Strona 1 z 1

you, again?

: czw paź 15, 2026 9:21 pm
autor: primrose halley
001. | outfit

Zdecydowanie to był cholernie długi dzień.
Zbyt długi jak na to, jak miał się zapowiadać.
To miały być szybkie dwie sprawy, żeby prędko wrócić do domu i mieć wolny weekend, którego tak mocno potrzebowała. Tylko ona, dobry serial, jakieś fajne jedzenie zamówione z chińskiej knajpki - pewnie znów klasycznie biorąc kurczaka w cieście kokosowym z zasmażanym makaronem, ale przecież kto jej tego zabroni? Do tego ciepły kocyk, może herbata z plasterkami suszonej pomarańczy lub kieliszek dobrego, czerwonego wina. Nie wiedziała co tak naprawdę by bardziej odpowiadało pod nastrój, jaki by sobie stworzyła. Zresztą, nieważne co by to miało być ostatecznie, bowiem zwyczajnie spędziłaby dwa dni z rzędu tylko i wyłącznie w domu - w końcu.
Zamiast jednak mieć szybki piątek z perfekcyjnie zwieńczonym fajrantem, dostała szybką lekcję na to, aby nie zapominać iż druga strona czasem też potrafi znaleźć jakieś dobre argumenty. I chociaż pierwszą sprawę ostatecznie dało się wybronić, mając zwycięstwo po swojej stronie, tak tą drugą niestety straciła, kończąc dzień z wynikiem 1:1.
Ta druga jedynka - związana z przegraną - bolała znacznie bardziej, niż radowała zwycięska. Przegrała w końcu z tym wielce wspaniałym prokuratorem Maxwellem Fraserem, który coraz cześciej zachodził jej za skórę. Który samym faktem swojej obecności w jej pobliżu zaczynał drażnić bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, bo niestety nie zna go odkąd została zatrudniona w sądzie. Uprzednio wykazywał się irytującym zachowaniem w jej kierunku - gdzie na szczęście ma znacznie mądrzejszą siostrę i Prim z nią posiada świetny kontakt - tak teraz jeszcze mocniej dokazywał, z nie wiadomo nawet jakiego powodu. I nie, nie planowała dowiadywać się, co nim kieruje; mógłby odebrać to jeszcze w zły sposób, stwierdzając że interesuje ją jego osoba, a tak zdecydowanie nie jest.
Powróciła do swojego biura po skończonej rozprawie, zbierając potrzebne dokumenty do wykonania papierkowej roboty w domu, gdyby uznała że jednak potrzebuje zająć się czymś związanym z pracą. Po upewnieniu się że zostawiła po sobie porządek, żeby w poniedziałek pojawić się ze świeżą głową do schludnego miejsca, skierowała się do łazienki aby przede wszystkim móc się odświeżyć. Przy okazji poprawiła odrobinę makijaż, sprawdziła czy nigdzie się nie ubrudziła w trakcie południowego lunchu, by następująco skierować stukot swoich obcasów w kierunku wind prowadzących na dół gmachu sądowego.
Wiedziała jak w piątek potrafią być oblegane windy i jak czasem długo czeka się na to, aby schemat przejazdów w końcu trafił na odpowiednie piętro. Nie mogła więc pozwolić na to, aby drzwi zsunęły się tuż przed jej nosem, pewnie parę minut musząc czekać na kolejną taką okazję. Gdy tylko wyszła z łazienki, prędko podbiegła w kierunku dźwigu i torebką zablokowała przesuwny ruch kabiny, mając szansę na dostanie się do środka. Usatysfakcjonowana tą malutką wygraną, pewnie wkroczyła do wnętrza, dopiero po chwili orientując się kto - jako jedyny - znajdował się tu wcześniej. — Ja pierdole, ja to mam szczęście — wymruczała pod nosem, nie krępując się w tym, żeby dotarło to do jego uszu. Poprawiła na koniec płaszcz, upewniła się czy zmierzają wspólnie na dół budynku, by następnie wyprostować się i patrząc w kompletnie inną stronę, żeby tylko nie dać mu powodów do zagadnięcia. No bo jak będzie go ignorować, a nawet udawać że go nie widzi, to naprawdę tak będzie, prawda?


Maxwell Fraser

you, again?

