam, gdzie trzymasz kasę? – mogłaby… to był najmniejszy problem – Naprawdę myślicie, że w klubie zamkniętym od tygodnia są jakieś pieniądze? – rzuciła ostro, przenosząc wzrok z jednego faceta na drugiego, starając się przypomnieć sobie, czy znała skądś ich twarze. Szarpnęła też wymownie ramieniem, gdy poczuła na nim męskie palce. Gdyby jej wzrok mógł zabijać… mężczyzna właśnie padłby trupem, gdy ich spojrzenia się spotkały – Nie dotykaj mnie – wycedziła przez zęby – Możecie zabrać, co chcecie, ale gotówki tu nie uświadczycie. – nawet nie próbowała kłamać, nie miało to najmniejszego sensu. Gdyby miała pieniądze bez problemu by je oddała… nie chciała powtórki z rozrywki. Chciała, żeby wzięli co chcieli i po prostu stąd wyszli. Miała dość kłopotów.
Dokładnie o tych kolejnych kłopotach pomyślała, gdy na korytarzu usłyszała kroki. Kolejne kroki. Oni też je usłyszeli i spojrzeli na siebie wymownie, nie spodziewali się i to raczej nie był ich wspólnik. Fantastycznie. Więcej intruzów, a to tylko jeden wieczór w klubie – naprawdę musiała wyjechać z miasta – I po co wam to było? – zagrała kartą pewnej siebie, jakby doskonale wiedziała do kogo należały kroki. Nie wiedziała. Serce zaczęło bić jej jeszcze mocniej, ale miała nadzieję, że ta niezbyt bystra dwójka tego nie zauważy – Teraz może być już tylko gorzej – oby dla nich, a nie dla niej. A im kroki były bliżej... tym trudniej było jej zapanować nad własnymi nerwami.


Sawyer Wright

All I know since yesterday is everything has changed

: sob paź 17, 2026 1:54 pm
autor: Sawyer Wright
— osiem —
Be polite, be professional,
but always have a plan to kill everyone in the room

