Strona 1 z 1

Viva la France y vive croissant!

: sob paź 17, 2026 1:49 am
autor: Eric Stones
Dzień 1

Eric Paryż widział jedynie w filmach albo zdjęciach i relacjach na instagramie swoich znajomych. Nigdy nie przypuszczał, że dane mu będzie odwiedzić to popularne i słynące z wysokiej wieży miasto. Jego życiowe bingo naprawdę go zaskakiwało, ale w tym przypadku cieszył się z takiej możliwości, szczególnie że będzie mógł spróbować PRAWDZIWEGO croissanta. Co więcej, cieszyło go, że będzie miał swojego osobistego przewodnika.
Nie stresował się wyjazdem - tak sobie wmawiał. Dopiero kiedy nadszedł dzień wylotu, czuł się jakoś tak… dziwnie? A wszystko za sprawą zdania sobie sprawy, że poza zwiedzaniem, zostanie przedstawiony rodzinie od strony mamy Sheeren. Podejrzewam, że woleliby zobaczyć ją z kimś innym… no bo jak to tak, ona i Euroazjata?
Tak bardzo o tym myślał, że kiedy poszedł spać noc przed wylotem, przyśnił mu się koszmar - najpierw, że wsiadł do złego samolotu, a Sher ostatecznie poleciała sama, i kiedy udało mu się dotrzeć do punktu docelowego, ludzie zaczęli podnosić ręce, by wytykać go palcami, oraz wybuchali śmiechem. Oczywiście obudził się i uświadomił, że to był tylko zły sen. Jakoś dał radę zasnąć, lecz śmiech co jakiś czas słyszał w swojej głowie.
Śmiech, który przypominał mu pierwsze dni w Kanadzie, bo dla innych dzieciaków był obcy.
Śmiech, który znikał, gdy w pobliżu była Shereen. Wystarczyło, że na nią spoglądał, i automatycznie się uspokajał. Sher była niczym słońce rozganiające burzowe chmury nad nim. Dlatego też - gdy miał okazję - przytulał się do niej albo posyłał ciepły uśmiech.
Lot do Paryża miał trwać około 7 godzin i 30 minut - dla jednych to dużo, dla innych wręcz przeciwnie, natomiast dla Erica nie było to dużo, ponieważ nie przekraczał 10 godzin - to z Litwy do Korei trwał od 12 do nawet 17 godzin ze względu na przesiadki, a z Toronto od 13 do 15 godzin. Także jeśli kiedyś będą lecieli do kraju, z którego pochodziła mama Erica, to podróż potrwa nieco dłużej, ale plus był taki, że była dostępna toaleta oraz można było przespać kilka godzin i obejrzeć jakiś film, ponieważ samoloty były wyposażone w ekrany.
Stones pakował swoje rzeczy bez żadnej listy — wkładał do walizki to, co uważał, że mu się przyda, czyli bieliznę, ciuchy, kosmetyki (dezodorant, szczoteczkę i pastę do zębów, perfumy i żel pod prysznic) i ładowarki — na szczęście w Paryżu było dużo sklepów, więc tak naprawdę, gdyby o czymś zapomniał lub zwyczajnie nie wziął, to zawsze tam mógł sobie dokupić. Do bagażu podręcznego spakował Switcha, powerbanka, jakąś książkę (którą od dawna zamierzał przeczytać, ale jakoś nie było czasu, by po nią sięgnąć), krzyżówki i kilka innych rzeczy.
Spakował się w mniej więcej 20... no dobra, 25 minut.
— Pamiętaj, że na lotnisku musimy być co najmniej 3 godziny przed odlotem. — przypomniał, bo miał wrażenie, że czas jakoś strasznie szybko leciał, odkąd zaczęli się pakować. A on naprawdę nie zamierzał gonić samolotu, który na nikogo nie czekał. Nie było możliwości skontaktowania się z pilotem ani z kimkolwiek z załogi, by przekazać prośbę o zatrzymanie tego ogromnego, latającego i ciężkiego środka transportu. Ogólnie Eric był pełen podziwu dla pilotów, ponieważ taki zawód był równoznaczny z wielką odpowiedzialnością. On sam raczej nie widział siebie za sterami samolotu - choć praca ze stewardesami mogłaby być