: ndz paź 18, 2026 1:51 am
autor: Maxwell Fraser
01. | outfit


Poczucie nieubłaganie płynącego czasu zdawało się wytyczać kierunek postępowania w dniu dzisiejszym, tracąc na ostrości; odhaczał, kolejne podpunkty z wytyczonej listy zadań, jakimi miał poświęcić uwagę przed nastaniem weekendu, ten nie zwalniał go z obowiązków – żadną miarą; nie był motywem do planowanego relaksu, jaki mógłby spędzić z bliskimi w przyjemnej otoczce rozleniwionego zapomnienia od ciążących na duszy sprawach, które dniem i nocą prześladowały, były niczym namolne zjawy pełzająca za nim, nawet na krok nie odpuszczając. Poczucie obowiązku było szczytne u ludzi na jego pozycji i zdecydowanie zasługiwało na premię, lecz kiedy kompas moralny uderzał w czułe struny sumienia, bez chwili wahania potrafił odrzucić kuszący motyw relaksu na rzecz powrotu do urzędowej rzeczywistości, jaka stanowiła nieodłączną część jego osoby, to ona wytyczała rytm doby i stanowiła próg weryfikacji dla znajomości, które mogły okazać się wyłącznie nietrafionymi wyborami, bo nigdy nie znikał bez powodu, zawsze tłumacząc swoje pobudki w słowach stonowanych, ale kulturalnych. I chociaż wiele kontaktów z dawnymi przyjaciółmi ze studiów musiał usunąć na przestrzeni lat, tak garstka, tych ocalałych cieszyła się jego zaufaniem.
Wygrana sprawa, jaką doprowadził do końca, była – przyznawał, miłą pokusą do przemodelowania planów na sobotni wieczór. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz wychodził gdzieś z przyjaciółmi, a od kilku dni na wspólnej grupie, był atakowany o wyjście z pieczary, jaką była w interpretacji jego kumpli praca, dla jakiej potrafił ich przekładać, niczym zalegające na „kupce wstydu” książki. Tak, aby, codzienne spoglądanie w ich kierunku nie wywoływało zasadniczych wyrzutów sumienia. Gryzł się, nieco z tym pomysłem, bo bilard i zimne piwo stanowiły, zawsze dobry motyw do odreagowania tygodni stresu. Czy jednak zasługiwał na ten luksus? Westchnął, wyglądają przez przeszkloną ścianę biura to, co obserwował, ta armia ludzi pracujących w swych boksach, bez choćby cienia satysfakcji przypominała pranie mózgu i zatracanie życia na rzecz premii przy pasku z wypłatą – sam nie był od nich lepszy, gdy był w ich wieku. Teraz jednak również niewiele się zmieniło i to pojawiało się zasadnicze pytanie; kiedy zabawi się życiem?
Los ciskał go od sprawy do sprawy.
Rozwiązywał przy tym dziesiątki problemów; częstokroć siedząc po godzinach i kompletując materiał dowodowy, układał schematy działań i wyznacza zadania. Bywał znużony, miewał momenty, gdy w czasie pracy potrzebował chwili wyłącznie dla własnych myśli, a raczej ich braku. To odmóżdżenie bywało zbawienne i czasami działało lepiej niż mocna kawa. Wówczas wychodził na dach nowoczesnego budynku i oddychał pełną piersią, wyczuwając w powietrzu ciche, acz miarowe tętno miasta, to nigdy nie zapadało w sen, zawsze czujne, przez co wymagało nieustannego skupienia.
Segregując dokumenty i pakując teczkę, podjął decyzję, ta była zdecydowana i pewna. A kiedy narzucał na ramiona płaszcz, wziął po raz ostatni do rąk telefon, aby obejrzeć powiadomienia i sprawdzić godzinę. Zamierzał wrócić do domu z pracą, i tam w przytulnym gabinecie z kubkiem gorącej herbaty i poczuciem swobody, jakiej nawet nie odczuwał we własnym biurze, zamierzał uzupełnić notatki służbowe, tak aby wygospodarować kolejny dzień na słuszny odpoczynek.
Zamknął za sobą szklane drzwi i nim się obejrzał był już windzie.
— Łacina cię nie opuszcza — mruknął, odrobinę zaczepnie szczerze rozbawiony w duchu jej reakcją. Samo to spotkanie, było kapryśnym uśmiechem losu, który zdecydowanie grał na niekorzyść Halley. — Porażki budują charakter, może twój wyrośnie w końcu z fundamentów? — mówił; spokojnym, miarowym głosem, o ciepłym zabarwieniu i delikatnej nucie rozbawienia, która jarzyła się w orzechowych oczach, tak jakby, wcale nie zależało mu na tym, aby dodatkowo zdołować drogą koleżankę. Przecież robiła, co mogła, aby wygrać, prawda?
— A może stęskniłaś się za moim towarzystwem?


primrose halley

you, again?

