Strona 1 z 1

gasisz we mnie wojny i przykładasz lód

: pt paź 16, 2026 9:42 pm
autor: Indie Caldwell
♯19
gasisz we mnie wojny i przykładasz lód
bierzesz mnie za rękę gdy porywa nurt

── ˗ˏˋ ♫ ˎˊ˗ ──
Siedząc na krawężniku i czekając na Lucasa nie myślała wiele. Większość tego czasu spędziła w tej samej pozycji, zgięta w pół, z czołem opartym o własne kolana i spojrzeniem wbitym tępo gdzieś w beton. Chwilowo nie poczuwała się na wiele więcej — wystarczająco wysiłku kosztowało ją samo pozostanie w pionie, który trzymała nie z wyboru, a zwyczajnie dlatego, że po pierwsze była stanowczo zbyt trzeźwa na świadome, dobrowolne położenie się na upierdolonym chodniku, a po drugie, co chyba ważniejsze: nie chciała w ten sposób zwracać na siebie uwagi kolejnych gapiów. Dostanie w ryj w osiedlowym od byle frajera i to jeszcze o głupotę taką jak papier toaletowy było zdaniem Indie wystarczająco upokarzające samo w sobie, więc naprawdę nie potrzebowała nad sobą całego orszaku zaniepokojonych świadków, zwłaszcza jeśli miał tak zgodnie wtórować właścicielowi sklepu, który od piętnastu minut upierał się, że nie mógł w tym stanie puścić jej samej do domu.
Bzdura. Mógł i powinien, a przynajmniej przy tym obstawała Caldwell, argumentując, że przecież nie miała tam daleko. Fakt, nie miała, ale w protestach rzeczonego orszaku mimo wszystko mogło być trochę racji, bo niewielki dystans nie czynił tej trasy z automatu bezpieczną, nie w pogrążonym w ciemnościach Toronto, które z każdym kolejnym dniem blackoutu zaczynało coraz bardziej przypominać scenariusz Nocy Oczyszczenia. To może rzeczywiście nie były najlepsze warunki na samotny spacer dla kogokolwiek, a już zwłaszcza kogoś, kto niecały kwadrans wcześniej przyjął na łeb dwa szybkie i sierpowego od przeciwnika o głowę wyższego od siebie. Wbrew pozorom Indie od początku była świadoma tego, że nie miała w tym wszystkim większych szans, nawet przez moment nie łudząc się, że stając do tej (nikomu niepotrzebnej) walki z dorosłym mężczyzną podejmowała rozsądną decyzję. W chuju miała rozsądek, umówmy się, zrobiła to przede wszystkim w obronie własnego honoru, ewentualnie z doszczętnego braku pohamowań, ale na pewno nie ze szczerej wiary w to, że miało jej to wyjść na dobre.
I rację miała. Nie wyszło. Nie miała pojęcia, czy przed oczami migały jej teraz mroczki, czy może pojedyncze przebłyski wspomnień z ostatnich kilkunastu minut — te w jej pamięci zlewały się wszak w jedną, niewyraźną całość, z której dobrze pamiętała tylko kilka wybranych stopklatek. Pełną alejkę, lepkie łapy gnojka na JEJ bezcennym łupie i moment, w którym lekka popychanka na przestrzeni kilku sekund eskalowała do pełnoprawnej chryji, a poza tym… chyba już niewiele więcej. Siedząc na tym nieszczęsnym krawężniku i próbując odtworzyć w myślach całą scenę czuła się zupełnie tak, jakby grała z własną świadomością w jakieś pierdolone memo, zmuszona zgadywać połowę szczegółów i liczyć na najlepsze próbując dopasowywać je do reszty, a w ogóle nie miała na to sił. Ani kurwa trochę, dlatego szybko odpuściła sobie próby rekonstrukcji wydarzeń. Razem z adrenaliną z jej organizmu uleciała też cała energia, więc po prostu pozwoliła sobie całkiem się wyłączyć i czekać — siedzieć tam jak ta ostatnia frajerka, raz po raz ocierać sobie mordę z własnej krwi rękawem bluzy i próbować nie myśleć o tym, jak niewyobrażalnie głupio było jej znów prosić Lucasa o pomoc. Na nic więcej nie było jej obecnie stać, nawet na to, żeby kolejny raz spojrzeć na ekran własnego telefonu i sprawdzić, czy Miller w ogóle odczytał jej ostatnią wiadomość. Może powinna była, zwłaszcza że właścicielowi sklepu ewidentnie musiała zacząć kończyć się albo cierpliwość, albo wiara w niego, skoro po kilku minutach wspólnego czekania znów spróbował zaproponować Indie:
— A może jednak zadzwoni…
— Nigdzie Pan nie dzwoń — weszła mu bezczelnie w słowo, nawet nie podnosząc przy tym głowy. — Mówiłam już. Będzie.

