pawn to f4
: pn paź 12, 2026 6:21 pm
Ottawa była intensywna.
Kanadyjski parlament potraktował sytuację Toronto bardzo poważnie i pracował na pełnych obrotach, żeby… No właśnie: żeby co? Usterka była przecież zbyt poważna, aby naprawić ją mogły nawet najbardziej kwieciste przemówienia posłów czy senatorów, więc niekończące się posiedzenia wydawały się po prostu stratą czasu, ale hej - polityczny kapitał sam się nie zbije, więc teatrzyk musiał grać. Zwłaszcza że w stolicy nie było mowy o żadnej awarii, a suszarka do włosów, kawa z ekspresu czy ogrzewanie (noce zaczynały robić się chłodne) nie robiły na nikim takiego wrażenia, jak w pogrążonym w ciemnościach Toronto.
Bellore, choć był jednym z 24 (sprawdziłem - przyp. redakcyjny) beneficjentów tych zwołanych naprędce obrad “nadzwyczajnych”, nie był z nich do końca zadowolony. Konserwatyści siłą rzeczy chcieli ugrać kilka punktów na wpadce swoich przeciwników, więc Anthony często “dostawał piłkę”, żeby prowadzić ofensywę, podczas gdy jemu wydawało się (naiwnie zresztą, ale szczerze), że to idealna sytuacja na współpracę i wypracowanie rozwiązań na przyszłość. W końcu, skoro można było podnieść rękę na Toronto, to inne miasta też były narażone. Poza tym uważał - dość populistycznie zresztą - że zdecydowanie bardziej potrzebny byłby tam, na miejscu; jeśli nie miastu czy Kanadzie, to przynajmniej swojemu sąsiedztwu czy rodzinie. I choć jego krytycy szydzili czy kwestionowali jego postawę, obrady miał opuścić jako jeden z pierwszych parlamentarzystów: w późny piątkowy wieczór, czarterowym samolotem i z lądowaniem w oddalonej od miasta od kilkadziesiąt kilometrów bazie wojskowej.
I prawie wtedy dostał tego nieszczęsnego smsa.
Podróż taksówką upłynęła mu szybko, na nierównej walce z plamą od kwaśnej śmietany na piersi błękitnej koszuli. Może i sprawnie dokończył tę swoją późną kolację, ale za to kosztem, na który zwrócił mu uwagę dopiero kierowca, gdy Bellore rozpiął marynarkę. Pośpiech tym razem nie był najlepszym doradcą, ale przynajmniej kolejny raz uratował go nad zbyt głębokimi przemyśleniami. Smsy od Love były niepokojące, a gorsze od nich było jedynie to, że o tej porze (zapadł już późny wieczór) nietrudno wypatrzyć drugie dno.
Ale może po prostu chciał je dostrzec.
Parking, lobby, winda, jeszcze jedno lobby i schody, aż w końcu bar. Na pierwszy rzut oka pomyślał, że dziennikarze poszli spać. Albo, że nie było ich stać na drinki. W każdym razie - ze względu na ładną panoramę miasta za oknami, miejsca przy nich zajmowały przede wszystkim grupy roześmianych turystów czy studentów albo ewentualnie zakochane pary, więc (nomen omen) Love szukał przy bardziej kameralnych stolikach - gdzieś w rogu, może obok jakiejś doniczki z wielką rośliną albo pod ścianą.
Wreszcie - bingo. Siedziała, pochylona ni to nad drinkiem, ni telefonem, raczej niezainteresowana otoczeniem, zamyślona. Ponieważ nie spojrzała w jego stronę, zaatakował bar i dopiero uzbrojony w dwie podwójne whisky na lodzie zajął (on i jego walizka) miejsce na przeciwko niej, w ostatniej chwili rezygnując z rozpięcia guzika marynarki. (Oby tylko wytrzymał.)
– Macie chyba większy budżet na delegacje – rzucił na przywitanie, wymownym kiwnięciem głowy zwracając jej uwagę na wystrój baru (a więc i hotelu). Było ładnie. Drogo. I to nic, że poza sejmowym kwaterunkiem miał tu jeszcze swoje mieszkanie. W CBC musieli lepiej płacić. – I naprawdę żadnych pytań. Hassam mówił po angielsku – mruknął rozżalony, ostrożnie taksując ją spojrzeniem. Chciał wybadać, w jakie kłopoty wpadli, jeszcze zanim się odezwała (jeden na szczęście skreślił na samym początku), ale była chyba zbyt zmęczona, żeby stroić miny. Płynnym ruchem posunął więc szklankę po blacie w jej stronę, a potem splatając palce na krawędzi stołu, pokiwał do niej głową. – Więc o co chodzi?