Brak prądu w wielkich miastach zawsze oznaczał chaos.
A on zwykle karmił się chaosem. Zarabiał na nim.
Tyle że tym razem sytuacja była zdecydowanie inna, bo jego stałe zlecenie się komplikowało tym bardziej, im większe bezprawie i mniejszy spokój panowały na ulicach Toronto. Naturalny wzrost przestępczości, niedziałające światła i padające telefony, z których i tak nigdzie nie dało się dodzwonić — to wszystko krzyżowało jego plany i znacząco utrudniało zapewnienie Vivienne bezpieczeństwa, szczególnie że ona od początku średnio chciała być bezpieczna. A teraz, nie dość że miał na głowie rozkapryszoną księżniczkę, na którą polował wróg Christophera Adlera, dodatkowo pojawiły się informacje o gangsterze polującym — dla odmiany — na niego. Wciąż ich nie sprawdził; nie miał okazji, chociaż wiedział, że nie powinien z tym zwlekać. Bo sam fakt istnienia nawet niesprawdzonych plotek ocierających się o bezczelne kłamstwo był wystarczająco niepokojący, szczególnie na ulicach, na których coraz częściej dochodziło do otwartych aktów przemocy i kolizji spowodowanych niedziałającą sygnalizacją świetlną.
W takich okolicznościach bardzo łatwo o nieszczęśliwy wypadek. I Sawyer wiedział o tym lepiej niż zatrważająca większość społeczeństwa.
Dlatego musiał zacząć wreszcie działać. Przesunąć na planszy kilka pionków i sprawdzić, jak zareaguje przeciwnik, który rzekomo czaił się gdzieś tam, w ciemności, sprowokowany rzeczami, na które Sawyer nie do końca miał wpływ. I musiał to zrobić niezależnie od tego, że oznaczało to, że panna Adler zostanie na jeden wieczór bez opieki, chociaż powinna w tym czasie siedzieć w domu swojego ojca.
Rolls-Royce’a zostawił zaparkowanego bezpiecznie w garażu, zamiast tego wybierając swój motocykl, ostatnio odstawiony w tyle miejsca parkingowego. Jednak tego wieczora nie potrzebował klasy ani luksusu, tylko zwinności i anonimowości. Nie chciał przyciągać spojrzeń, wręcz przeciwnie: zamierzał ich unikać tak bardzo, jak to tylko będzie możliwe. Z garażu wyjechał z pomrukiem silnika pod sobą, a później włączył się w chaotyczny, niebezpieczny ruch uliczny pozbawiony świateł i zarządzany jedynie z rzadka przez policję rozstawioną na najważniejszych skrzyżowaniach.
Odwiedził już kilku starych znajomych. Był u Joe w jego barze, gdzie na tyłach czekała na niego jedna zbyt uparta policjantka, odwiedził na krótko Fiodora w jego szkole boksu, rozmawiał telefonicznie z Grubym Benem siedzącym w dokach, a w środku jednej z tych czarnych nocy bez zasilania spotkał się nawet z jedną z dziwek o imieniu Ivy, z której alfonsem miał niezałatwione interesy. Z tej długiej listy znajomości budowanej na przestrzeni dekad — tych, którzy się liczyli . n a p r a w d ę , . choć z różnych powodów — została mu jeszcze Darcy.
Z wszystkimi poprzednimi spotykał się w interesach.
Z nią zamierzał zobaczyć się z powodu czegoś dużo bardziej niespotykanego w jego przypadku — z sympatii.
Wiedział, że szanse na spotkanie jej w klubie były bliskie zeru; skoro od tygodnia nie działało zasilanie, musiał być przez ten czas zamknięty. Nie miał jednak wielu innych opcji, skoro nie wiedział gdzie mieszka. Dlatego podjechał pod główne drzwi i tak jak się spodziewał, odbił się od nich zamkniętych na cztery spusty. Następnie podjechał do tylnych, bez wielkiej nadziei poza tą, że może siedzieć i czekać na schodkach jak menel przez kolejne dni Blackoutu. Jednak kiedy zostawił motocykl przy chodniku i przeszedł do drzwi prowadzących na zaplecze — przeżywając silne, chociaż na swój sposób przyjemne déjà vu — a następnie szarpnął za klamkę, ze zdziwieniem odkrył, że są otwarte.
Zamiast się cieszyć, Sawyer odruchowo się spiął i sięgnął po Glocka wciśniętego za pasek na lędźwiach. Wyszarpał go stamtąd jednym krótkim ruchem i dopiero mając w dłoni kojącą, nagrzaną od własnego ciała stal, zdecydował się pchnąć drzwi mocniej i wejść do środka. W korytarzu panowała ciemność rozproszona jedynie z oddali wątłym oświetleniem awaryjnym, dlatego odczekał tyle czasu, żeby pozwolić źrenicom przyzwyczaić się do braku światła, zanim ruszył dalej. Minął główną salę pogrążoną w ciszy i długich, nieruchomych cieniach i przeszedł w kierunku biura. A później usłyszał głosy. Nie przyspieszył; zatrzymał się. Nasłuchiwał. Jeden kobiecy i przynajmniej dwa różne należące do mężczyzn.
To był głos Darcy. Serce uderzyło mocniej, adrenalina wsączyła mu się do żył, kiedy rozpoznał pojedyncze słowa z wymiany zdań między nimi. Tyle mu wystarczyło, żeby znów się ruszyć, tym razem jednak nie starał się zachować ciszy, przeciwnie: stawiał głośno kolejne ciężkie kroki, aż wreszcie znalazł się w biurze. Przesunął szybkim, czujnym spojrzeniem najpierw po dwóch mężczyznach — musiał upewnić się w ich uzbrojeniu — później po cieniach, w których mogli ukrywać się kolejni, a na samym końcu po Darcy.
Nawet w kiepskim świetle awaryjnym broń błyszczała w jego dłoni jak niema groźba.
— Jakiś problem? — zapytał tylko chrapliwym, niskim głosem.
Nie widział jej od przeszło dwóch lat, a do jego uszu docierały co najwyżej ochłapy informacji na temat Toronto i jej klubu — to jednak i tak musiało być wiele w zestawieniu o tym, co Darcy mogła w tym czasie dowiedzieć się o nim. Sawyer dbał o swoją prywatność, nie dzielił się szczegółami swojej pracy i pilnował, żeby nikt nigdy nie wiedział, jaki będzie jego następny ruch i w którym kierunku postawi kolejny krok.
Teraz jednak te lata zatarły się i straciły znaczenie w obliczu czegoś zdecydowanie bardziej realnego.
— Wydawało mi się, że jest zamknięte — dodał, zanim ktokolwiek zdążył wykonać zbyt szybki ruch. — Przyjmujesz . g o ś c i , . Darcy?
Coś w jego spojrzeniu zdawało się mówić, że wystarczy jedno jej słowo, żeby przestało być przyjemnie. Nie był pewien, czy Darcy to dostrzegła, ale sądząc po nerwowych gestach pozostałej dwójki — z pewnością tak. Tylko jeden z nich był uzbrojony w niewielki pistolet i szczęśliwie był to ten stojący bliżej drzwi, w których stał Sawyer.