: ndz paź 18, 2026 1:37 pm
autor: primrose halley
Myślała, że dzisiejszy dzień już nie będzie dla niej dodatkowym rollercoasterem uczuć i - a raczej przede wszystkim - zdenerwowania. Miała zwyczajnie wsiąść do windy, zjechać na sam dół budynku, po czym znaleźć się w aucie, skierować początkowo do sklepu po konkretniejsze zakupy, by ostatecznie nie wychodzić już nigdzie z domu, aż do poniedziałkowego poranka.
Plan był, na to się zapowiadało, całkiem prosty, nieskomplikowany, łatwy do zrealizowania, łatwy do wprowadzenia w życie.
Szkoda tylko, że los z niej kompletnie zadrwił, nie dając jej zapomnieć chociaż na te ułamki sekund przebywania w gmachu sądu o tym, iż znajdowała się w miejscu pracy z tym samym człowiekiem, z którym niezbyt się lubili. A na pewno z jej strony - czując głównie irytację do tego mężczyzny, nie mając pojęcia jak mogła chociażby jej mama go lubić i uważać, że to taki wspaniały, ciepły człowiek. Sądziła tak, bo nie znała tego prawdziwego Maxwella Frasera, o czym Primrose miała niejednokrotnie okazję się przekonać.
Ale tak - los z niej kompletnie zakpił. Wyśmiał wręcz jej perspektywę spokojnego wyjścia z budynku, podrzucając jej chwilę, w której musiała dzielić kabinę z tym samym mężczyzną, z jakim całkiem niedawno musiała zmierzyć się w sali sądowej, ostatecznie i po wielu wysiłkach tą sprawę przegrywając. Przymknęła na moment oczy, wzięła głęboki wdech oraz przesunęła koniuszkiem języka po wardze, chcąc się uspokoić i nie dać jakkolwiek sprowokować. Dlatego po wejściu do środka stanęła od niego znacznie dalej, najdalej jak się tylko dało w tej ciasnej przestrzeni, udając że go nie zna, nie widzi, że on po prostu nie istnieje w obecnej sekundzie. Tak było łatwiej.
Było - bowiem odezwał się, nie będąc do tego zapraszanym. Przyprawiając o kolejną dawkę irytacji wzrastającej na nowo u Halley.
— Ty za to wciąż odzywasz się wtedy, kiedy nie jesteś o to proszony — odezwała się, chociaż wciąż nie skupiła na nim swojego spojrzenia, nie dając mu tej satysfakcji z faktu, że zwróciła na niego całą swoją uwagę. Jeszcze tego brakowało, żeby miała mu na koniec dnia poprawiać humor w taki sposób. Kolejne jednak słowa sprawiły, że aż uniosła jedną z jej brwi, próbując zrozumieć czy to naprawdę mówił do niej, obok niej i czy w ogóle miał na myśli jej osobę. Kto wie, czy przypadkiem nie przywidziało mu się, iż rozmawia z kimś innym - z kimś, kto rzeczywiście miał problem z przegrywaniem. I co prawda, nie lubiła nigdy kończyć swoich spraw z takim wynikiem, to jednak nie należała do takiego typu człowieka, który wszystko i wszystkich obwinia za swoją porażkę, prócz samej siebie. — Szkoda, że Ty dzięki swoim porażkom nadal nie uszlachetniłeś paskudnego charakteru, może byłbyś dzięki temu nieco milszy dla innych — odparła spokojnie, nie dając się wyprowadzić jakkolwiek z równowagi. Nie chcąc mu dać krztyny radości z faktu, że dała się podejść i ponownie zdenerwować na jego osobę. A zarazem, to że jest prokuratorem w tym samym sądzie, w jakim pracuje, nie znaczyło iż miała zamiar siedzieć cicho i wszystko przyjmować bez skomentowania. Po co miała sprawiać pozory bycia kimś innym? Czy to by cokolwiek zmieniło? Szczerze - wątpiła.
— Jak się za czymś tęskni, to za czymś przyjemnym. Twoje towarzystwo tym czymś zdecydowanie nie jest — odpowiedziała z lekkim uśmiechem na ustach, ale nie w ramach przyjacielskiego sporu słownego, a zwyczajnego udowodnienia iż jego słabe teksty na nią nie działają i nie miała zamiaru dłużej w takiego typu pyskówkę się z nim wdawać. Nie mogła przecież dopuścić, aby upaść do jego poziomu, bowiem upadek ten byłby mocno bolesny. — Za to jestem w stanie uwierzyć, że Ty stęskniłeś się za moim, a raczej za tymi nieudolnymi próbami udowodnienia mi, że jesteś w czymś lepszy. Gdyby było inaczej, nie zagadałbyś tylko w ciszy pozwoliłbyś nam obojgu zjechać na dół i rozejść się bez słowa — skwitowała, na chwile obrzucając go spojrzeniem - przesuwając chwilę tęczówkami po jego garniturze oraz płaszczu, upewniając się tym samym że i on na dziś zakończył swą służbę. A to dziwne, sądziła że on tutaj nocuje; odnosząc wrażenie że on nie interesuje się czymkolwiek innym w życiu, prócz pracą. Zupełnie jakby sama wcale nie robiła podobnie.


Maxwell Fraser

you, again?