ᥫ᭡.

gasisz we mnie wojny i przykładasz lód

: sob paź 17, 2026 2:09 pm
autor: Lucas Miller
031.
Nie miał pojęcia, czego się spodziewać.
Odkąd tylko przeczytał smsa od Indie, że dostała w mordę kompletnie nie mógł się skupić. Od razu w głowie miał jakieś najczarniejsze scenariusze, a jeszcze więcej gniewu. Bo co to kurwa znaczyło, że jakiś gnój ją zaatakował? Miller chyba jeszcze nigdy tak szybko nie zerwał się z kanapy i nie ubrał. Co prawda wyjebał przy tym dwie świeczki i prawie spalił sobie mieszkanie, ale finalnie opanował sytuacje szklanką wody, która leżała obok. Standardowo porobił gnój, ale przecież to było najmniej istotne w tamtej chwili.
Zarzucił na siebie buty i od razu zbiegł na dół.
Doskonale wiedział, gdzie znajdował się osiedlowy spożywczak. Kupował tam czasami spod lady karty do albumu, ale tylko jak na zmianie był wnuk właściciela. Pewnie dziadek nawet nie wiedział, że jego następca kręci pod blatem czarne interesy.
Miller nawet nie odpisał Indie na ostatnią wiadomość, jednak to nie przez to, że nie chciał, a bo po prostu padł mu telefon. Przez ostatnie godziny żył na marnych pięciu procentach i te kilka smsów już kompletnie wykończyło mu komórkę.
Kolejne dwie ulice pokonał w tempie e k s p r e s o w y m, a gdy tylko dobiegł do lokalnego sklepu d razu dopadł do drzwi. Już miał szarpać za klamkę, już chciał wlatywać tam na pełnej, gotowy najebać temu gościowi, który wystartował do Indie, ale nim szarpnął za klamkę zobaczył Caldwell na krawężniku.
— Kurwa, Indie! — rzucił zdenerwowany i od razu wyrwał się w ich stronę. Przelotnie spojrzał na mężczyznę, który nad nią stał, szybko kalkulując, czy to przypadkiem nie ten gagatek, ale siwe włosy właściciela sklepu jasno dały mu do zrozumienia kim był. Skupił się więc na swojej… dziewczynie (??), dopadając do nich i przykucając przed Caldwell.
— Co jest?! Co się stało? — warknął, otulając wzrokiem jej twarz. W pierwszej kolejności rzuciła mu w się w oczy całkiem spora ilość krwi. Nienawidził tego widoku, od razu zawsze robiło mu się słabo, ale w tamtym momencie musiał założyć swoje big boy pants i się nie mazgać. Wyciągnął dłonie do przodu i ujął delikatnie jej policzki. — Jesteś cała? Bardzo boli? Gdzie jest ten gość? — nawijał jak nakręcony, chociaż ostatnie pytanie skierował akurat do mężczyzny stojącego nad nim. — Jak pan mógł na to pozwolić? — oh really? Ledwo przyszedł i już zaczęło się zrzucanie winy na osoby trzecie?
— A co ja mogłem? — fuknął oburzony, że Miller w ogóle miał czelność go oskarżać. — Raz prąd wywaliło w mieście i ludzie wariują… — pokręcił głową, wypuszczając ciężko powietrze. — Biją się, szarpią, ja nie wiem, za moich czasów ludzie mieli o wiele więcej kultury. A tej tu mówiłem, żeby puściła ten papier, a ona—
— Papier? — Miller uniósł brew ku górze i od razu wbił jasne spojrzenie w tak dobrze znajome, należące do Caldwell. — Pobiłaś się kurwa o papier?