Darcy Bowman

All I know since yesterday is everything has changed

: sob paź 17, 2026 9:06 pm
autor: Darcy Bowman
Była jak lep na kłopoty… musiała sobie zdać wreszcie z tego sprawę i coś z tym zrobić, bo prędzej, czy później skończy się to źle dla niej albo kogoś jej bliskiego. Gdy słyszała kroki na korytarzu przeszło jej przecież przez myśl, że to może być Arvel, a skoro tak – wszyscy tutaj będą mieć problemy. Ta nieporadna dwójka największe, ale oni również… bo Darcy naprawdę nie chciała powtórki z ostatnich miesięcy. Więc pluła sobie w brodę, że tu przyjechała. Jednak była z tym klubem związana praktycznie całe swoje dorosłe życie… trudno jej było z niego po prostu zrezygnować, trudno było jej go zostawić samego sobie. Trudno było jej też podjąć ostateczną decyzję o sprzedaży chociaż wiedziała, że powinna.
Zanim ktokolwiek pojawił się w drzwiach gabinetu zdążyła w głowie zrobić szybki rachunek sumienia zastanawiając się jak mogłaby nie dopuścić do eskalacji tego konfliktu – czy to głupie? Oczywiście, że tak. Z tym, że nie chodziło jej o dwójkę tych idiotów, oni mieli w tym wszystkim najmniejsze znaczenie. Męska sylwetka na progu okazała się nie być jednak Cadwaladerem, chociaż też wydała jej się znajoma. Głos mężczyzny zadzwonił jej w uszach i zdała sobie sprawę, że może odetchnąć.
Odetchnęła z ulgą na widok Sawyera.
I nie przypuszczała, że kiedykolwiek coś takiego przejdzie jej przez myśl, bo doskonale wiedziała, że był niebezpieczny, że to nie był pierwszy lepszy gangster pokroju ludzi, którzy bywali w klubie za czasów Daniela. Ciągle pamiętała ten wieczór, gdy pojawił się zakrwawiony na tyłach klubu. Pamiętała jego ciepłą krew na swoich palcach, gdy prowizorycznie próbowała zszyć ranę na jego boku. Pamiętała też świst kuli Daniela przelatującej obok jej twarzy i ulgę, gdy mogła zmyć z siebie resztki jego pomagiera. Minęło tyle lat, a to nadal był jeden z najgorszych wieczorów w jej życiu, który jeszcze przez bardzo długo do niej wracał.
Sawyer później zniknął, zapadł się pod ziemię, a ona doskonale wiedziała, że i tak nie ma szans go odnaleźć. Zresztą dlaczego miałaby go szukać – robił interesy z Danielem, ona nie potrzebowała tego typu usług. Z tego samego powodu nie spodziewała się, że go tutaj spotka i to jeszcze w tak nietypowych okolicznościach. W tym mroku, który ogarnął Toronto. Z drugiej strony… czy to nie idealne warunki, żeby tacy ludzie jak on wyszli z cienia?
- Powinno być zamknięte… chłopcy tylko pomylili adres, prawda? – rzuciła, wyrywając ramię z uścisku mężczyzny, który zbity z tropu obecnością Sawyera poluźnił uścisk. Nawet oni musieli czuć, patrząc na Wrighta, że to był głupi pomysł. Chcieli tylko pieniędzy, głupotą było zaczepianie Bowman, przecież już dawno mogli stąd wyjść… jednocześnie czy ich ego pozwalało im odpuścić? W końcu ich było dwóch, a on jeden. Spojrzeli na siebie kontrolnie, co nie umknęło uwadze Darcy. Naprawdę... banda idiotów – Powiedziałam, że pomyliliście adres. – wycedziła przez zęby – Nie chcę kłopotów tak samo jak wy. Mam tu całkiem nowy dywan i strasznie ciężko będzie sprać z niego krew. Zwłaszcza po ciemku. Więc wypierdalać. – powtórzyła się raz jeszcze, naprawdę dając im do zrozumienia, że stawianie się nie ma w tym momencie najmniejszego sensu i może się to dla nich źle skończyć.
Czy mogła zrobić coś jeszcze?
- Ale ty też jesteś g o ś c i e m, którego się tu nie spodziewałam. – dodała jeszcze do Sawyera, a kącik ust drgnął jej w kierunku uśmiechu – Etatowy rycerz na białym koniu. – nie mogła sobie odmówić – Mogę cię prosić, żebyś odprowadził tych idiotów do wyjścia? – nie był jej chłopcem na posyłki, nie miała najmniejszego prawa go o to prosić, ale mimo wszystko… chciała mieć pewność, że te przygłupy naprawdę stąd wyjdą, drzwi zostaną zamknięte a ona w spokoju będzie mogła się dowiedzieć, co go tu sprowadzało.