: ndz paź 18, 2026 3:27 pm
autor: Maxwell Fraser
Zarzewie rozbawienia kształtuje się na ustach prokuratora, wyczuwając napięcie, jakie zapanowało między nimi od momentu, gdy wpadła do windy. Jego czujne spojrzenie prześlizgnęło się po ciele – smukłym, lecz jednocześnie niepozbawionym krągłości, będącym zdecydowaniem argumentem przemawiającym za jej atrakcyjnością, której wszak, nigdy kobiecie nie odmawiał, a znał ją od lat nastoletnich. I może stąd, zawsze brała się w nim ta irytująca z czasem złośliwość wypływająca w słowach, gestach, czasem nawet w czynach. Lubił badać jej reakcje; studiować gamę dźwięków i przewidywać zachowania szczególnie w tym buntowniczym okresie. Mogła odczuć jego nieprzyjemne komentarze, znacznie regularniej, a później to wszystko zanikło w tym starym nieładzie.
W jego głowie obraz Primrose Halley, miał dwa zasadnicze etapy; pomijając prolog ich historii, mógł śmiało powiedzieć, że jako młody dzieciak, był wobec niej okrutny, lecz jako dorosły ta niechęć w pewnym sensie dojrzała, tym samym stając się znacznie bardziej wyrafinowaną gierką na domysły, spojrzenia i półsłówka. Bawiło go to, jak swoją osobą potrafił wpłynąć na jej humor, nawet jeśli nie robił niczego złego, a zwykle tak właśnie było, to jednak Prim przypisywała mu wszelkie zło tego świata, jakby to, że jako nastolatek, dość głupio i lekkomyślnie drwił z jej falujących włosów lub piegów, mogło przekreślić go w dorosłym życiu, jako człowieka innego, dojrzalszego i znacznie bardziej wyrafinowanego w docinkach.
Uśmiech wypłynął na pełne usta; odznaczył się iskierkami rozbawienia w orzechowych oczach, a dłonią poprawił okulary, których z rozpędu zapomniał zdjąć przed wyjściem z biura.
— Och, czyli muszę prosić o prawo głosu w twojej obecności? — zadrwił, acz był jednocześnie szczerze rozbawiony tekstami, które wypływały z ust czarnowłosej. Podobały mu się te odzywki, nawet jeśli mimowolnie przywodziły na myśl rozmowę z rozkapryszoną księżniczką, która zdecydowanie za długo kiblowała w samotnej wieży, stając się zrzędliwa, marudna i podejrzliwa pod każdym względem. Szedł o każdy zakład, że gdyby nawet w słoneczny piękny dzień, gdy życie wita ją miłymi akcentami ze wszystkich stron, dostałaby niezapowiedziany komplement z jego ust, to nagłe skrzywienie odmalowałoby się na jej klasycznie urodziwym obliczu i na chwil kilka przesłoniło pozytywną aurę dnia burzowymi chmurami.
Uwielbiał to.
— Dla innych jestem i owszem miły, a dla Ciebie? Hmm…gdybym, choć przez pięć minut, był sobą, to i tak nie uwierzyłabyś w żadne ze słów, jakie wówczas bym powiedział — z miejsca określając, to mianem pułapki lub innego podstępu, mającego na celu zabawienie się jej kosztem. — Czy to nie smutne żyć nieustannie w takiej niechęci do drugiego człowieka? — zapytał z ciekawości; studiując wyraz jej twarzy. Była, jeśli tego chciała zajmującą towarzyszką rozmów, nawet jeśli nie z nim, to przy nim. Miewał liczne okazje na przestrzeni lat, aby się o tym przekonać. Potrafiła czarować niegorzej od niego, a jednocześnie za każdym razem wykazywała w sobie ten pierwiastek ciepła, który przyciągał, nawet jego.
— Wygrałem, ty przegrałaś. To fakty. Wchodząc do windy, dość wymownie zareagowałaś na moją osobę, co również było bardzo dojrzałe, jak na kogoś, kto poniósł klęskę. — Jego rzeczowy ton, był ciepły, wręcz miły, a mówił to wszystko, bez grama szyderczego uśmiechu, ten i owszem, mógł w każdej chwili wypłynąć na jego oblicze, ale nie w tym akurat momencie.
— Co ciekawe, bo wyłącznie do mnie jesteś tak bezwstydnie szczera. Ludzi, których ledwie tolerujesz, a wręcz jawnie nimi gardzisz, potrafisz zamykać w bańce utartych zdań i frazesów, bez nadmiernej ekscytacji prowadząc rozmowę, a ja? — zdjął okulary do wyciągniętego z teczki etui i schował je ostrożnie. Po czym wyprostował się patrząc najpierw na kobietę, a następnie na liczby przemykające na cyfrowym ekranie widny.
— A ja za każdym razem wywołuje w tobie takie żywe reakcje, to całkiem miłe, przyznaje — uśmiechnął się, i wrócił do Prim spojrzeniem, to osiadło na kobiecie wymownie.


primrose halley

you, again?