fajna, szczególnie, jeśli jedną z nich byłaby Sher - przede wszystkim ze względu na świadomość, że od jego decyzji zależałoby życie pasażerów. Jeden błąd, jedna zła decyzja i wszystko mogło się źle skończyć. Jasne, zdarzyło się, że latał samolotem w różnych grach, ale tam, jeżeli coś poszło nie tak, można było powtórzyć lot lub całą misję, co w prawdziwym życiu raczej było niemożliwe, ale szczerze? Jemu całkowicie wystarczyło łatanie dziur i naprawianie kodów oraz laptopów. Właśnie! Muszę ustawić nieobecność, żeby przypadkiem nikt mi jutro nie napisał prośby o naprawę kompa. Pomyślał, wchodząc do apki, gdzie działał jako indywidualny serwisant. Jasne, mógłby próbować pomóc zdalnie, lecz najlepiej było własnymi oczami sprawdzić, co tam w trawie piszczało, szczególnie, że niektórzy niezbyt potrafili mu wyjaśnić problem.
No, także ustawił sobie tryb “na wakacjach” oraz zawarł informację o tym, kiedy będzie można do niego pisać oraz próbować się skontaktować. Z półtora roku temu, zapomniał zmienić status z aktywnego na niedługo wracam i niektórzy mieli do niego pretensje - dlatego od tamtej pory INFORMOWAŁ swoich klientów, żeby przypadkiem, w razie, gdyby odbili się od ściany, mieli pretensje wyłącznie do samych siebie. On mógł otrzeć rączki i skierować do WAŻNEJ informacji w profilu, która specjalnie była napisana wielkimi literami, by nawet osoby mające problemy ze wzrokiem, mogły ją zauważyć. W dodatku była niczym wielki znak stop lub światło każące zatrzymać się ze względu na pogrubioną, czerwoną czcionkę.
Koniec końców, Erikowi przypadła rola zamawiania kierowcy, dlatego, zamiast odpalić sobie gierkę w oczekiwaniu na Sher, musiał odpalić apkę Ubera. Zaznaczył, dokąd powinien ich zabrać, a następnie czekał, aż zgłosi się jakiś kierowca.
— Uber będzie za jakieś… 15 minut. Idę się pożegnać z Guciem. — powiedział, idąc do centrum dowodzenia, gdzie w akwarium pływał bojownik. Miał nadzieję, że osoba, która zadeklarowała się karmić Gustawa, nie zapomni o nim. Po pomachaniu rybce zechciał powiedzieć do zobaczenia także Stefce i Princesce - Stefkę jakoś tak wyszło, że dłużej głaskał, a ta w podziękowaniu pięknie podrapała mu rękę - i po pożegnaniu z kiciami, postanowił jeszcze sprawdzić, czy płyta indukcyjna oraz żelazko były wyłączone. Gdy przy obydwu postawił wyimaginowany zielony znaczek check, telefon zawibrował, dając tym samym znać, iż kierowca za 5 minut będzie.
— Pięć minut, Sher. Pomóc Ci domknąć walizkę czy dałaś radę sama? — spytał, opierając się o framugę drzwi i patrząc na swoją dziewczynę.
Gdy przyjechał ich transport, Eric zaczął zanosić walizki do bagażnika, a swój bagaż podręczny w postaci plecaka rzucił na tylne siedzenie. Chwilę pogadał z kierowcą, by dać Sherci czas, i kiedy ta przyszła, wsiadł za nią i zamknął drzwi. Jakoś tak wyszło, że dotknął dłoni Winfield i zaraz ją ścisnął. Kierowca na szczęście nie należał do gadatliwych, co bardzo ucieszyło Stonesa, ponieważ nie przepadał za small talkami z kierowcami taksówek. Jedyne, o co zostali zapytani, to dokąd i na ile lecą oraz że im zazdrości, bo nigdy nie był we Francji.
— Ja też tam lecę po raz pierwszy. — odparł, mocniej ściskając dłoń Sher, jakby chciał tym sposobem przekazać, iż im bliżej lotniska byli, tym bardziej zaczynał się denerwować. Szczerze? Z wielką chęcią mógłby być już po spotkaniu z rodziną swojej dziewczyny. Czułby się o wiele spokojniej.
my love <3