🧻🧻🧻

gasisz we mnie wojny i przykładasz lód

: sob paź 17, 2026 9:19 pm
autor: Indie Caldwell
Nieszczególnie przejęła się ciężkim westchnieniem mężczyzny, którym postanowił skwitować jej natychmiastowy protest, po wyrzuceniu z siebie tych kilku marnych słów od razu wtórnie milknąc i wracając do czekania w ciszy. Nic nie było w stanie skłonić jej do podniesienia głowy znad kolan. Nic, z wyjątkiem jednej rzeczy — znajomego tonu głosu, na którego dźwięk Indie momentalnie oderwała nieprzytomne spojrzenie od asfaltu i uniosła je do góry, mimowolnie oddychając z ulgą, kiedy natrafiła nim na kucającego przed nią Lucasa.
Bogu kurwa dzięki.
— Co? — W tym stanie przetwarzanie rzeczywistości szło jej raczej opornie, powoli, więc ledwo nadążała za słowotokiem Millera, trudząc się poważnie z udzieleniem odpowiedzi na chociaż jedno z pytań, które zadał. Nie miała pojęcia, od którego powinna zacząć, więc w którymś momencie błyskotliwie postanowiła zrobić to na raz, zbiorczo: — Nie wiem. — Fenomenalnie. Dopiero po kilku sekundach zastanowienia Indie doszła do wniosku, że to chyba nie był najbardziej pomocny ani budujący sposób na zaadresowanie obaw i przejęcia Lucasa. — Nic mi nie będzie — poprawiła się, kręcąc niemrawo głową. Nie zabrzmiała przy tym szczególnie przekonująco, mimo, że zupełnie szczerze wierzyła w to, co mówiła — dostanie w pysk niekoniecznie było przyjemne, ale nie było opłakane w skutkach. Nie mogło być z nią aż tak źle: nos miała (chyba) nadal w całości, pamiętała gdzie była i jak miała na imię, no i przede wszystkim nadal była w stanie wykrzesać z siebie resztki energii na to, żeby za chwilę jeszcze raz stanąć w obronie własnych racji.
— A żebyś kurwa wiedział, że o papier — rzuciła pospiesznie w kierunku Millera, zaraz jednak podnosząc pełne wyrzutu spojrzenie na właściciela sklepu. — Ale przepraszam, pierwsza byłam, dlaczego miałabym puścić? Bo jakiś siur nie umie przegrywać z honorem? — obruszyła się natychmiast na jego słowa. — Nie mój problem, jeśli typ od tygodnia nie ma czym dupy podcierać. Trzeba było się orientować. — W ciągu ostatnich piętnastu minut zdążyła dwa razy spróbować wytłumaczyć mu, dlaczego wina absolutnie nie leżała po jej stronie i może byłaby skłonna zrobić to po raz trzeci, gdyby składanie zdań nie kosztowało ją ogromu energii i determinacji, których zwyczajnie w sobie nie miała. — Co, miałam mu ten papier po prostu oddać? — Gdyby była w stanie, popukałaby się w czoło, ale już nie znalazła w sobie na to sił. — Pokurwi mnie prędzej, tyle.
— ...ja mówiłem, ale właśnie taka z nią rozmowa — skwitował właściciel. — Tak jak mówię, za moich czasów to jednak było trochę kultury, a teraz to... no widać właśnie. Ja nie wiem co to się z ludźmi porobiło.
W innych warunkach pewnie ruszyłaby z kolejną tyradą w obronie swojego stanowiska, ale znów, nie miała na to za chuj grosz zasobów, więc wyjątkowo musiała sobie darować i zamiast tego skoncentrować swoją uwagę z powrotem na Lucasie.
— Nieważne — wymamrotała, odnajdując palcami jego dłoń. — Możemy iść? — spytała cicho. — Proszę.

ᥫ᭡.