: ndz paź 18, 2026 6:23 pm
autor: primrose halley
Zdecydowanie to był mocno pechowy dzień; liczyła że po wyjściu z sądu będzie już znacznie lepiej jej dzień przebiegał, a Primrose odpocznie - tak faktycznie, namacalnie odczuwając spokój oraz możliwą błogość, bo nikt niczego od niej nie będzie potrzebował. Nie, żeby nie lubiła swojej pracy, bo przecież kochała ją ponad wszystko, niemniej każdy wymagał takiego zresetowania się, nie odbierania telefonu oraz nie biegania z miejsca na miejsce, żeby znaleźć to, co było jej potrzebne do przeprowadzenia sprawy i znalezienia niezbędnych, odpowiednich dowodów skazujących czy uniewinniających. Póki co jednak - musiała przebrnąć przez tą jeszcze chwilę, związaną z towarzystwem jakie posiadała w windzie, bo przecież Maxwell nie potrafił utrzymać języka za zębami i nie odezwać się; pewnie gdyby to zrobił, udusiłby się i jeszcze musiałaby go ratować, żeby samej nie zostać obwinioną za nieudzielenie pomocy osobie w obliczu zagrożenia życia.
Zapytanie mężczyzny, pomimo tej całej niechęci z prowadzenia rozmowy z nim, nieco ją rozbawiło, że aż pod nosem, przebiegł jej delikatny cień uśmiechu. — Jak na rzekomego dżentelmena, na jakiego próbujesz się podawać, to tak — odparła bez zastanowienia, nie mając zamiaru powiedzieć inaczej i nie pozwalając na to, aby pomyślał iż się rozmyśliła ze swojej poprzedniej myśli. Gdyby chodziło jeszcze o kogoś innego, to może by miała takie rozważanie. Nie jednak jeśli chodziło o Frasera. W jej opinii - kompletnie na to nie zasługiwał, po tym jak odkąd tylko pamięta, nie wykazywał się choćby krztyną zrozumienia w jej kierunku, ciągle kierując jakieś nieprzychylne komentarze w odniesieniu do jej osoby - jej, nigdy nikogo innego.
— Oczywiście, że nie uwierzyłabym. Bo żadne z nich nie byłoby prawdziwe — odparła z pewnością w głosie, będąc co do tego bardziej niż pewna, nie spodziewając się żeby akurat w tej kwestii miałaby się mylić - i żeby w ogóle Maxwella było stać na jakiekolwiek pozytywne słowa w związku z jej osobą. Co jak co, ale nigdy się tym nie wykazywał, to czemu miałby dla jakiegoś testu zrobić to? Bo coś miałby przez parę sekund, kompletnie w sztuczny sposób, udowodnić? Dobre! — Wiesz, dobre pytanie. Jak to jest? — odbiła piłeczkę, bo w końcu to on zapoczątkował to niechętne podejście do Halley, nie odwrotnie. Początkowo, gdy się poznawali, próbowała się z nim polubić, a to on ją odpychał jak bardziej się tylko dało; stąd pojawienie się opryskliwości od Primrose, nie znając od tamtej pory innej metody na prowadzenie z nim jakiejś konwersacji.
— Reagowanie nie było zachętą do dalszej rozmowy. Tak przypadkiem wypsnęło mi się na głos, Tobie się nie zdarzyło? — zapytała kompletnie szczerze i nie w szyderczy sposób, zupełnie podobnie do niego, aby nie pomyślał sobie iż ma zamiar wykazywać się złością, skoro on niczego takiego nie robi w jej kierunku i raczej na razie nie planował tego robić, o dziwo. — Zresztą, czy powiedziałam konkretnie „Ja pierdole, znowu Maxwell Fraser, ja to mam szczęście”? Nie możesz zawsze zakładać, że gdy coś mówię, to od razu mówię o Tobie. Nie wszystko się kręci wokół Ciebie — dodała, poprawiając włosy do tyłu i znów wzdychając ciężko. Dziś naprawdę ten dzień ją wymęczył - teraz odczuwając przez tą rozmowę jeszcze dobitniej ten fakt. — Bo jednak Ci inni ludzie potrafią zachować klasę i nie zaczepiają o byle powód, odwrotnie do Ciebie — wyjaśniła, względem niej zgodnie z prawdą, a skoro już wcześniej zwróciła na niego uwagę i chwilę go obserwowała, dostrzegła jak zdejmuje okulary i chowa je do etui, widząc jak robi to w dbały sposób. Wtedy, po raz pierwszy odkąd znaleźli się w windzie, ich spojrzenia się na moment skrzyżowały, lecz tęczówki mężczyzny powędrowały w stronę ekranu wskazującego które już piętro mijali; w trakcie tego jej oczy również skierowały się na inny punkt. Dziwne, że nadal się nie zatrzymali, aby jeszcze kogoś po drodze zabrać. Byłoby to zdecydowanie dla niej ratunkiem.
Dodatkowe słowa sprawiły, że się na moment zawiesiła, nie sądząc żeby to miało być dla niego rzeczywiście miłe czy jakkolwiek wzbudzające uczucia, nieważne jakiego typu. Zdecydowanie była bardziej przekonana o tym, iż była mu obojętna jej osoba, w obojętnie jakim by to nie było kontekście. — Tak, faktycznie, żywo mnie irytujesz. Jeśli to dla Ciebie jest miłe, to nie ma za co — mówiąc to, przeniosła na niego oczy i konkretnie zwróciła się nimi na Maxwella, mając przy tym wręcz sztucznie wymalowany, miły uśmiech.