Viva la France y vive croissant!

: sob paź 31, 2026 10:39 am
autor: Shereen Winfield
#
20
Paris a ce quelque chose qui rend les instants différents.


Dawno nie była w Paryżu. Brak odwiedzin ze strony Shereen wiązał się bezpośrednio z brakiem czasu oraz chęci na integrację z rodziną od strony matki. Wolała tę wywodzącą się od taty, ale skoro wujek Paul obchodził urodziny — i to nie byle jakie, bo czterdzieste — jego żona postanowiła go uszczęśliwić i urządzić urodziny dla całej rodziny. Przynajmniej dla tej części, która przyjechać chciała, musiała bądź powinna, by nie wysłuchiwać później pretensji niezadowolonych matek, wujków czy ciotek czekających z utęsknieniem na moment, w którym będą mogli zmieszać z błotem członka dalszej rodziny. Witamy w domu, Shereen. Piękna Francja, cudowny Paryż słynący w ostatnim czasie z niestabilnej sytuacji polityczno-ekonomicznej. Shereen nie była zbyt szczęśliwa z powodu wyjazdu. Po pierwsze, nie chciała spędzać czasu z tymi ludźmi. Po drugie, stresowało ją to, że na ogół nie utrzymywała kontaktu z tą częścią rodziny. Po trzecie; obawiała się zbędnych komentarzy i sugestii dotyczących jej wyborów i podejścia do życia. Eve zawsze drażniła indywidualność córki, zapewne przejęła tę cechę po swojej matce, a babce Shereen. Tradycjonalistka wywodząca się z typowo chrześcijańskiej rodziny, która uważała, że powołaniem kobiety jest zamążpójście i urodzenie mężowi czwórki dzieci co najmniej. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby swoich przekonań nie próbowała narzucać kolejnym pokoleniom.
Shereen miała zupełnie inne aspiracje. Wystarczył jej stabilny związek.
Nie planowała ślubu przez najbliższe cztery lata, ani dzieci.
Wolała skupić się na sobie i wykorzystać to, że mogła pozwiedzać, nacieszyć się Erikiem i wolnością od pomałżeńskich problemów i skupić na życiu zawodowym. Gdyby nagle zaczęła brać do siebie uwagi babci i złote rady matki, straciłaby zapał do życia i dałaby uwięzić się w klatce. Sheri wolała być wolna i niezależna od osób trzecich. Niestety zakładanie rodziny wiązało się z utratą tej swobody. Obawiała się spotkania z babcią. Stres związany z tą sytuacją dał o sobie znać zaledwie kilka dni temu. Odkąd wstała, ciążyły nad nią ciemne chmury i odczuwała wewnętrzny niepokój. Stłukła wtedy rano kubek, który wymsknął się spomiędzy jej palców. Zdecydowanie była zirytowana. Im bliżej wyjazdu było, tym bardziej czuła się zaniepokojona. Tym razem uznała, że postawi na e k o n o m i ę i zamiast dwóch walizek, wpakowała najpotrzebniejsze rzeczy w jedną, zakładając zakupy w swoich ulubionych paryskich sklepach. Zamierzała przeciągnąć Erica przez większość miasta i pokazać mu najładniejsze rzeczy, zabytki i — oczywiście — dać mu spróbować najsmaczniejszych croissantów. Kiwnęła głową, dając Litwinowi do zrozumienia, że słyszała, co do niej mówił. Akurat wprowadzała ostatnie poprawki makijażowe i kończyła nakładać pomadkę na usta. Starła ją jeszcze dwa razy, bo średnio odpowiadał jej kolor. Ostatecznie postawiła na klasyczne nude i nierzucający się w oczy, zbliżony do naturalnego odcienia ust, kolor.

