Strona 1 z 1

you can't buy happines, but you can bake it!

: czw paź 15, 2026 8:20 pm
autor: Hana Nilsinger
baking seems to be the sweetest form of therapy

Jesień na dobre zadomowiła się w Toronto.
Dni stawały się coraz krótsze, wieczory — dłuższe i chłodniejsze, a ciągłe przerwy w dostawach prądu zdawały się wydłużać je jeszcze bardziej. Nawet Hana, zwykle tonąca przecież w pracy od rana do wieczora, znajdowała czas na posiedzenie z książką — chociaż często musiała czytać przy świetle świec.
Tego wczesnego popołudnia miała jednak inne plany na swój czas wolny. Prąd póki co działał — apartamentowiec, w którym mieszkali z Natem, miał niezależny agregat, chociaż w ostatnich tygodniach i to nie zawsze było wystarczające. Również awaryjne systemy zasilania się poddawały, kiedy zbyt wiele osób próbowało skorzystać i naładować sobie sprzęty lub ugotować normalny posiłek. Hana liczyła jednak, że większość korposzczurów, z którymi dzieliła miejsce zamieszkania, nie wróciło jeszcze do domu — a ona korzystała z niskiego sezonu w swojej branży i mniejszej ilości zleceń.
Zamysł był całkiem prosty — upiec pierwsze prawdziwe ciasto tej jesieni i poplotkować z przyjaciółką. Niby niewiele, ale Hana od tak dawna nie miała możliwości, by spotkać się z Cassie, że prawie zapomniała, jak ta wygląda. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że prąd będzie na tyle długo, by ciasto faktycznie zdążyło się upiec.
— Mam dla ciebie okropną wiadomość — powiedziała do słuchawki, gdy tylko rozdzwonił się wideofon — przez te wszystkie awarie wyłączono windy. Musisz wejść schodami.
To naprawdę była okropna wiadomość, bo mieszkanie Nate’a i Hany znajdowało się na dziesiątym piętrze. Cassie pomachała do kamery wielką torbą, w której prawdopodobnie miała jakieś dwa kilo jabłek na ich planowaną szarlotkę, ale nie miała zbyt dużego wyboru.
Kilka minut później rozległ się dzwonek do drzwi, a mogło to znaczyć tylko jedno — Cass jakoś przeżyła tę wspinaczkę.
— Jak dobrze cię widzieć! — Hana od razu rzuciła się zmachanej przyjaciółce na szyję, wycałowała ją w oba poliki i zabrała od niej ciężką torbę. — Zastanawiam się, kiedy wszystko wróci do normalności. Musimy być z tym ciastem naprawdę szybkie i nie marnować prądu — zastrzegła Hana, idąc w stronę kuchni — bo inaczej agregat po prostu nie wyrobi i chyba będziemy chuchać na to ciasto, żeby się upiekło.

cassie 🍰

you can't buy happines, but you can bake it!