Maxwell Fraser

you, again?

: ndz paź 18, 2026 11:36 pm
autor: Maxwell Fraser
Nigdy jej nie odmawiał poczucia humoru, czasem zdawało mu się, że jego żarty opowiadane na wspólnych imprezach w gronie znajomych i rodziny potrafiły do niej dotrzeć i mimo, tej klasycznej rezerwy, wobec jego osoby, tak dostrzegał cień uśmiechu malujący się na twarzy kobiety. Za każdym razem, było to satysfakcjonujące i na swój sposób sprawiało mu przyjemność – lubił to uczucie.
Tak jak i w tym momencie, gdy złapał ją na mimowolnej reakcji, bez cienia wątpliwości w innych warunkach, mogłaby okazać się znacznie swobodniejsza, lecz gdy ktoś, taki jak on w pewnym stopniu wywierał na niej presję przez kilka lat; dokuczając lub bawiąc się w pstryczki słowne, trudno było oczekiwać, że nagle odsłoni się, przed nim i zrezygnuje z tarczy, tego metaforycznego muru, którym odgradzała się od jego kąśliwości.
Żałował z perspektywy czasu swoich zachowań z okresu nastoletniego, nawet jeśli te w dorosłych realiach nie znaczyły nic wielkiego, tak uważał, że powinien był powstrzymać, niektóre słowa za zębami. Nie dając im tej możliwości, by wyszły swobodnie, gdzieś dalej, być może krzywdząc, kogoś na kim mu w pewnym stopniu zależało.
Westchnął z cicha.
Monotonna melodyjka w windzie zdawała się usypiać, miast pobudzać, ale może było to skuteczne? Choć myśl o szerszym zastosowaniu tego patentu zdawała się mężczyźnie równie absurdalna, co zabijanie ciszy w dźwigu, który ich transportował. Tak jednak mógł się zgodzi, że podróż z Primrose u boku dłużyła się, mimo rozmowy, którą wiedli.
Słuchał tego, co miała mu do powiedzenia w nadziei, licząc, że drzwi windy pozostaną zamknięte i nikt im nie przeszkodzi w prowadzeniu tej, jakże odświeżającej rozmowy. Milczał dłuższą chwilę, pozwalając aby to jej głos zdominował niewielką przestrzeń i słuchał wsparty ramieniem o jedną ze ścian metalowej puszki. Próbując rozszyfrować, to co ta myślała o nim w skrytości swoich myśli. Oddałby wiele za możliwość zerknięcia do tego pięknego umysłu i zrozumienia mechanizmów odpowiadających za pewne kluczowe kwestie.
Gdy skończyła mówić, mimowolnie westchnął. Na przestrzeni kilkudziesięciu sekund już drugi raz, co pewnie nie zostanie niezauważone przez tak wyczuloną obserwatorkę, jaką była Halley.
— Czasem warto spędzić trochę czasu w windzie, daje to szansę szczerej rozmowy — jakiej im do miesięcy brakowało, ale Maxwell nie chciał tego przyznać wprost, dlatego wybierał okrężną drogę. — Skoro jestem taki wredny, paskudny i nikczemny w twoim wyobrażeniu — po tym, co mu powiedziała, dawała jasne sygnały, że plasował się wyjątkowo nisko w rankingu: „osób, z którymi mogłaby utknąć w ciasnym miejscu”. — To dlaczego za każdym razem, gdy rzucam żartami w tłumie podczas naszych rodzinnych spotkań czy innych imprez, to zawsze widzę cię, jak ukradkiem na mnie zerkasz, jak dusisz uśmiech w zarodku... — odepchnął się od ściany i podszedł niespiesznie w jej kierunku. Uśmiech drgał na krańcach ust, lecz jednocześnie nie zdradza, niczego więcej. — Skoro taki jestem zły dla Ciebie, to dlaczego porażkę ze mną traktujesz tak personalnie? Dlaczego robisz wszystko, by utrzeć mi nosa na polu zawodowym i prywatnym? — Patrzył jej w oczy z bliska, zamierzając wyciągnąć od niej odpowiedź.
— Dlaczego pozwalasz sobie na takie traktowanie? — W jego głosie pojawiła się nagle szczera troska, a w oczach odmalował się prawdziwy żal: — dlaczego nie skończyłaś tego? A pozwalasz, aby to trwało… jesteś przecież taka silna, inteligenta, ambitna i waleczna, a jednocześnie nieustannie oglądasz się za siebie — mówił, niemal szeptem, lecz nie przekraczał tej niebezpiecznie bliskiej odległości, jaka ich dzieliła. Czuł w nozdrzach zapach słodkich kobiecych perfum, te uderzały czule, pieszcząc zmysły, ale nie tracił na ostrości – skupiony na niej. Jak rzadko kiedy, a może nigdy wcześniej w tak szczerym dialogu...
— Odpowiedz mi.

primrose halley

you, again?

