You make being reckless feel right.
: wt paź 13, 2026 12:22 pm
#
Two.You make being reckless feel right.
Randka z maplindera — nieoczekiwany zwrot akcji, z którym przeszedł do rzeczywistości niemalże w tym samym momencie, w którym się pojawił. Rivena ciężko było zaskoczyć czymkolwiek. Umiejętnie dystansował się od niedogodności, które akceptował bez zbędnego kręcenia nosem, czy niezadowolenia. Bunt przeciw światu rzadko przynosił efekty — ignorowanie natomiast pomagało przejść obojętnie wobec nieprzychylności. Rzadko chodził na spotkania jakiekolwiek — a co dopiero na randki? — jakby spotykanie się z innymi ludźmi przynosiło mu więcej cierpienia, niż radości. W pewnym sensie tak było. Marlow był idealnym przykładem człowieka nietowarzyskiego. Mówi się, że ludzie mogą rozwijać się w pełni tylko poprzez nawiązywanie relacji społecznych i przynależność do grupy, w której są akceptowani. Riven nie odczuwał takiej potrzeby. Ludzie przynosili zbyt dużo rozczarowań, by mógł szczerze zatęsknić. Cenił sobie spokój, własne towarzystwo i psychiczny komfort, którego nie potrafiłby mu zapewnić nikt inny, poza nim samym.
Umówił się jednak na spotkanie z Giselle.
Obcą kobietą, z którą wymienił kilka wiadomości na maplinderze…
Najwidoczniej zdesperowaną, albo pozbawioną instynktu samozachowawczego.
Wystarczyła krótka rozmowa tekstowa, by zachęcić ją do spotkania. Przekonało ją dobre jedzenie i przejażdżka po mieście pozbawionym całkowicie prądu. Podziwiał odwagę (lub głupotę) niektórych osób, zwłaszcza kobiet. W Toronto panowały egipskie ciemności dające schronienie ludziom, którzy byli pozbawieni skrupułów i nie wiedzieli, czym jest poprawne zachowanie. Marlow nie zamierzał nadstawiać karku, ani ryzykować kilkoma lewymi sierpowymi za obcą kobietę. Jeśli już faktycznie chciała się z nim spotkać, to planował znaleźć miejsce na tyle przystępne, by nikomu nie przeszkadzać, ani nie rzucać się w oczy. Fanem urbexu nie był. Romantykiem także nie — jeśli Giselle liczyła na romantyczny piknik na najwyższym z pagórków, zapewne doświadczy rozczarowania.
Jednego z wielu, jak mu się wydawało — bo życie składało się głównie z pasm niedopowiedzeń i nieprzychylnych sytuacji. Już sam fakt, że w ogóle się postarał i wymyślił miejsce spotkania, należałoby nazwać sukcesem. Chociaż nie mogłaby mu zarzucić, że niby nie był zaangażowany. Uznał, że całkiem niezłą opcją będzie się z nią spotkać w parku, nad jeziorem Ontario. Wcześniej, bez konsultacji z kobietą zajechał do McDonalda, żeby wziąć klasyczny zestaw Maestro z bekonem. Z dwiema papierowymi torbami z McDonalda, zajął jedną z parkowych ławek, z której był widok na zahaczone jezioro — cenił sobie prywatność — i wyciągnął z kieszeni telefon. Rozchyliwszy nogi, podparł łokcie o kolana, pochylając się nad wyświetlaczem. W ciemnych włosach Rivena tańczył wiatr, przeczesując co chwila kosmyki rozwiewające się pod wpływem jesiennego dotyku. Blackout, moi drodzy — nie wiedział, czy po drodze mijał poważnych ludzi, czy może świrów skłonnych do rzucenia się z nożem na losowych spacerowiczów. Sytuacja była beznadziejna. Zewsząd dobiegały komunikaty o zachowaniu ostrożności. Riven sprawiał wrażenie zupełnie nieprzejętego ostrzeżeniami i rozsyłanymi alertami na telefony komórkowe. Swoją drogą, ciekawiło go, ilu osobom zdążyły już paść telefony? Jego własny był ładowany poprzedniego wieczora powerbankiem znalezionym w szufladzie i wciąż dychał. Sądząc po kiepskiej baterii, zapewne w nocy będzie już rozładowany, ale kto by się tym przejmował? Im mniej ludzi, im więcej ciszy, tym spokojniejsza głowa.
Co jakiś czas zerkał na ekran, bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej potrzeby sprawdzania godziny. Wiedział, że powinien już niedługo wypatrywać znajomej sylwetki, choć w obecnych okolicznościach trudno było stwierdzić, czy dziewczyna w ogóle zdecyduje się pojawić. Blackout skutecznie pokrzyżował plany wielu ludziom, a rozsiewane na każdym kroku ostrzeżenia raczej nie zachęcały do samotnych spacerów. Riven nie zamierzał jednak wyciągać pochopnych wniosków. Nie po to ruszył się z domu, żeby teraz, jak kołek zakładać najgorsze.
Wsadził telefon do kieszeni, poprawił kołnierz skórzanej kurtki i rozejrzał się po okolicy, zatrzymując wzrok na każdej kolejnej osobie nieco dłużej, niż wypadało — choć tych osób nie było wiele. Może jedna, może trzy.
Giselle była czwarta.
Była dla niego nieznajoma, choć bez problemu, zerkając na nią, gdy tylko się pojawiła, wywnioskował, iż była kobietą poznaną na aplikacji randkowej.
— Aha, czyli przyszłaś. A ja myślałem, że mnie wystawisz, bo uznasz, że jestem chorym pojebem — kto proponował randkę, gdy policja przestrzegała przed niebezpieczeństwem? Zatrzymując intensywne spojrzenie na jej twarzy, być może trochę zbyt długo i przeciągle, próbował zrozumieć jej motywację. Aż tak chciała przygód? A może zwyczajnie brakowało jej instynktu samozachowawczego? Trudno było mu uwierzyć, że w obliczu ostrzeżeń policji i niepokojących komunikatów rozsyłanych po okolicy zdecydowała się przyjść na spotkanie z facetem, którego przecież nie znała na tyle dobrze, by bezgranicznie mu ufać. Przekrzywił nieznacznie głowę, przyglądając jej się z uwagą, która zamiast uspokajać, mogła budzić jeszcze więcej wątpliwości.
— A! Zapomniałbym. To dla ciebie — powiedział dość nagle, przerywając ciszę, po czym wskazał ruchem podbródka papierową torebkę z burgerem. Jak gdyby nigdy nic, jakby nie stali pośród miasta, w którym nawet zwyczajny spacer zaczynał przypominać kiepski pomysł.