gasisz we mnie wojny i przykładasz lód

: pt paź 23, 2026 9:56 pm
autor: Lucas Miller
Martwił się o nią.
Kiedy napisała mu, że dostała po mordzie kompletnie nie wiedział, czego mógł się spodziewać. Indie często ładowała się kłopoty, głównie przez swój niewyparzony język, jednak zazwyczaj kończyło się to na skakaniu do gardeł, niczym Chihuahua na smyczy. Tyle. Bez większych szkód w postaci ran cielesnych. Ale to? To nie wyglądało za dobrze, a już na pewno nie dla Lucasa, który ostatnie dni przesiedział w domu w absolutnej n u d z i e. Blackout chyba wszystkim dawał juz się we znaki, jednak tym, którzy na codzień kochali aktywnie spędzać czas i nadmiar adrenaliny chyba podwójnie. Na łeb mu siadało, tyle książek, co Miller się naczytał, to w szkole nawet na oczy nie widział. Głownie kryminały, dlatego kiedy zobaczył Indie, w głowie już miał same najgorsze scenariusze.
Całe szczęście Caldwell wydawała się być w jednym kawałku.
Chociaż strona mentalna była pod znakiem zapytania.
— Jak to nie wiesz? — spytał zdziwiony, wyrzucając obie brwi w górę. Jak mogła nie wiedzieć? Aż tak mocno dostała? Dobrze, że chociaż jego pamiętała, bo wtedy naprawdę musiałby zacząć się martwić. Nigdy nie interesował się medycyną, jednak problemy z głową z pewnością były ciężej odwracalne i do opatrzenia niż samo naklejenie plasterka na rane.
Złapał w płuca więcej powietrza, gotowy przepytać ją z najważniejszych wydarzeń z jej życia. Sprawdzić, jak dużo pamiętała i do którego momentu straciła pamięć, może zmusić ją do jakiś testów, które podsunął by Google, ale wtedy stało się coś, co momentalnie wywołało u Millera szeroki uśmiech.
Indie zaczęła się pultać.
Oburzona naskoczyła na Lucasa jak i sprzedawcę, nawijając o papierze toaletowym i tym, że te rolki się jej najzwyczajniej w świecie należały. I chociaż dla właściciela sklepu pewnie brzmiało to jak kolejne pretensje, dla Millera była to czysta muzyka dla uszu. To znaczyło jedno: wszystko było z nią w jak najlepszym porządku.
— Jezu jak dobrze — wyrwało mu się wraz z głośnym westchnieniem. Kamień z serca. Czego nie mógł powiedzieć mężczyzna, który teraz na ich oboje patrzył jak na bandę wariatów. — Ona tak ma — wyjaśnił krótko, bo przecież nie będzie tam teraz stał i rozbijał zachowania Caldwell na czynniki pierwsze. Nocy by im nie starczyło, a Indie jeszcze trzeba było opatrzeć.
Wykonał krok w jej kierunku, kręcąc głową, gdy pytała, czy miała mu ten papier tak po prostu oddać. Oczywiście, że nie. Miller pewnie tez walczyłby o ostatnia rolkę papieru, gdyby to jego łazienka świeciła pustkami. W końcu w czasach, jakie nastały srajtaśma była towarem deficytowym i pewnie ważniejszym niż jedzenie. Dumny był z niej, że postawiła na swoim! Nie miał jednak zamiaru się sprzeczać z właścicielem, który ewidentnie dalej chciał prawić im morały.
— Jasne, to już się nie powtórzy — standardowa formułka, która nie raz wyciągała go z największych tarapatów. Wypowiedziana absolutnie nieintencjonalnie, ale po to, żeby zakończyć rozmowę. Tym razem również zadziałało, bo dziadek pokręcił głową, coś tam jeszcze mruknął, ale finalnie odpuścił. A ona… nawet nie musiała go prosić. Wystarczyło jej jedno spojrzenie, a Miller już wyrwał się do przodu.
— Trzymaj ten papier — podniósł paczkę srajtaśmy z chodnika i wcisnął między palce Caldwell. Swoje natomiast zwinnie umieścił pod jej kolanami, mocno przyciskając do siebie, a w następnej sekundzie już mogła poczuć, jak uniosła się w górę. Lucas był silnym facetem. Nie straszne mu było zaniesienie Indie nawet na drugi koniec osiedla i jeszcze dalej. I taki miał właśnie zamiar, biorąc pod uwagę jej stan.
Skinął głową na właściciela w ramach pożegnania i ruszył przed siebie.
— Teraz musisz się ze mną podzielić tymi rolkami — wtrącił, zaglądając na nią z góry. Jej zapach przyjemnie drażni mu nozdrza, a ciepło ciała powodowało, że i przez jego skórę przechodził przyjemny prąd. Dobrze było mieć ją blisko. — Wiesz, tak w ramach podziękowania, że się odeskortuje… no właśnie — poprawił ją sobie, lekko podrzucając. — Do mnie czy do ciebie?

