I'm still a rockstar!
: czw paź 15, 2026 1:05 am
The Mod Club
so, so what?
I'm still a rockstar
I got my rock moves
and I don't need you!
I'm still a rockstar
I got my rock moves
and I don't need you!
Ostre światło z wnętrza lodówki uderzyło Effie po oczach o kilka sekund wcześniej, niż dojmująca pustka panująca na półkach. Zamknięty słoik keczupu z tymiankiem, mleko, podejrzanie spuchnięty kubeczek jogurtu, który prawdopodobnie rozwinął swój własny ekosystem pod wieczkiem, resztka chińszczyzny sprzed kilku dni i dopita do połowy butelka ginu… i tyle.
— Kurwa.
Przekleństwo opuściło jej usta bez zwykłej zaciekłości; Effie była po prostu zmęczona. Wyprostowała się i zamknęła lodówkę, kierując się ostatecznie ku czajnikowi. Długotrwałe diety nauczyły ją jednego — nie ma takiego głodu, którego nie zaspokoi naprawdę mocna kawa.
Pstryknięcie. Szum wody. Półmrok.
Kiedyś określiłaby go jako przyjemny — a teraz? Dużo jeszcze czasu musiało upłynąć, by znowu w ten sposób myślała.
Teraz wynikał bowiem z obecności we wszystkich oknach rolet antywłamaniowych, opuszczonych przez całą dobę. Drzwi wejściowe i boczne miały zmienione zamki, a dodatkowo pojawiły się w nich zasuwki i łańcuchy, by maksymalnie utrudnić ich potencjalne sforsowanie.
Prywatna firma ochroniarska była na wyciągnięcie jej ręki; wystarczyło kliknąć odpowiedni przycisk w aplikacji i mieli pojawić się w ciągu kilku minut. Dopiero po tych wszystkich zabiegach zabezpieczających i dokładnym sprawdzeniu domu Effie w ogóle była w stanie tutaj wrócić, a i tak nie czuła się w pełni bezpiecznie.
Niepokojącą ciszę zwykle zagłuszała muzyką. Zamykała oczy, gdy wydawało jej się, że zobaczyła coś dziwnego. Liczyła do trzech i zjawy zwykle znikały. W przytępianiu zmysłów bardzo pomagał też barek w salonie i sekretna skrytka w sypialni. Metodyczne uszczuplanie zapasów ginu, wódki i lżejszych alkoholi pomagało ukoić strach i zasnąć bez snów — ale tylko po to, by obudzić się w kałuży potu i z potwornym bólem głowy.
W pewnym momencie praktycznie przestała trzeźwieć; po to, by oszczędzić sobie kaca i ogólnej niewygody, jaką było funkcjonowanie na jawie.
Kolejne pstryknięcie oznajmiło zagotowanie wody.
Kroki Effie skierowały się jednak w pierwszej kolejności do barku. Likier o smaku słonego karmelu nie tylko wzbogacał smak kawy, ale i podtrzymywał łagodne upojenie, w które wprawiła się jeszcze poprzedniego wieczoru. Dolała do zabielonej chudym mlekiem kawy setkę, a po krótkim namyśle pociągnęła jeszcze łyk z butelki.
Dzwonek telefonu przykuł uwagę Effie dopiero po kilku sygnałach. W stronę blatu ruszyła powoli, jakby zdziwiona, że urządzenie wydaje jakiekolwiek dźwięki. Zanim sięgnęła po komórkę, ekran wygasił się, po czym zaczął bombardować ją powiadomieniami.
Spoiler

Viola (the mod)
kiciu blagam odbierz ten jebany telefon
to sprawa zycia i smierci
kurwa effie
oddzwon szybko
Wiadomość...
Effie nie zdążyła się namyślić nad tym, czy chce oddzwaniać, czy jednak udawać, że zmieniła numer telefonu i wyprowadziła się z kraju — komórka znowu się rozdzwoniła. Czekała cztery oddechy — ale tym razem Viola się uparła.
— Powiedz, że masz wolny wieczór! — W słuchawce rozległ się lekko zachrypnięty kobiecy głos.
— A jakieś, kurwa, dzień dobry, to już nie istnieje w dzisiejszych czasach? — oburzyła się Effie, ale był to od początku do końca element gry.
— To nie jest „dzień dobry”, skarbie, to jest, kurwa, dzień sądu, więc wybacz, że konwenansami wytarłam sobie dzisiaj dupę — odpaliła się kobieta po drugiej stronie. Między słowami słychać było szybkie, gwałtowne wdechy i krótkie, świszczące wydechy. Paliła. — To jak z tym wieczorem?
— To zależy. Czego chcesz? I przede wszystkim — co będę z tego miała?
— Pieniądze. Alkohol. Piguły. Brak konieczności tłumaczenia się z tego, że podpaliłaś garderobę petem. Co chcesz, kurwa, po prostu…
— Ty tak na serio, V? Dzwonisz do mnie z jakąś sprawą życia i śmierci, i wypominasz mi tego jebanego peta sprzed czterech lat? Pierdolę takie interesy, rozłączam się…
— Poczekaj!
Effie wcale nie zamierzała się rozłączać. Pieniądze, alkohol, narkotyki — brakowało tylko upojnej nocy w tym zestawieniu, by Viola wystrzelała się ze wszystkich opcji zapłaty. Temat musiał być naprawdę gruby.
— To mów w końcu, o co chodzi. Nie mam czasu na romantyczne wspominki ani odczytywanie piętnastu tysięcy dramatycznych smsów.
Cisza w słuchawce zapadła tylko na chwilę. Effie zdążyła wziąć dwa oddechy.
— Czy byłabyś w stanie w ciągu najbliższych sześciu godzin zebrać do kupy Killer Kittens?
Zaplecze The Mod pozbawione było wygód nieco większych sal koncertowych, w których Killer Kittens występowały w swoim najlepszym czasie, za to bez wątpienia posiadało swój niepowtarzalny charakter.
Niezidentyfikowane plamy na linoleum wyściełającym „garderobę”, odłażąca farba w łazience, całej pokrytej plakatami i naklejkami — łącznie z popękaną muszlą klozetową i umywalką. Zapach piwa, potu, zmieszanych ze sobą, tanich perfum i kurzu rozgrzanego żółtawym światłem reflektorów. Ten kurz był prawdopodobnie starszy od każdej z Killer Kittens, wżarty tak głęboko w ciemne kotary, że nawet pralnia chemiczna nie byłaby w stanie go wyciągnąć.
Zza kotary wychynął jeden z pracowników klubu, dźwigając coś, co przypominało czarne pudło. Postawił je na środku niewielkiej sceny i wziął się pod boki, patrząc na prawo i lewo.
— I gdzie ja mam ci niby, kurwa, wepchnąć ten wzmacniacz?!
— W pizdę sobie wsadź, jak będzie trzeba — odparła spokojnie Stella, pochylając się niewzruszenie nad walizką ze sprzętem. Obok niej, bezpośrednio na powycieranej podłodze ze sklejki, leżał otwarty laptop. — I zawołaj mi kogoś odpowiedzialnego za nagłośnienie w tym grajdole.
— A może, kurwa, trochę grzeczniej, co?!
— Tony — głos Violi przeciął powietrze szybko i ostro, zupełnie jak bat — zastanów się dwa razy, jak mówisz do moich artystów.
— Artystek — poprawiła ją perkusistka, Ginny, wydmuchując wielki różowy balon z gumy. — Feminatywy nie gryzą. No co?! — oburzyła się, kiedy pozostałe kociaki (oraz Viola) posłały jej groźne spojrzenia. — Jebać zinternalizowaną mizoginię!
— Jest na dobrym tropie, ale fajnie, jakby jeszcze rozumiała, co znaczą te słowa — mruknęła Effie, wdychając pachnącą wiśniami chmurę pary z elektryka, którego ćmiła Viola. — Ile zostało czasu?
— Pół godziny do otwarcia drzwi — rzuciła managerka. Wzrok miała rozbiegany, nerwowo kręciła na palcu długi, czarny lok, noga jej podrygiwała, generalnie widać było po niej, że ma równie wiele wiary w powodzenie ich dzisiejszej misji, co sama Effie — czyli nieco ponad poziom mułu.
— To nie tak źle — uznała blondynka. — Zdążymy zrobić soundcheck.
— Na pewno?
Do rozmowy wtrąciła się ostatnia z Killer Kittens, poprawiając pasek gitary na ramieniu. Effie przewróciła oczami, zanim odwróciła się w stronę przyjaciółki i posłała jej mordercze spojrzenie.
Andy najtrudniej było przekonać do tego spontanicznego występu. Według pozostałych — dlatego, że musiała porzucić plany na romantyczny weekend ze swoim facetem, chociaż sama zainteresowana utrzymywała, że po prostu żadna z nich nie była gotowa. Nie były rozegrane, nie były rozśpiewane, od roku nie miały wspólnego występu ani nawet jednej próby… i to wszystko były argumenty, które trafiłyby do trzeźwo myślącej Effie.
Natomiast Effie z co najmniej promilem alkoholu we krwi, zmęczona ciągłym ukrywaniem się we własnym domu i powoli wracająca do normalności po wydarzeniach sprzed trzech tygodni była przekonana, że zastąpienie zespołu, który w ostatniej chwili wystawił Violę, było doskonałym pomysłem i idealną okazją, by Killer Kittens przypomniały światu, jak ostre mają pazurki.
— Na pewno — potwierdziła Effie, zerkając przelotnie na Stellę. — O ile nasz naczelny nerd rozłoży się w końcu z syntezatorem.
— Potrzebuję tu jeszcze jakiegoś gniazdka — rzuciła Stella, jakby zupełnie nie usłyszała słów Effie.
— Nie ma tu gniazdka — zauważył Tony, który wciąż stał pośrodku sceny jak ostatnia miernota, którą zresztą był.