: pt paź 16, 2026 5:55 am
autor: Cassandra Wildbird
Kochała jesień - tak po prostu, tak zwyczajnie. Lubila panujaca na okolo atmosfere, kolorowe liście klonu spadające na ziemie, zapach cynamonu zmieszanego z imbirem oraz kardamonem oraz możliwość noszenia swetrów. W tym wszystkim nie przeszkadzała jej nawet pogoda, która zmieniała się niczym w kalejdoskopie - raz było gorąco jak cholera, by zaraz zalać biednych ludzi ścianą deszczu. Zdążyła przywyknąć, ze ta kanadyjska potrafiła płatać figle, zwłaszcza w takim okresie, jak ten.
Na jej nastrój nie mialy wplywu również przerwy w dostawie prądu. Co prawda w księgarni musieli korzystać już z zamienników w postaci świec czy latarni, bo niestety energi z agregatorów była potrzebna do kasy fiskalnej, ale Cassie dostrzegała w tym piękno - te wszystkie cienie, które skakały po książkach równo ułożonych na półkach czy stolikach! Gdyby to od niej zależało zawsze właśnie tak prowadziłaby sklep. Niestety, wiele osób narzekało, ze nie mogło znaleźć odpowiedniej pozycji i nie pomogło nawet to, ze rudowłosa ich w tym wyręczała. Nic dziwnego, ze sprzedaz spadla - ostatecznie ludzie też nie chcieli czytać po ciemku, woląc oszczędzać oczy i zajmując się innymi, pozornie ważniejszymi sprawami.
Z tego powodu wiolonczelistka miała znacznie więcej wolnego czasu niż do tej pory - ostatecznie godziny jej pracy w księgarni zostały zmniejszone, a próby Orkiestry również ograniczone, co skutkowało posiadaniem większej ilości chwil dla przyjaciół, z którymi nie widywała się tak często, jakby chciała.
Nic dziwnego, ze propozycja spotkania z Haną przyjęła z wielkim entuzjazmem. Nie widziała się z nią dawno, to raz, a po drugie Redbird nie trzeba było namawiać specjalnie do czegokolwiek, zwłaszcza, jeśli na horyzoncie pojawiała się nuda, której tak nie lubiła.
-A później się dziwić, że tyłek mam znacznie bardziej wyćwiczony i wyrośnięty, niż cycki - westchnęła, pokonując kolejne stopnie. Gdyby nie to, ze lubia sport już teraz spociłaby się jak świnia, przeklinając wszystko i wszystkich. Szkoda tylko, ze takim spacerem nie mogła sobie wyrobić klatki piersiowej, żeby chociaż poudawać, ze nie była płaska.- Hana, ty koniecznie następnym razem musisz mi zrzucić swoj piekny warkocz, żebym mogla się wspiąć niczym Roszpunka z Zaplątanych, dobrze? - sapnela. Oddala dziewczynie reklamówkę, która z każdym wcześniejszym stopniem ciążyła jej coraz bardziej i rozmasowała dłonie.
-Kochana, ty się o nic nie martw! Patrz co nam wzięłam! - powiedziala z duma, wyciagajac dwa przenośne grille z plecaka! Nie straszny im będzie brak pradu. - A dodatkowo mam kilka świeczek, dwie latarki, line, gaz na niedźwiedzie i mnóstwo zapałek. A i nawet dwie zapalniczki - skomentowała wysypując wszystko na ziemie. Udała się zaraz do kuchni razem z gospodynią, zabierając się za mycie jabłek. - Czy twój alarm przeciwpożarowy działa?

Hana

you can't buy happines, but you can bake it!

: czw paź 22, 2026 10:00 pm
autor: Hana Nilsinger
Warkocz Hany mógłby nie być najlepszym pomysłem do wspinaczki, biorąc pod uwagę, że jej włosy sięgały zaledwie do brody, ale postanowiła nie psuć zamysłu przyjaciółki. Wzmianka o grillu trochę ją zaniepokoiła, podobnie zresztą gaz na niedźwiedzie.
— Ten gaz na niedźwiedzie to na mnie? — zażartowała, wyjmując pozostałe składniki, które niedługo im się przydadzą. Mąka, cukier, jajka i masło niedługo wylądowały na blacie, a Hana zabrała się za obieranie umytych już owoców. Nawet to lubiła — zawsze starała się, by skórka była w jednym długim kawałku. Jabłka były całkiem ładne, więc uznała, że może później bez strachu zrobić z obierków rozgrzewającą herbatkę. — Co do alarmu, to wiesz… jest elektroniczny. Póki mamy prąd, to raczej nie rozpalałabym grilla. Prawdę mówiąc, Cass — dodała ostrożnie, wiedząc doskonale, że dziewczyna miewa naprawdę szalone pomysły — to wcale bym go nie rozpalała. Mieszkanie nie jest ubezpieczone od pożaru wywołanego nieodpowiedzialnym grillowaniem!
Póki co miały do dyspozycji piekarnik i Hana była zdania, że powinny z niego skorzystać. To jednak nie oznaczało, że będą prądu nadużywać. Słońce wisiało już dosyć nisko — październikowe dni były już naprawdę krótkie — ale wciąż było widać, co się robi. A kiedy dzienne światło się skończy, to dziewczyny miały zapas świeczek.
W takich momentach Hana bardzo doceniała rzeczy, które na co dzień uważała za zwykłe i oczywiste. Możliwość zapalenia światła, gdy robiło się ciemno, podłączenia głośnika, ugotowania obiadu na kuchence czy odpalenia serialu w tle nagle stała się luksusem. W każdej chwili mogło też braknąć energii, by upiec to ciasto… ciekawe, czy ostatecznie będą musiały użyć grilla na balkonie.
— Jak w sumie wyobrażasz sobie to grillowanie szarlotki? — spytała z rozbawieniem, kiedy wszystkie jabłka były już umyte, obrane i czekały tylko na ostre starcie — hehe — z tarką. — No i przede wszystkim w tym twoim planie chyba zabrakło paliwa. Wybacz, Cass, ale nie możemy podtrzymać ognia moimi katalogami ślubnymi ani drewnianymi figurkami. Ojciec Nate’a przywiózł je z Nepalu.
Na moment zamyśliła się, patrząc w stronę wspomnianych ozdób. Hana nie znosiła tych figurek, ale Nate uparł się, że muszą stać na widoku; ostatecznie były prezentem od ojca i za każdym razem, gdy jego rodzice byli u nich na obiedzie, z dumą przypominał związane z nimi anegdotki. Westchnęła nieco ciężej, zanim wróciła do roboty przy cieście.