: pn paź 19, 2026 1:02 am
autor: primrose halley
Nie rozumiała, czemu tak ciężko wzdychał, nie kryjąc się z tym odruchem. Zupełnie jakby się z nią męczył bądź zastanawiał, czy jest jednak jakaś droga ucieczki z tej windy, ale w taki sposób by nie zrozumiała że planuje odejście wcześniej z ów przestrzeni. A może zwyczajnie zaczynał rozumieć, że jest na przegranej pozycji i nigdy z nią nie wygra w typową pyskówkę? Ewentualnie zrozumiał, że ona zawsze chce mieć ostatnie zdanie i nie wie co powinien sprawić, aby przestała ciągle to robić, dając mu szansę na wygranie. Zupełnie tak, jakby znajdowali się w sądowej sali i faktycznie miał możliwość otrzymać taki werdykt dzięki komuś. Dobrze, że w takich momentach nikt nie ocenia tego, co kto i jak powiedział, żeby wydać ostateczną informację odnośnie osoby, która lepiej sobie poradziła w słownej potyczce.
— Która mi akurat nie była jakkolwiek potrzebna — w końcu, nie planowała z nim kiedykolwiek takiego przeprowadzać; nie czuła zwyczajnie potrzeby wyjaśniania sobie czegoś z Maxem, nie potrzebowała aby sobie usiedli i powiedział dlaczego od zawsze jest taki dla niej be. Nie sądziła, aby to zmieniło jej życie w choćby najmniejszym stopniu, za to dzięki braku takiego zdarzenia na pewno lepiej jej się spało, nie musząc rozpamiętywać tego, co powiedział, w jaki sposób to zrobił i po co w ogóle to się wydarzyło. Nie mówiąc już o tym, że skoro w pracy miała okazję widywać się z nim cześciej, niźli mogłaby sobie tego życzyć, to po pracy również nie miała zbyt wielkiej ochoty jeszcze o nim rozmyślać.
Zaczął jednak zdaniem, które - nie powiem - trochę ją zaintrygowało. Że też on miał jednak to pojęcie, że jest ktoś, kto go nie toleruje! Nie przypuszczała, iż dojdzie do niego kiedyś; że pojmie co tak naprawdę może odczuwać względem mężczyzny. A tu proszę - miło ją zaskoczył, dlatego też całkiem chętnie czekała na to, co powie dalej, bo jednak zapowiadało się, że nie miał zamiaru hamować się w obecnej sytuacji. Kto wie, czy może nie czekał na taką chwilę - w końcu Fraser jest dosyć osobliwym typem człowieka i chociaż zna go nie od dzisiaj, to jednak jest dalej jakąś zagadką… jakiej przecież nie planowała rozwiązywać.
Kontynuowane słowa trochę za to mniej się jej podobały, nie rozumiejąc o co mu dokładnie chodziło w tej chwili. Co to za moment takiej faktycznie totalnej szczerości i jednoczesnego - prawdopodobnie - wybadania gruntu? Czy on chciał ją przetestować? Coś dostrzec, zrozumieć? Tym bardziej zaskoczyło ją to, jak odepchnął się niespodziewanie od ściany i zaczął do niej zmierzać - kompletnie zmieniając dzielący ich dystans, będąc zdecydowanie zbyt blisko jak na jej. Zdecydowanie nigdy wcześniej tak blisko niej nie stawał w chwili, gdy znajdowali się sam na sam. I chociaż czuła pewną dozę niepewności oraz przekonania, iż powinna się odsunąć, tak nie pozwoliła na ten ruch, bowiem jej upartość, zawziętość oraz niezłomność nie pozwoliła na zmianę czegokolwiek, mając w dalszym ciągu niezbyt przejęty wzrok, którym go obrzucała śmiało i dzielnie, nie dając się zastraszyć. Bo nie wiedziała w dalszym ciągu co w ogóle próbował tym osiągnąć.
Nawiązany kontakt wzrokowy z Maxwellem, pozwolił chyba pierwszy raz w życiu dostrzec jego kolor tęczówek, taki mocno orzechowy, całkiem przyjemny jak na faceta. Widziała dosyć niespodziewany spokój w nich, wymieszany jakby rzeczywiście z dozą ciekawości tym, co planuje mu powiedzieć, a w trakcie czego nie przestawał zadawać kolejne pytania. I to nie tak, że skupiła się wyłącznie na obserwowaniu, bowiem ciągle była zaangażowana w słuchanie tego, czego tak bardzo chciał się dowiedzieć - nadal nie rozumiejąc, co w ogóle ma właśnie miejsce.