Zerknęła kątem oka na Erica, gdy oparł się o drzwi, dopuszczając do siebie myśl, że wyglądał naprawdę dobrze i gdyby nie to, że mieli pięć minut, to może wyciągnęłaby go jeszcze na szybko do łazienki — żeby sprawdził, czy ramiączka od stanika, aby na pewno nie były splątane, oczywiście. Not today, satan.
— Pięć minut?! Przecież to dosłownie chwila! — rzuciła w odpowiedzi, rozprowadzając na skórze waniliowo-czekoladowe perfumy. Zebrała szybko włosy w wysoki kucyk, nie chcąc się spóźnić i sprawdziła na szybko stan walizki, dociskając ją dłońmi i kolanami. — Domknęłam, domknęłam! — poinformowała, zsuwając się z górnej części walizki i stanęła ponownie na podłodze, wskazując dłonią na gotową do wzięcia rzecz.
Podziękowała ładnie Ericowi, gdy zgarnął jej bagaż i minęła go w drzwiach, żegnając się jeszcze ze swoimi kochanymi kotami. Nie chciała zostawiać Stefy samej. Wiedziała, że będzie pod opieką rodzeństwa Erica, ale nie rozstawała się z nią na ogół na dłużej niż kilka godzin — a teraz mieli wrócić dopiero z niedzieli na poniedziałek! Wbrew pozorom zarówno Stones, jak i kierowca nie musli długo na nią czekać. Ogarnęła się w miarę szybko i dosłownie pięć minut po planowanej godzinie odjazdu, siedziała już obok Erica, zastanawiając się, czy pojawiający się i zanikający niepokój zmieszany z dziwnym podnieceniem niemającym nic wspólnego z tym seksualnym, były oznakami ekscytacji, frustracji, niepokoju, radości czy może każdej z tych rzeczy. Nietrudno było zauważyć, że lekko się spinała — Eric mógł to poczuć na własnej dłoni, gdy w teorii w nic nieznaczącym geście, zaciskała mocniej palce na jego ręce i je luzowała. Eric musiał odczuwać to samo; zachowywał się podobnie. Obydwoje byli dość nerwowi. Rozmowa z kierowcą w sumie by jej nie przeszkadzała. Lubiła ludzi, więc prowadzenie dyskusji z nieznajomymi nie sprawiało jej dyskomfortu. Temat, który nawinął mężczyzna, aż prosił się o komentarz ze strony Winfield.
— Ja już byłam kilka razy, ale za każdym razem jak tam wracam, to mam wrażenie, że jest coraz gorzej. Tak czy inaczej, jeśli miałabym polecić coś dla odwiedzających to Stasburg lub Niceę — odezwała się, podłapując spojrzenie kierowcy ubera w przednim lusterku. Odwróciła głowę w stronę Erica, przesuwając kciukiem po jego dłoni i przysunęła się bliżej, opierając się o jego ramię. — W sumie jak wystarczy nam czasu, to możemy odwiedzić jedno i drugie. Albo wiesz co? Może, zamiast wrócić w poniedziałek, wrócimy we wtorek... — zasugerowała. — Stasburg jest bardzo kolorowy. Mają tam piękne domki i jest na granicy Francji i Niemiec. Może ci się spodoba i będziesz tam chciał tam zamieszkać? — zaproponowała, szturchając go zaczepnie — nieszczególnie chciała wyprowadzać się do Francji, bo dobrze mieszkało jej się w Toronto, ale… Kto wie? W końcu plany mogły zawsze się zmienić, brała to pod uwagę, nawet jeśli nie lubiła.


mon chéri

Viva la France y vive croissant!