Sawyer Wright

All I know since yesterday is everything has changed

: ndz paź 25, 2026 5:44 pm
autor: Sawyer Wright
Darcy niewiele się zmieniła w ciągu ostatnich lat.
A jednocześnie miał przemożne wrażenie, że stoi przed nim inna osoba.
Oczywiście docierały do niego plotki, których nie dało się potwierdzić z drugiego końca kontynentu, nawet gdyby Sawyer chciał wtrącać się w jej sprawy. Ale nie chciał. Wtrącił się już wystarczająco, zbyt poważnie jak na człowieka, który nie zwykł ingerować w cudze problemy ani udawać bohatera, kiedy uwolnił ją od potwora — choć nie tylko ją, przypuszczał, że całe Toronto na tym skorzystało — nawet jeśli ona nigdy go o to nie prosiła. Widział ją ostatnio na jego pogrzebie, a później wyjechał bez pożegnania, dlatego jedynie od czasu do czasu słyszał strzępy informacji o Darcy.
Odepchnął od siebie te myśli, był bowiem świadomy, że w obecnej sytuacji powinien pozostać czujny i skupiony na teraźniejszości, zamiast wspominać przeszłość. Na dźwięk jej słów Sawyer zmrużył nieznacznie oczy i znów przesunął spojrzeniem po obu mężczyznach, tym razem szybciej, choć zdecydowanie nie bardziej nerwowo. Jak pytanie, którego nie zamierzał zadawać na głos — jeszcze się nie zorientowaliście, że gra przestała być warta świeczki? Bo żadne pieniądze nie były warte śmierci.
Zapewne zabawnie brzmiałoby to w akurat jego ustach, ale Sawyer nie był w nastroju na żarty.
— Kto powiedział, że mamy jakieś kłopoty? — wycedził głosem stłumionym przez kominiarkę ten z bronią, nerwowo przy tym zerkając na Darcy. — Póki co widzę tu jakiegoś fagasa i paniusię. Na moje oko to wy, kurwa, zaraz będziecie mieć spory problem.
Drugi mężczyzna musiał mieć więcej oleju w głowie, bo na dźwięk tych słów z sykiem wciągnął powietrze do płuc i powoli uniósł obie dłonie wnętrzem od siebie. Wcześniej to on trzymał łapy na Darcy, teraz jednak nie wyglądał już na dłużej zainteresowanego nękaniem jej.
— Spokojnie… Tylko spokojnie. Ona ma rację, nie chcemy kłopotów — wtrącił, zanim Sawyer zdążył na chłodno ocenić pod jakim kątem w najczystszy sposób przestrzelić łeb pyskatemu i o ile stopni obrócić nadgarstek, żeby drugi napastnik również zyskał na masie kilka gramów ołowiu, jeszcze zanim ten pierwszy zdąży uderzyć bez życia o podłogę.
Tyle że na broni nie miał założonego tłumika. Ktoś mógłby ich usłyszeć, ktoś mógłby coś zgłosić. Problemy pojawiłyby się dla nich dopiero po ich śmierci, a poza tym faktycznie spowodowałoby to dużo niepotrzebnego bałaganu. I dużo mozolnej, ciężkiej pracy przy usuwaniu dowodów oraz śladów, którą ciemności jedynie by mu utrudniły. A ponieważ nie miał ochoty ani czasu na sprzątanie podwójnego morderstwa w środku miasta, z pewnym zadowoleniem przyjął kolejne słowa tego rozsądniejszego z dwójki złodziei:
— Przepuść nas. Nikomu nie musi stać się krzywda — skierował te słowa do Sawyera, jednocześnie zaglądając mu prosto w oczy z determinacją, która sugerowała, że nawet jeśli facet nie chce walczyć, zrobi to, jeśli sytuacja go do tego zmusi. — Tu i tak nic nie ma, bracie — dodał w reakcji na gwałtowne i pełne sprzeciwu żachnięcie się tego uzbrojonego w pistolet, ale nie oderwał spojrzenia od Sawyera. — Nie warto.