Love Roderick
Kanadyjski parlament potraktował sytuację Toronto bardzo poważnie i pracował na pełnych obrotach, żeby… No właśnie: żeby co? Usterka była przecież zbyt poważna, aby naprawić ją mogły nawet najbardziej kwieciste przemówienia posłów czy senatorów, więc niekończące się posiedzenia wydawały się po prostu stratą czasu, ale hej - polityczny kapitał sam się nie zbije, więc teatrzyk musiał grać. Zwłaszcza że w stolicy nie było mowy o żadnej awarii, a suszarka do włosów, kawa z ekspresu czy ogrzewanie (noce zaczynały robić się chłodne) nie robiły na nikim takiego wrażenia, jak w pogrążonym w ciemnościach Toronto.
Bellore, choć był jednym z 24 (sprawdziłem - przyp. redakcyjny) beneficjentów tych zwołanych naprędce obrad “nadzwyczajnych”, nie był z nich do końca zadowolony. Konserwatyści siłą rzeczy chcieli ugrać kilka punktów na wpadce swoich przeciwników, więc Anthony często “dostawał piłkę”, żeby prowadzić ofensywę, podczas gdy jemu wydawało się (naiwnie zresztą, ale szczerze), że to idealna sytuacja na współpracę i wypracowanie rozwiązań na przyszłość. W końcu, skoro można było podnieść rękę na Toronto, to inne miasta też były narażone. Poza tym uważał - dość populistycznie zresztą - że zdecydowanie bardziej potrzebny byłby tam, na miejscu; jeśli nie miastu czy Kanadzie, to przynajmniej swojemu sąsiedztwu czy rodzinie. I choć jego krytycy szydzili czy kwestionowali jego postawę, obrady miał opuścić jako jeden z pierwszych parlamentarzystów: w późny piątkowy wieczór, czarterowym samolotem i z lądowaniem w oddalonej od miasta od kilkadziesiąt kilometrów bazie wojskowej.
I prawie wtedy dostał tego nieszczęsnego smsa.
Podróż taksówką upłynęła mu szybko, na nierównej walce z plamą od kwaśnej śmietany na piersi błękitnej koszuli. Może i sprawnie dokończył tę swoją późną kolację, ale za to kosztem, na który zwrócił mu uwagę dopiero kierowca, gdy Bellore rozpiął marynarkę. Pośpiech tym razem nie był najlepszym doradcą, ale przynajmniej kolejny raz uratował go nad zbyt głębokimi przemyśleniami. Smsy od Love były niepokojące, a gorsze od nich było jedynie to, że o tej porze (zapadł już późny wieczór) nietrudno wypatrzyć drugie dno.
Ale może po prostu chciał je dostrzec.
Parking, lobby, winda, jeszcze jedno lobby i schody, aż w końcu bar. Na pierwszy rzut oka pomyślał, że dziennikarze poszli spać. Albo, że nie było ich stać na drinki. W każdym razie - ze względu na ładną panoramę miasta za oknami, miejsca przy nich zajmowały przede wszystkim grupy roześmianych turystów czy studentów albo ewentualnie zakochane pary, więc (nomen omen) Love szukał przy bardziej kameralnych stolikach - gdzieś w rogu, może obok jakiejś doniczki z wielką rośliną albo pod ścianą.
Wreszcie - bingo. Siedziała, pochylona ni to nad drinkiem, ni telefonem, raczej niezainteresowana otoczeniem, zamyślona. Ponieważ nie spojrzała w jego stronę, zaatakował bar i dopiero uzbrojony w dwie podwójne whisky na lodzie zajął (on i jego walizka) miejsce na przeciwko niej, w ostatniej chwili rezygnując z rozpięcia guzika marynarki. (Oby tylko wytrzymał.)
– Macie chyba większy budżet na delegacje – rzucił na przywitanie, wymownym kiwnięciem głowy zwracając jej uwagę na wystrój baru (a więc i hotelu). Było ładnie. Drogo. I to nic, że poza sejmowym kwaterunkiem miał tu jeszcze swoje mieszkanie. W CBC musieli lepiej płacić. – I naprawdę żadnych pytań. Hassam mówił po angielsku – mruknął rozżalony, ostrożnie taksując ją spojrzeniem. Chciał wybadać, w jakie kłopoty wpadli, jeszcze zanim się odezwała (jeden na szczęście skreślił na samym początku), ale była chyba zbyt zmęczona, żeby stroić miny. Płynnym ruchem posunął więc szklankę po blacie w jej stronę, a potem splatając palce na krawędzi stołu, pokiwał do niej głową. – Więc o co chodzi?
Love Roderick