just stand still, please
: pn paź 12, 2026 6:56 pm
Uwielbiał pracę z ludzkim ciałem. Ogólnie uwielbiał ludzkie ciało. W końcu był projektantem. Uważał, że ludzkie ciało było idealne pod każdym względem i w każdej formie. Nie był jakimś perwersyjnym dziwakiem, który lubił się gapić i macać ludzi. Lubił ludzi, ale w sumie ze znaczną większością nie chciał mieć większego kontaktu. Był raczej prywatny. Nie mówiąc już o tym, że sława sprawiała że trafiał na ludzi, na których nie chciał. Prywatność była więc cechą, której się nauczył i którą szybko zaczął akceptować. Tak mu się tez żyło lepiej. Nie potrzebował wianuszka ludzi wokół siebie. Przez większość jego życia wystarczyła mu tylko obecność swojego partnera i adoptowanej córki.
Całym jego życiem była bowiem jego praca. Lubił zaszywać się w swojej pracowni, przelewać swoje pomysły na papier a następnie wprowadzać je w życie. I był w tym cholernie dobry. Jego projekty pokazywane były na wybiegach na najważniejszych pokazach mody, zdobiły ciała największych gwiazd i w końcu kończyły na wystawach w muzeach. Miał swoich wielbicieli nie tylko wśród ludzi, których było stać na jego kreacje. Jemu jednak wystarczyły cztery ściany i dwie najważniejsze osoby w jego życiu. Był szczęśliwy i to przez wiele lat. Nigdy nie przypuszczał, że kiedyś okaże się, że wszystko to straci.
Od dłuższego czasu jego kolekcje nie osiągały takiego sukcesu, jakiego wszyscy od niego oczekiwali. Jego ostatnia kolekcja zaliczyła spektakularną klapę i przypieczętowała jego los dyrektora kreatywnego marki, którą stworzył na własnych ramionach. Był wkurwiony. Nie… powiedzieć, że był wkurwiony było niedopowiedzeniem. Postanowiono więc dać mu jeszcze jedną, ostatnią szansę i wszystko układało się dobrze, do czasu wypadku.
Ten lipcowy dzień na zawsze zapisze się w jego pamięci i chociaż nie było go przy tym, co się wydarzyło, to rozgrywał to wszystko w swojej głowie, jakby stał gdzieś z boku i widział wszystko w zwolnionym tempie. Pogrzeb jego partnera i nowonarodzonej córeczki był ostatnim ciosem, który sprawił, że szanse na podreperowanie kariery nastąpią. On to wiedział i wiedzieli to wszyscy inni. Zaszył się więc z daleka od wszystkiego co znał i kochał, a jedyną osobą, którą do siebie dopuszczał, była biologiczna córka jego partnera, która stanowiła ostatnią cząstkę, jaka po nim została. Simon stał się bohaterem tragicznym swojej własnej historii i jedyne, co trzymało go przy życiu była ta odrobina pracy, którą miał na Lazurowym Wybrzeżu i szycie ubrań dla stałej klienteli.
W końcu jednak przyszła wiadomość, której się spodziewał, ale jednocześnie miał nadzieję, że uda mu się przed nią uciec. Wieść, że chcą go zastąpić była ostateczna. Mieli już osobę, która miała przejąć jego miejsce. Poprosił jednak o możliwość stworzenia ostatniej, zamykającej kolekcji, która byłaby jego pożegnaniem. Zgodzili się na to.
Postanowił, że idealnym miejscem na tworzenie okaże się jego rodzinne miasto i właśnie dlatego wrócił do Toronto. Kupił tu dom, w którym założył swoją pracownię i w sumie na tym to się zakończyło, bo od momentu przeprowadzki nie udało mu się stworzyć żadnego sensownego projektu. Zamiast tego szyje dla ludzi bogatych i wpływowych.
I to właśnie robił w tym momencie, gdy klęczał na podłodze i po raz kolejny poprawiał nogawkę spodni, która cały czas nie była taka, jaką chciał, by była. I strasznie go to irytowało. Nasunął okulary na oczy i spojrzał w górę na twarz blondyna.
