my brain loves a crisis, preferably one that does not exist
: wt paź 13, 2026 7:37 pm
#
1my brain loves a crisis, preferably one that does not exist
Kładąc się spać poprzedniego dnia nie podejrzewał, że kolejny zacznie się dla niego o godzinie szesnastej po południu.
Od początku tygodnia chodził z niejasnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Niepomocny mózg oczywiście problemu ani nie nazwał ani nawet nie zidentyfikował, natomiast podrzucił mu najpierw koszmarnie pulsujący pod czaszką ból głowy, a następnie kazał mu gnić przed ekranem telewizora przy zasłoniętych szczelnie oknach, w kokonie z łaciatego koca.
Przez dwa dni oglądał kanały przyrodnicze. Przez dwa dni zastanawiał się czym jest kurwa konikomysz wielkoucha i dlaczego nigdy żadnej nie widział. Przez dwa bite dni nie narysował nic.
Nie spojrzał ani razu w stronę stołu kreślarskiego, na którym kwitła sterta niedokończonych konceptów, a wśród nich pomysły na lokacje, studia nad anatomią poszczególnych postaci i coś, co wyglądało jakby Juan popełnił nad ryzą czystego papieru morderstwo, a w istocie po prostu rozlał mu się czerwony tusz i nie wiedział co z tym dalej zrobić.
Powinien był to wyrzucić, ale dopóki nie miał siły na aktywności wykraczające poza odbiór pizzy w drzwiach nie zamierzał przekraczać progu swojego mieszkania.
Migrena przemęczyła go bardziej niż poprzedzająca ją grypa, i gdyby Arellano miał prawo wyboru, wolałby powtórkę z gorączką i katarem w pakiecie niż ból głowy, od którego chciało mu się rzygać.
Kiedy obudził się o szesnastej pomyślał najpierw, że stojący na szafce nocnej budzik rozregulował się jakoś przez noc i próbuje go oszukać, więc nie przejmując się na zapas przyjął tę wersję bez jej kwestionowania, obrócił się na drugi bok, zawinął kołdrą i przespał kolejny kwadrans.
Mniej więcej wtedy przyszedł do niego sms od matki i Juan na oślep sięgnął po telefon tylko po to, aby na widok zegara dostać zawału.
Budzik nie kłamał, niestety. Następnego dnia miał mieć wykłady od rana, czekały go również zajęcia praktyczne z rysunku, piąte przez dziesiąte kojarzył, że miał zrobić jakieś ksero ale nie pamiętał już na co i ile, a pusty żołądek domagał się jedzenia.
Cóż. Mógł też, przy odrobinie szczęścia, wsiąknąć w materac i może zniknąć.
Po spędzeniu w nim ponad tygodnia, Juan miał serdecznie dosyć swojego mieszkania. Już pod prysznicem czuł, że jeżeli nie zmieni wkrótce otoczenia to szlag go jasny trafi, dlatego wyszedł z domu nie dosuszając do końca włosów, niepomny na grypę, która wciąż była opcją.
Po drodze zgarnął zamówienie na ciasteczka rybne (ileż można się było żywić pizzą), a czując się w nastroju na eksperyment włączył do zestawu wszystkie sosy, jakie mieli w ofercie. Skoro miał przywałęsać się niezapowiedziany, chciał mieć przynajmniej porządną legitymację do usprawiedliwienia swojej obecności.
Objuczony z jednej strony torbą, z drugiej jedzeniem, Juan przewiózł się przez miasto metrem, część pokonał spacerowym krokiem by nacieszyć się świeżym powietrzem oraz przestrzenią, jednak jego radość miała wyjątkowo krótki żywot. Zwabiony zapachem szop wylazł zza osiedlowej altany śmietnikowej i z podejrzanie błyszczącymi, ciemnymi ślepkami wymierzonymi prosto w siatkę pełną jedzenia zaczął zbliżać się w niepokojącym tempie.
一 Ach, fajnie 一 mruknął sam do siebie, uznając swoją porażkę już na starcie. To nie był tydzień dzień na walkę z dzikim zwierzęciem o kilka rybnych ciastek. Zanim szop zdążyłby dobrać się mu do torby na własną łapę, Juan rzucił mu jedną z opanierowanych rybek w krzaki, a gdy dystrakcja przyniosła efekt, oddalił się w stronę bloków biedniejszy o nuggetsa.
Zdążył się zgrzać, zdyszeć i porządnie zasapać zanim dotarł na ich piętro schodami. Winda, naturalnie, nie wchodziła w grę.
一 H-hej. Jest Dylan? 一 wystękał, gdy drzwi otworzył mu, o dziwo, Milo. Ekscentryczny partner Dylana początkowo wydawał mu się żmijowaty, z czasem Juan zrozumiał, że ten tym z natury tak ma i powinien w ogóle się cieszyć, że zamiast zignorować dzwonek postanowił przynajmniej sprawdzić kto się pofatygował.
W odpowiedzi mruk owinięty w przydużą, uświnioną czymś wyglądającym na smar bluzę ponformował go bardzo cierpko, że Gauthier właśnie wracał z roboty, oraz - nadspodziewanie uprzejmie jak na siebie - pozwolił mu zaczekać w środku, skoro już przyniósł jedzenie.
W przedpokoju Juan zrozumiał, że Milo zaprosił go wyłącznie dlatego, że liczył na nuggetsa, więc dobrodusznie podarował mu trzy.
Kiedy Dylan dotarł wreszcie do mieszkania, w pudełku zostało zaledwie tuzin rybek, ponieważ zaraz po Milo kolejnym wyłudzaczem jedzenia był Pinto, a Arellano nie potrafił odmówić czemuś, co w ramach wdzięczności ułożyło mu się na stopach i mruczało rozgłośnie.
一 Przyniosłem żarcie. Milo jest jakby co u siebie, wpuścił mnie 一 wyjaśnił się, gdy na jego widok Dylan stanął w drzwiach i spojrzał pytająco jakby nie był pewien, czy dobrze widzi. Pinto natychmiast zerwał się i popędził poobijać mu się o łydki, więc Juan stracił źródło ciepła. 一 Mam kilka nowych części Voida. Rzucisz okiem? Feedback byłby mile widziany.
Dylan Gauthier