Dopiero wtedy zrozumiał: facet go . r o z p o z n a ł .
Bo już wcześniej musiał zrozumieć, że Darcy ma rację i nici ze spektakularnego łupu, na który liczyli, włamując się do nieczynnego klubu.
Skinął jedynie krótko głową na prośbę, jaka padła z ust kobiety, chociaż nie oderwał spojrzenia od nieuzbrojonego napastnika. Jednocześnie odpowiedział też jemu, chociaż też bez użycia słów; po prostu przeniósł ciężar ciała na lewą nogę i przesunął się w drzwiach tak, żeby intruzi mogli swobodnie wyjść. Ten rozsądny zebrał się szybko i warknięciem ponaglił tego drugiego. Sawyer ruszył za nimi do tylnego wyjścia, tam odczekał chwilę i upewnił się, że nie będą niczego kombinowali, po czym cofnął się z powrotem w cienie zamkniętego klubu, zamknął drzwi i zablokował je ławką przyciągniętą z szatni. Zanim wrócił do Darcy, upewnił się jeszcze, że pozostałe wyjścia też są zabezpieczone — z czystego, zawodowego odruchu. Dopiero kilka kroków przed biurem wcisnął Glocka z powrotem za pasek spodni i przykrył go skórzaną kurtką.
Pomyślał przelotnie, że Darcy zawsze przyciągała kłopoty.
Z zaskoczeniem odkrył, że nigdy mu to nie przeszkadzało i bynajmniej się to nie zmieniło w czasie, w którym omijał Kanadę szerokim łukiem.
— Wyszli — oznajmił od progu, ale zamiast się w nim zatrzymać jak poprzednio, tym razem swobodnie go przekroczył i ruszył w głąb pomieszczenia, w kierunku Darcy. — Wyłamali zamek drzwi na zapleczu i tamtędy dostali się do środka. Tymczasowo je zabezpieczyłem, ale będziesz musiała kogoś do nich wezwać. Przy okazji upewniłem się też, że wszystkie pozostałe drzwi i okna są zamknięte — poinformował ją, zatrzymując się przed biurkiem, żeby oprzeć się o niego nonszalancko biodrem i skrzyżować ręce na klatce piersiowej. — Nie jestem tylko pewien, czy to ja jestem twoim etatowym rycerzem, czy raczej ty etatowo przyciągasz kłopoty, księżniczko. — Urwał na tych słowach, przesunął po niej uważnym spojrzeniem i przez chwilę wydawało się, że się uśmiechnie. Jednak jeśli grymas pojawił się na jego twarzy, był tylko marnym cieniem. Słyszał różne rzeczy w ostatnim czasie o dziewczynie Daniela. Ciężko powiedzieć, ile z tego było prawdą, ale jeśli chociaż połowa, to Darcy musiała mieć za sobą naprawdę sporo problemów. — Szukałem cię. Ale, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że cię tu zastanę, skoro w mieście od tygodnia nie ma prądu — dodał. Nie było w tym głosie ani wyrzutu, ani zdziwienia, ani też radości. Był neutralny. I może odrobinę spięty. — Co tu robisz, Darcy?
Były jeszcze inne, . w a ż n i e j s z e . pytania, ale wszystkie mogły chwilę poczekać.
W końcu ona też nie spodziewała się jego wizyty, zwłaszcza że nie mieli ze sobą kontaktu od lat. Sam nie był pewien, na czym teraz stoi. Na czym oni stoją w tej dziwnej relacji, w której przysługi mieszały się z perfidnymi kłamstwami.