Nie spodziewała się jednak jednego - przeskoczenia z tematu na temat, nagle ingerując całkiem w jej prywatną sferę. Bo jak inaczej miała zinterpretować jego pytanie odnośnie traktowania? Zdecydowanie mówił tutaj o Jasonie, o jej związku. Jakby miał faktyczne prawo dociekania czegokolwiek o tym, jakby to miało być dla niego coś niezrozumiałego, jakby się przyjaźnili i on obawiał się o jej osobę. W sumie… trochę tak wyglądał? I brzmiał. Słyszała niejako ból w jego tonie głosu, gdy akurat zmienił kwestię zadawanych kolejno zapytań, czując się obecnie zbombardowana ich ilością, nie dostając nawet możliwości, żeby móc odpowiedzieć na wszystko w odpowiedniej kolejności. Zamiast jednak mu przerwać - choć cholernie już tego chciała - wciąż nie uciekła oczami w bok, utrzymując wzrokowe zetknięcie wymuszone z jego strony, nadal nie wiedząc jak powinna się czuć z tym bliskim przebywaniem mężczyzny. Miała go odepchnąć? Czy może to by dawało mu kolejny pretekst do naśmiewania się?
Nieświadomie przesunęła językiem po dolnej wardze prędkim ruchem, dając sobie możliwości zwilżenia szykując się do mówienia. Bo tak, w końcu dostała tą możliwość, słysząc krótkie odpowiedz mi. Uniosła wtedy jedną z brwi i nie urywając kontaktu wzrokowego, sama nagle zrobiła jeden krok do przodu, całkiem działając na przekór sobie i nie słuchając się czerwonego alarmu, jaki szumi w głowie. Przy okazji czego teraz jeszcze mocniej uderzyły w nią nuty męskich perfum, jakich używał dzisiaj z rana, a które nie wywietrzały. Zdecydowanie nie były one jednymi z tańszych, skoro w dalszym ciągu tak dobrze były wyczuwalne. — Skoro w końcu mogę… — zaczęła, lekko zaciskając dłoń na trzymanej w niej torebce. — To odpowiem. Według Ciebie zerkam w Twoim kierunku, gdy widujemy się na spotkaniach rodzinnych i zmieniasz się w kompletnie inne wydanie swojej osoby. Nie, nie zerkam, bo - jak to określiłeś - próbuję zadusić wewnętrzny śmiech, a zwyczajnie zastanawiam się jakim cudem potrafisz być całkowicie dwoma różnymi osobami, albo i nawet większą ilością wersji siebie. I czy w ogóle dobrze się z tym czujesz - z tym, że do innych jesteś inny, a do mnie, przykładowo, kompletnie inaczej się odzywasz, a nawet korzystasz z innego tonu głosu. Mocno wyniosłego, pysznego, jakbyś miał cholernie przerośnięte ego. Nie rozumiem tego i chyba nie chcę zrozumieć, bo to i tak niczego nie będzie wyjaśniało. A każdą porażkę traktuję tak personalnie, bo wiem co sobie myślisz - znów uważasz się za lepszego, nawet jeśli nie powiedziałeś tego po zakończonej sprawie na głos. Ucieranie nosa za to jest odwetem za to, jak Ty próbowałeś ciągle to robić za nastoletniego czasu, gdy uważałeś iż możesz to i owo, bo jesteś starszy i może mnie czegoś nauczysz. Jedynie czego się nauczyłam z czasem, to tego że nie warto denerwować się na kogoś, kto szuka zaczepki z byle pretekstu, bo ma z tego jedynie frajdę — zaczęła wyjaśnienie, robiąc chwilową pauzę, by dotrzeć do momentu, w trakcie którego zmienił swoją tematykę zapytań, a przy tym narrację. Nie mogła jednak pozwolić na to, aby ten temat rzeczywiście został poruszony na głos - tym bardziej, że Fraser zdecydowanie nie jest osobą, z jaką chciałaby kiedykolwiek o tym rozmawiać. — I nie wiem, czemu pozwalam sobie na takie traktowanie. Może dlatego, że nie dajesz mi spokoju, ciągle usilnie próbując mi dawać pstryczki w nos, zupełnie jakbyś nadal nie wydoroślał — specjalnie więc przeistoczyła to tak, jakby odebrała iż ciągle chodzi o niego. Tak było znacznie wygodniej oraz prościej. — Naprawdę nie mam pojęcia, o co Ci chodzi, Maxwell — specjalnie powiedziała jego pełne imię. — ale po prostu mnie w to nie wciągaj. Pracujemy w jednym miejscu, lecz nie oznacza to że ciągle musisz uskuteczniać swoje zagrywki — skwitowała, mając twarde spojrzeniem, jakiego w dalszym ciągu nie spuściła w dół, nie uciekła nim na ułamek sekundy gdziekolwiek indziej, nadal nie ruszając się z miejsca. Nie mogła pokazać, że jest słabsza.

Maxwell Fraser