– Słuchaj no, kolego, noga ci się trzęsie i jak się nie uspokoi, to będę ją musiał przywiązać do jakiegoś kija od szczotki – zażartował. Pomimo irytacji na to, że praca nie szła tak, jak powinna, był w całkiem dobrym nastroju. Marcus był jego nowym klientem. Był młody, przystojny, dobrze się na niego patrzyło i na nim pracowało. Nie mówiąc o tym, że garnitur, który udało im się wspólnie stworzyć był prawdziwym dziełem sztuki.
Marcus West
Całym jego życiem była bowiem jego praca. Lubił zaszywać się w swojej pracowni, przelewać swoje pomysły na papier a następnie wprowadzać je w życie. I był w tym cholernie dobry. Jego projekty pokazywane były na wybiegach na najważniejszych pokazach mody, zdobiły ciała największych gwiazd i w końcu kończyły na wystawach w muzeach. Miał swoich wielbicieli nie tylko wśród ludzi, których było stać na jego kreacje. Jemu jednak wystarczyły cztery ściany i dwie najważniejsze osoby w jego życiu. Był szczęśliwy i to przez wiele lat. Nigdy nie przypuszczał, że kiedyś okaże się, że wszystko to straci.
Od dłuższego czasu jego kolekcje nie osiągały takiego sukcesu, jakiego wszyscy od niego oczekiwali. Jego ostatnia kolekcja zaliczyła spektakularną klapę i przypieczętowała jego los dyrektora kreatywnego marki, którą stworzył na własnych ramionach. Był wkurwiony. Nie… powiedzieć, że był wkurwiony było niedopowiedzeniem. Postanowiono więc dać mu jeszcze jedną, ostatnią szansę i wszystko układało się dobrze, do czasu wypadku.
Ten lipcowy dzień na zawsze zapisze się w jego pamięci i chociaż nie było go przy tym, co się wydarzyło, to rozgrywał to wszystko w swojej głowie, jakby stał gdzieś z boku i widział wszystko w zwolnionym tempie. Pogrzeb jego partnera i nowonarodzonej córeczki był ostatnim ciosem, który sprawił, że szanse na podreperowanie kariery nastąpią. On to wiedział i wiedzieli to wszyscy inni. Zaszył się więc z daleka od wszystkiego co znał i kochał, a jedyną osobą, którą do siebie dopuszczał, była biologiczna córka jego partnera, która stanowiła ostatnią cząstkę, jaka po nim została. Simon stał się bohaterem tragicznym swojej własnej historii i jedyne, co trzymało go przy życiu była ta odrobina pracy, którą miał na Lazurowym Wybrzeżu i szycie ubrań dla stałej klienteli.
W końcu jednak przyszła wiadomość, której się spodziewał, ale jednocześnie miał nadzieję, że uda mu się przed nią uciec. Wieść, że chcą go zastąpić była ostateczna. Mieli już osobę, która miała przejąć jego miejsce. Poprosił jednak o możliwość stworzenia ostatniej, zamykającej kolekcji, która byłaby jego pożegnaniem. Zgodzili się na to.
Postanowił, że idealnym miejscem na tworzenie okaże się jego rodzinne miasto i właśnie dlatego wrócił do Toronto. Kupił tu dom, w którym założył swoją pracownię i w sumie na tym to się zakończyło, bo od momentu przeprowadzki nie udało mu się stworzyć żadnego sensownego projektu. Zamiast tego szyje dla ludzi bogatych i wpływowych.
I to właśnie robił w tym momencie, gdy klęczał na podłodze i po raz kolejny poprawiał nogawkę spodni, która cały czas nie była taka, jaką chciał, by była. I strasznie go to irytowało. Nasunął okulary na oczy i spojrzał w górę na twarz blondyna.
– Słuchaj no, kolego, noga ci się trzęsie i jak się nie uspokoi, to będę ją musiał przywiązać do jakiegoś kija od szczotki – zażartował. Pomimo irytacji na to, że praca nie szła tak, jak powinna, był w całkiem dobrym nastroju. Marcus był jego nowym klientem. Był młody, przystojny, dobrze się na niego patrzyło i na nim pracowało. Nie mówiąc o tym, że garnitur, który udało im się wspólnie stworzyć był prawdziwym dziełem sztuki.
Marcus West