Darcy Bowman

All I know since yesterday is everything has changed

: pt paź 30, 2026 7:22 pm
autor: Darcy Bowman
Dlaczego oni zawsze muszą być tacy głupi? Dokładnie ta myśl pojawiła się w głowie Bowman, gdy zamaskowany mężczyzna jeszcze próbował się stawiać. Naprawdę nie chciała dla nikogo kłopotów. W tym mieście w tym momencie panował wystarczający chaos, działo się tu dużo niedobrego i nikt nie przejąłby się jakimś dodatkowym trupem, ale umówmy się… miała serdecznie dość trupów w swoim życiu. Nie była pewna, czy jest w stanie udźwignąć kolejnego, więc chętnie oddałaby im pieniądze czy jakiekolwiek kosztowności – byle stąd wyszli. Spokojnie i bez strat w ludziach. Więc całe szczęście, że chociaż jeden z nich odnalazł działające dwie ostatnie szare komórki i postanowił ich posłuchać. Może w całym swoim talencie do przyciągania kłopotów było odrobina właśnie tego szczęścia i jakimś cudem wszystko uchodziło jej na sucho.
Jeszcze przez chwilę wstrzymywała oddech, obserwowała jak mężczyźni wychodzą i wypuściła go dopiero, gdy została w gabinecie sama. Ale wtedy dotarła do niej jeszcze jedna myśl… dwóch na jednego. Czy powinna prosić Sawyera o coś takiego? Czy miała do tego jakiekolwiek prawo? Z drugiej strony to Wright i dwóch podrzędnych włamywaczy nie powinno stanowić dla niego zagrożenia. Mimo wszystko nasłuchiwała… i wpatrywała się intensywnie w drzwi od gabinetu. I kącik ust drgnął jej w kierunku uśmiechu, gdy pojawił się w progu. Z całym swoim kiepskim gustem do mężczyzn… na szczęście trafiła też na takich, którzy pomogli jej się trochę dłużej utrzymać przy życiu.
Brew drgnęła jej wymownie, gdy przyznał, że jej szukał. On jej? Dlaczego? Czego mógł od niej chcieć? Czyżby znowu dopadły ją długi Daniela? Nie… tak szybko jak ta myśl pojawiła się w jej głowie tak szybko ją z niej wyrzuciła.
Nie on. Jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało.
- Jak to co? Etatowo przyciągam kłopoty. – przyznała zaskakująco lekko i swobodnie jak na to w jakich okolicznościach ją tu zastał, ale no cóż… co innego jej zostało? Miała płakać? To nie byłoby w jej stylu i to akurat się nie zmieniło. Zrobiła też parę kroków w kierunku mężczyzny. Właściwie znalazła się tuż przed nim, a biorąc pod uwagę, że opierał się o biurko to ich twarze znalazły się praktycznie na tym samym poziomie. Przez chwilę wpatrywała się więc intensywnie w jego tęczówki.
Co innego mogła mu powiedzieć? Że musiała pomyśleć? Że sama nie wie, co z tym wszystkim robić? Że właściwie nie wiedziała, co tutaj robiła? To nie są wątpliwości, którymi dzielisz się z kimś, kogo ostatni raz widziałaś lata temu. Zresztą nie była najlepsza w tego typu rozmowy.
- Nie mam ostatnio najlepszej passy z ludźmi, którzy mnie z jakiegoś powodu szukają… szczególnie jeśli może to mieć coś wspólnego z Danielem i całym tym poprzednim życiem. – przyznała, zakładając ręce na piersi. Nie odsunęła spojrzenia, nie oderwała go od jego twarzy nawet na krótką chwilę, jakby liczyła, że w ten sposób wyczyta z niego coś więcej. Jakby kiedykolwiek wcześniej jej się to udało… żenujące.
Sawyer Wright był zagadką i mimo upływu lat… nic się nie zmieniło. Nadal było w nim też coś niepokojącego, chociaż jednocześnie nigdy nie czuła przed nim strachu. Może powinna?
– Biorąc to pod uwagę… czy twoja obecność powinna mnie martwić? To jest ten moment, w którym powinnam wreszcie zacząć się bać Sawyera Wrighta? – mimo wszystko znowu cień uśmiech przemknął przez jej twarz. Tylko znów… co innego jej zostało? Znalazła się w sytuacji, z której nie miała wyjścia…
Pozostało tylko dowiedzieć się, czego mógł od niej chcieć.


Sawyer Wright