— Zauważyłam, jakby było, to bym go nie potrzebowała.
— Załatw jej jebany przedłużacz, kretynie! — ryknęła Viola, machając ręką tak gwałtownie, że wypadł jej z niej vape. Jak w zwolnionym tempie poleciał parabolą nad sceną i wylądował w pustym futerale na gitarę.
— Nieźle, V, rzut za trzy! — pochwaliła ją ze śmiechem Effie, robiąc kilka kroków w stronę futerału. Wyciągnęła zdobycz, zaciągnęła się i wypuściła gęsty obłok. — Dobre to gówno. Prawie jak stare wiśniowe cygaretki…
— Oddaj to, kurwa, bo bez nikotyny chyba kogoś zabiję.
— Przypomnę ci tylko, kto ratuje ci tę chudą dupę — mruknęła Effie, biorąc się za oporządzenie własnej gitary. Przerzuciła pasek przez bark, sprawdziła napięcie strun, precyzyjnymi ruchami poprawiła strojenie…
Od strony drzwi dobiegły odgłosy jakiegoś zamieszania. Podniesione głosy, jakieś trzaśnięcie drzwi, donośna odmowa stojącego przy wejściu bramkarza. Dziewczyny zajęte były kontrolą swoich instrumentów. Ginny robiła raban przy perkusji, najpierw sprawdzając werbel i talerze (zdecydowanie były na swoim miejscu i wydawały dźwięki), a dopiero potem oceniając stabilność i wygodę położenia całego zestawu.
— Co tam się, kurwa, dzieje? — wrzasnęła Viola, zeskakując ze sceny bez śladu wysiłku, jakby codziennie lądowała z wysokości prawie półtora metra na dziesięciocentymetrowych szpilkach.
— Jacyś psychofani chyba — odparł ochroniarz, a wtedy w krótkiej chwili względnej ciszy dało się słyszeć głos. Donośny, znajomy, przyjmujący w chwilach wielkiego wzburzenia wyraźnie wschodni akcent…
— Nie jesteśmy psychofanami, tylko znajomymi Effie!
— Jakiej, kurwa, Effie?
— Z Killer Kittens! Grają u was dzisiaj, jełopie z odżywką białkową zamiast mózgu!
— Chwila, przecież to Toxic Waste mieli…
— Hej, spoko! Wiem, co to za psychole — rzuciła Effie, odkładając gitarę i idąc w ślady Violi. Gruba platforma nieźle zamortyzowała upadek, ale kontuzjowana przed kilkoma tygodniami stopa i tak wciąż dawała jej się we znaki. Przeszła zgrabnie między skonfundowanymi ochroniarzami, zanim Viola zdążyła ich wszystkich oskórować za mentalne opóźnienie. — No wpuśćcie ich, na bogów! Obiecałam im backstage na każdym z moich koncertów.
— Effie, wycieczek krajoznawczych nie było w umowie — warknęła Viola, mierząc ją z góry groźnym spojrzeniem, ale Granger je wytrzymała. Ba, ledwo spojrzała na managerkę, bo oto przez wąski prześwit w drzwiach już przeciskał się wielki pąk rudych dredów, by zaraz pojawiła się za nimi i reszta Taissy.
— Przyszłaś! — Effie rzuciła się kobiecie na szyję z taką egzaltacją, jakby jedna z nich co najmniej wybrała się na dwadzieścia lat na front.
— Nie tylko ja. Zobacz, kogo przywlokłam ze sobą. Niektórzy okazali się… wyjątkowo oporni i niewspółpracujący, ale jest ze mną cały komplet.
Za Białorusinką przez drzwi przecisnęli się kolejno Aaron i Phil, obaj wyglądający tak, jak wyglądaliby czterdziestoletni tatusiowie na imprezie z motywem przewodnim „emosy z lat 2000” (Aaron nawet nałożył eyeliner!), a chwilę potem w szparze ukazał się perfekcyjny czarny bob, blada twarz i ciemne okulary Yonaki Levin.
— Też przyszłaś… przyszliście… — Effie pociągnęła nosem, całując chłopaków w oba policzki, a na samym końcu podchodząc do Yonaki. Zawahała się tylko przez ułamek sekundy, zanim alkohol, przedkoncertowa nerwówka i impuls zmusiły ją, by zostawić blady odcisk szminki również na policzku demonolożki. — Zamówcie sobie cokolwiek, ja stawiam. Odpiszesz mi z wynagrodzenia, co? — rzuciła do Violi, po czym raz jeszcze uradowana przesunęła wzrokiem po ekipie L.A.A.N.S. — Dobra, laski, zaczynamy soundcheck!
— A mamy w ogóle jakąś setlistę, czy będziemy grać w papier, kamień, nożyce przed każdą piosenką? — przytomnie zauważyła Andy.
— Yolo — rzuciła radośnie Effie, wdrapując się na podest.
— Aha. Czyli mamy przejebane.