Cassie 🍰

you can't buy happines, but you can bake it!

: pn paź 26, 2026 1:24 am
autor: Cassandra Wildbird
Wyobraźnia Cassandry z pewnością dla wielu osób była nie do ogarnięcia, a dla zagorzałych fanów psychologii mogłaby posłuzyć jako idealne podłoże do jakiegoś chorego badania zachowań ludzkich. Wielokrotnie przekonała się, że nie każdy potrafił za nią nadążyć i nie każdy w ogóle rozumiał, co miała na myśli, kiedy pokazywała przedmiot, którego użycie było dla niej oczywiste, a jednak tak bardzo sprzeczne z założeniem twórców. Z Haną było podobnie, ale rudowłosej nigdy to nie przeszkadzało głównie dlatego, że przyjaciółka ją tolerowała - ją i wszelkie jej dziwactwa, których miała pokaźny zasób.
-Powinnyśmy sprawdzić, która z nas będzie miała najdłuższą skórkę jabłka. Podobno w jakimś kraju są przesądy z tym związane, ale nie pamiętam w jakim - stwierdziła, pomagając przy jabłkach, które tak smacznie pachniały. gdyby nie wiedziała, że były potrzebne do szarlotki, zapewne już teraz zaczęłaby je wcinać niczym jakiś zwierz.
-To całkiem proste, wiesz? Zbudujemy taki fajny szkielet, dzięki któremu podniesiemy trochę kratkę grilla. Na niej postawimy blaszkę z ciastem, a na tacy grilla rozpalimy niewielkie ognisko, żeby nam się fajnie piekło. Bo chyba nie można rozpalać ogniska w piekarniku, chociaż tam i tak pali się ogień, więc co za różnica - stwierdziła, jakby jej plan był najbardziej oczywisty na świecie. Jasne, że to miało sens, a jeśli tylko w głowie Wildbird to już trudno. Miała dobre chęci, bo trzeba było przygotować się na każdą możliwość związaną z brakiem prądu.
Sięgnęła po tarkę, zaczynając znęcanie się nad jabłkami. Całkiem przyjemne i relaksujące zajęcie, szkoda, że nie potrafiła piec tak dobrze, jak Hana, która zdawała się być obeznana w czynnościach, które wykonywała, by z prostych składników zrobić ciasto. Cassie to pewnie pięć razy coś by zepsuła, a na koniec mieszkanie podpaliła. Jak ostatnio, ale o tym może lepiej nie wspominać.
-Mam trochę gazet. Poza tym pewnie też masz jakieś niepotrzebne ulotki! A jak nie ty, to twoi sąsiedzi - stwierdziła, wsypując do jabłek trochę cukru (tyle, że pewnie człowiek mógłby dostać cukrzycy) oraz cynamonu. - Co jeszcze powinnam tu dać? Może trochę chilli? Będzie szarlotka rozgrzewająca! Lubisz ostre? - zerknęła na dziewczynę, która właśnie wałkowała piękny ciasto.

Hana