Indie :impra:

gasisz we mnie wojny i przykładasz lód

: wt paź 27, 2026 1:02 am
autor: Indie Caldwell
Indie natomiast nie martwiła się już o nic.
Zupełnie. Cały stres i niepewność uszły z niej w momencie, w którym Miller znalazł się obok i z miejsca przejął stery nad całą sytuacją, całe szczęście. Ta bowiem już dawno temu wymsknęła się spod kontroli Caldwell, która z racji opadającej adrenaliny z każdą chwilą coraz dotkliwiej odczuwała konsekwencje własnej... brawury? Głupoty? Jak zwał tak zwał. Czegokolwiek nie przejawem była jej decyzja o podjęciu rękawicy i stanięciu do (niezbyt) epickiej walki o ostatnie kilka rolek papieru toaletowego, teraz przyprawiała ją o pulsujący ból głowy, okazjonalne mdłości i chęć przekręcenia się, więc nawet nie próbowała dalej aktywnie uczestniczyć w rozmowie z właścicielem sklepu. Jeszcze chwilę temu było jej na myśl o tym wszystkim niezmiernie głupio, ale o dziwo tym też szybko przestała zaprzątać sobie głowę.
Jeśli zostało jej jeszcze trochę wstydu, chwilowo skutecznie przysłaniały go ból i zmęczenie, dlatego w objęciach Lucasa nie czuła się niezręcznie, a przynajmniej nie sprawiała takiego wrażenia, nie kiedy po raptem chwili spaceru przymykała oczy i ufnie opierała skroń o jego bark. Może to nagły przypływ sentymentu, a może po prostu bezpośredni przejaw dostania po łbie, ale czuła się trochę tak, jakby znów byli dziećmi. Ostatnie miesiące ich znajomości z jakiejś przyczyny wydawały jej się teraz bardziej odległe niż lata, w których jako dwójka gówniarzy, równie beztroskich co głupich, co rusz ładowali się razem w kłopoty. I tak jak najczęściej wychodzili z nich cało, obronną ręką, bo jak wiadomo głupi zawsze ma szczęście, tak zdarzało się też wracać z wspólnych wypraw nie na tarczy. Na tarczy, to znaczy w jej przypadku na rękach, plecach albo tyle roweru Lucasa właśnie, bo nawet jeśli okazjonalnie coś szło nie tak, to nie zdarzyło jej się zostać z tym samą. Nigdy. Teraz też nie.
— Możemy do ciebie? Nie chcę straszyć współlokatorek. — Te oczywiście dobrze znały temperament Caldwell i wiedziały już z autopsji, że potrafiła być lekką zadymiarą, ale raczej nie aż taką, żeby w biały dzień okładać się po mordzie z przypadkowymi ludźmi w lokalnym osiedlowym. Stąd też wolała oszczędzić im tej rewelacji i załączonego doń widoku, a sobie samej — konieczności tłumaczenia się z sytuacji kolejnym osobom, na co niezmiennie brakowało jej zarówno chęci jak sił. — Nie wystarczy, że już z nimi muszę dzielić ten papier? — stęknęła, choć wbrew pozorom w dobie blackoutu szczerze ceniła sobie fakt, że nie mieszkała sama, bo zwyczajnie oszalałaby zmuszona spędzić tyle czasu z własnymi myślami. Wszyscy wiedzieli że dłuższe okresy samotności rzadko kiedy (o ile kiedykolwiek) jej służyły, dlatego wbrew tym skargom, Indie nie miała nic przeciwko dzieleniu się. Ani swoją przestrzenią, ani nawet tym zdobytym wysokim kosztem papierem toaletowym, niemniej w kwestii tego pierwszego nie zamierzała kryć, że w tym momencie akurat wcale nie pogardziłaby... odrobiną prywatności, po prostu. — Ale niech będzie, w wyrazie wdzięczności odpalę ci rolkę albo dwie — zgodziła się finalnie. Oczywiście, że tak, oddałaby mu nawet i wszystkie, gdyby z jakiejś przyczyny ją o to poprosił, nie tylko teraz, kiedy ewidentnie sobie zasłużył, ale kiedykolwiek, innymi słowy — zawsze, wbrew temu, na co wskazywały jej słowa. — Kto wie, za taką eskortę może nawet zostawię kilka w napiwku.

lucas :lof: