a few shelves away
: czw paź 15, 2026 12:45 am
05.
Biblioteka nie była może wymarzonym miejscem na spędzanie popołudnia, ale w obecnych okolicznościach Mona doceniała nawet jej mniej oczywiste zalety. Przynajmniej tutaj panowała względna cisza, a kilka świec pozwalało rozłożyć notatki bez obawy, że wiatr porwie luźniejsze kartki. Wielodniowy blackout skutecznie pokrzyżował plany całemu Toronto, jednak uniwersytet nie zamierzał z tego powodu zawieszać wymagań. Podejrzewała, że nawet gdyby nad miastem pojawiła się kometa, ktoś i tak przypomniałby im o terminie oddania pracy zaliczeniowej.
— Zaraz wracam — rzuciła do Perry, podnosząc się od stołu. — Jeśli znajdziesz moje notatki z anatomii, nie czytaj ich na głos. Napisałam je jak w jakimś ciągu myślowym, są kompletnie bez sensu i do poprawienia…
Zabrała telefon, który od kilku godzin służył jej głównie za niezbyt przekonującą latarkę, i ruszyła między regały. Potrzebowała podręcznika, którego nie udało jej się znaleźć w materiałach elektronicznych. Dział, którego szukała, znajdował się bliżej wejścia, w spokojniejszej części biblioteki. Po drodze minęła puste stanowiska komputerowe i tablicę z informacją o ograniczonym dostępie do budynku
Przesuwała palcami po grzbietach książek, odczytując kolejne tytuły w przytłumionym świetle. Im więcej uczyła się weterynarii, tym wyraźniej dostrzegała, jak wiele pozostawało jeszcze do opanowania. Chciała jednak nie tylko zaliczać egzaminy, ale przede wszystkim rozumieć, co dzieje się z organizmem i jak rozpoznawać sygnały świadczące o problemie.
W końcu znalazła właściwy dział. Wysunęła jedną z książek, ale tytuł szybko rozwiał nadzieję, że tym razem udało jej się trafić na odpowiednią pozycję. Oczywiście. Byłoby zdecydowanie zbyt prosto, gdyby biblioteka postanowiła współpracować akurat wtedy, kiedy jej potrzebowała. Wspięła się na palce, zaglądając na wyższą półkę, i wtedy usłyszała kroki.
Początkowo nie zwróciła na nie uwagi. Ktoś mógł szukać wolnego miejsca albo kierować się do wyjścia. Dopiero gdy kroki zatrzymały się tuż za jej plecami, Mona opuściła rękę i odwróciła się, gotowa ustąpić przejścia. Zamiast zwyczajnego pytania zobaczyła dwóch obcych mężczyzn. Jeden stał na tyle blisko, że odruchowo cofnęła się o krok, drugi zaś zerknął w stronę głównego pomieszczenia, jakby sprawdzał, czy ktoś zwrócił na nich uwagę.
— Telefon i portfel — rzucił pierwszy, wyciągając rękę.
Mona przez chwilę patrzyła na niego bez zrozumienia. Jeszcze przed momentem zastanawiała się nad tytułem podręcznika, a teraz stała między regałami naprzeciwko dwóch nieznajomych, którzy zdecydowanie nie przyszli tu po książki.
— Słucham? — wyrwało jej się, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Mężczyzna zaklął i zrobił krok w jej stronę. Dopiero wtedy Mona zauważyła nóż w jego dłoni. Metal błysnął w świetle, a wszystkie myśli nagle się urwały. Poczuła chłód wzdłuż kręgosłupa i przeniosła wzrok z ostrza na twarz napastnika. Nie miała przy sobie niczego, co mogłoby posłużyć za rozsądną obronę. Telefon nie był bronią, a podręcznik weterynarii raczej nie rozwiązywał problemu.
— Nie każ mi powtarzać — warknął mężczyzna.
— Dobrze. Już — odpowiedziała szybko, unosząc wolną rękę w uspokajającym geście.
Dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, co się dzieje. Napad. W uniwersyteckiej bibliotece, pośród podręczników i porozkładanych notatek, podczas zwyczajnego popołudnia, które miało upłynąć na nauce i narzekaniu na brak prądu. Serce zaczęło jej bić mocniej, a palce zacisnęły się na mankiecie bluzy. Musiała zachować spokój, nie prowokować ich i oddać to, czego chcieli. Brzmiało prosto, przynajmniej w teorii.
Problem polegał na tym, że nie była tu sama.
Perry siedziała przy stole, kilka regałów dalej, nieświadoma tego, co właśnie się wydarzyło. Mona miała ochotę się obejrzeć, choć i tak nie mogła zobaczyć przyjaciółki. Bała się, że Perry usłyszy coś niepokojącego i postanowi sprawdzić, co się dzieje. Nie chciała, żeby zobaczyła nóż albo próbowała jej pomóc, sama narażając się na niebezpieczeństwo. Najchętniej kazałaby jej zostać na miejscu, ale nie mogła nawet wypowiedzieć jej imienia.
Przełknęła ślinę, starając się opanować narastający niepokój. Nie miała pojęcia, jak powinna zachować się w takiej sytuacji. Wiedziała tylko, że musi uważać na każdy ruch i liczyć na to, że napastnicy zadowolą się tym, po co przyszli. A jeśli Perry usłyszy hałas? Jeśli zacznie jej szukać? Spokojnie, Mo.
Perry Wallace
Biblioteka nie była może wymarzonym miejscem na spędzanie popołudnia, ale w obecnych okolicznościach Mona doceniała nawet jej mniej oczywiste zalety. Przynajmniej tutaj panowała względna cisza, a kilka świec pozwalało rozłożyć notatki bez obawy, że wiatr porwie luźniejsze kartki. Wielodniowy blackout skutecznie pokrzyżował plany całemu Toronto, jednak uniwersytet nie zamierzał z tego powodu zawieszać wymagań. Podejrzewała, że nawet gdyby nad miastem pojawiła się kometa, ktoś i tak przypomniałby im o terminie oddania pracy zaliczeniowej.
— Zaraz wracam — rzuciła do Perry, podnosząc się od stołu. — Jeśli znajdziesz moje notatki z anatomii, nie czytaj ich na głos. Napisałam je jak w jakimś ciągu myślowym, są kompletnie bez sensu i do poprawienia…
Zabrała telefon, który od kilku godzin służył jej głównie za niezbyt przekonującą latarkę, i ruszyła między regały. Potrzebowała podręcznika, którego nie udało jej się znaleźć w materiałach elektronicznych. Dział, którego szukała, znajdował się bliżej wejścia, w spokojniejszej części biblioteki. Po drodze minęła puste stanowiska komputerowe i tablicę z informacją o ograniczonym dostępie do budynku
Przesuwała palcami po grzbietach książek, odczytując kolejne tytuły w przytłumionym świetle. Im więcej uczyła się weterynarii, tym wyraźniej dostrzegała, jak wiele pozostawało jeszcze do opanowania. Chciała jednak nie tylko zaliczać egzaminy, ale przede wszystkim rozumieć, co dzieje się z organizmem i jak rozpoznawać sygnały świadczące o problemie.
W końcu znalazła właściwy dział. Wysunęła jedną z książek, ale tytuł szybko rozwiał nadzieję, że tym razem udało jej się trafić na odpowiednią pozycję. Oczywiście. Byłoby zdecydowanie zbyt prosto, gdyby biblioteka postanowiła współpracować akurat wtedy, kiedy jej potrzebowała. Wspięła się na palce, zaglądając na wyższą półkę, i wtedy usłyszała kroki.
Początkowo nie zwróciła na nie uwagi. Ktoś mógł szukać wolnego miejsca albo kierować się do wyjścia. Dopiero gdy kroki zatrzymały się tuż za jej plecami, Mona opuściła rękę i odwróciła się, gotowa ustąpić przejścia. Zamiast zwyczajnego pytania zobaczyła dwóch obcych mężczyzn. Jeden stał na tyle blisko, że odruchowo cofnęła się o krok, drugi zaś zerknął w stronę głównego pomieszczenia, jakby sprawdzał, czy ktoś zwrócił na nich uwagę.
— Telefon i portfel — rzucił pierwszy, wyciągając rękę.
Mona przez chwilę patrzyła na niego bez zrozumienia. Jeszcze przed momentem zastanawiała się nad tytułem podręcznika, a teraz stała między regałami naprzeciwko dwóch nieznajomych, którzy zdecydowanie nie przyszli tu po książki.
— Słucham? — wyrwało jej się, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Mężczyzna zaklął i zrobił krok w jej stronę. Dopiero wtedy Mona zauważyła nóż w jego dłoni. Metal błysnął w świetle, a wszystkie myśli nagle się urwały. Poczuła chłód wzdłuż kręgosłupa i przeniosła wzrok z ostrza na twarz napastnika. Nie miała przy sobie niczego, co mogłoby posłużyć za rozsądną obronę. Telefon nie był bronią, a podręcznik weterynarii raczej nie rozwiązywał problemu.
— Nie każ mi powtarzać — warknął mężczyzna.
— Dobrze. Już — odpowiedziała szybko, unosząc wolną rękę w uspokajającym geście.
Dopiero teraz naprawdę dotarło do niej, co się dzieje. Napad. W uniwersyteckiej bibliotece, pośród podręczników i porozkładanych notatek, podczas zwyczajnego popołudnia, które miało upłynąć na nauce i narzekaniu na brak prądu. Serce zaczęło jej bić mocniej, a palce zacisnęły się na mankiecie bluzy. Musiała zachować spokój, nie prowokować ich i oddać to, czego chcieli. Brzmiało prosto, przynajmniej w teorii.
Problem polegał na tym, że nie była tu sama.
Perry siedziała przy stole, kilka regałów dalej, nieświadoma tego, co właśnie się wydarzyło. Mona miała ochotę się obejrzeć, choć i tak nie mogła zobaczyć przyjaciółki. Bała się, że Perry usłyszy coś niepokojącego i postanowi sprawdzić, co się dzieje. Nie chciała, żeby zobaczyła nóż albo próbowała jej pomóc, sama narażając się na niebezpieczeństwo. Najchętniej kazałaby jej zostać na miejscu, ale nie mogła nawet wypowiedzieć jej imienia.
Przełknęła ślinę, starając się opanować narastający niepokój. Nie miała pojęcia, jak powinna zachować się w takiej sytuacji. Wiedziała tylko, że musi uważać na każdy ruch i liczyć na to, że napastnicy zadowolą się tym, po co przyszli. A jeśli Perry usłyszy hałas? Jeśli zacznie jej szukać? Spokojnie, Mo.
Perry Wallace