: ndz lis 01, 2026 3:13 pm
autor: Eric Stones
Widząc, że Sher spakowała się tylko w jedną walizkę, Eric zrobił wielkie oczy, gdyż był wręcz pewien, iż jego dziewczyna postanowi lub będzie zmuszona wziąć ich kilka - do trzech maksymalnie. A tu proszę, taka niespodzianka. Normalnie przez krótką chwilę aż bił jej brawo, coby pokazać, iż naprawdę był dumny - czyli łącznie mieli dwie walizki, z czego w tej u Stonesa było miejsce, więc Sher mogła tam dopakować jakieś swoje rzeczy.
Przez chwilę przeszła mu myśl, że skoro lecieli do Europy, to mogliby też wpaść na Litwę – rodzina Erica pewnie nie miałaby nic przeciwko i zapewne nawet by się ucieszyła, biorąc pod uwagę, że już dawno nie widział się z członkami rodziny ze strony ojca. Litwin bardzo chciał zabrać swoją lubą do państw, z których pochodził on i jego rodzice. Ogólnie, póki miał możliwość, tzn. pracował i mógł wziąć urlop, chciał zabrać Sher w różne miejsca, z naciskiem na Litwę i Koreę, które widniały na szczycie jego wyimaginowanej listy “państw do zwiedzenia”. A! No i na pewno musiał wreszcie wykorzystać bilet lotniczy do Miami, który leżał w szufladzie od zeszłorocznych świąt Bożego Narodzenia.
Wyraz twarzy oraz gesty Sher były dla Erica jasnym znakiem, iż Winfield stresowała się tą podróżą, dlatego jak tylko widział grymas lub usłyszał stłuczony kubek, podchodził do niej i mocno ją przytulał, nie zadając pytania “czy wszystko okej”. Przez fakt bycia Euroazjatą jego rodzina raczej nie byłaby zaskoczona, widząc Sher. Poza tym spora część bliskich Stones’a miała konta w social mediach, na których mogła zobaczyć dziewczynę Erica, bo bądź co bądź, upamiętniali wiele wspólnych chwil – a na pewno każde wyjście do restauracji.
Restauracje.
Stones był bardzo ciekaw tych, jakie odwiedzi we Francji, i czy tamtejsza kuchnia bardziej mu posmakuje niż amerykańska czy koreańska. Rozważał także spróbowanie ślimaków, choć z drugiej strony czuł lekkie obrzydzenie, bo jednak automatycznie wyobrażał sobie te śliskie mięczaki, będące jednocześnie szkodnikami roślin, które wychodziły po opadach deszczu. Ciężko mu było zrozumieć, jak można było je konsumować, choć z drugiej strony, gdzieś w Azji (np. w Kambodży i Tajlandii) jedzono pająki… Co kraj, to obyczaj. O pająkach służących za przekąskę dowiedział się, oglądając program National Geographic, w którym występował Gordon Ramsay i to on odwiedzał różne państwa,poznawał lokalne kultury, zwyczaje, przyrodę, a także kuchnię.
To prawda. Pięć minut było dosłownie chwilą, ale najważniejsze, że Sher wyrobiła się w czasie, dlatego kiedy potwierdziła domknięcie walizki, nim Eric zabrał ją żeby schować do bagażnika, musnął ustami usta zielonookiej, co miało być czymś w rodzaju gratulacji połączonych z poczuciem dumy, bo gdyby potrzebowała więcej czasu, pan uber kosiłby ich za każdą kolejną minutę - dzięki pogadance, pan kierowca nie naliczył dodatkowych kosztów, a dla samego Erica najważniejsze było, by być odpowiednio wcześniej na lotnisku by nie stresować się niepotrzebnie. Nieważne, że lotnisko od Parkdale dzieliło mniej więcej 20 min samochodem… W sumie, zawsze mógł dogadać z bratem lub siostrą, by któreś z nich ich zawiozło, ale po prostu, nie chciał im zawracać głowy. Już wystarczyło, że dostali zadanie bojowe w postaci opieki nad zwierzyńcem: kotami oraz Guciem.
Siedząc w taksówce, czuł nie tylko perfumy, ale także reakcje Sher, tj. jak ściskała i luzowała uścisk, lecz on po pierwsze nie zamierzał puszczać jej dłoni, jakby chciał, by wiedziała, że jest przy niej i będzie przez całą tę podróż, a po drugie… sam niejednokrotnie ścisnął nieco mocniej dłoń Winfield zastanawiając się, czy po wylądowaniu nie będą potrzebowali się nieco zrelaksować... Chociaż kto wie, może i podczas lotu coś wymyślą. Albo Eric coś ogarnie, żeby było milej.
- Ciekawe, jak będzie teraz. - powiedział, a słysząc o Nicei, przypomniał sobie, że istnieje klub sportowy, pochodzący ze wspomnianego miasta. Na pewno chciał podczas wizyty w Paryżu zobaczyć stadion PSG oraz odwiedzić sklep, gdzie sprzedawano koszulki i inne piłkarskie rzeczy dla kibiców - choć on za ligą francuską jakoś zbytnio nie przepadał, ale skoro już mieli odwiedzać Paryż, to czemu miałby nie skorzystać?
Uniósł kąciki ust, kiedy poczuł kciuk Sher na swojej dłoni. Lubił, kiedy to robiła, ponieważ był to taki… uspokajający go gest.
- No… niby jeden dzień mnie nie zbawi. Znaczy, tak myślę. - odparł, poważnie rozważając propozycję wydłużenia pobytu o jeden dzień. Oparł głowę o głowę Sher, która leżała na jego ramieniu.
- Piękne domki mówisz? Ja to myślę o jakiejś działce nad jeziorem… - powiedział zgodnie z prawdą.
- W sumie posiadanie działki za granicą też byłoby fajne. - dodał nagle, bo kto wie, co miała przynieść przyszłość? A tak to zawsze mogliby skorzystać z drugich drzwi, do których klucze mieliby WYŁĄCZNIE oni. Oczywiście Erica wyobraźnia już zaczęła mu przed oczami pokazywać obrazy, na których on wraz z Sher spędzaliby zimowy urlop przy kominku w jednym z domków w Strasburgu. Westchnął cicho, bo przecież… zamiast myśleć o działce powinien myśleć o czterech ścianach. Znaczy to nie tak, że mieszkanie Sher było złe, po prostu… takim jego małym marzeniem było albo kupić coś, co należało wykończyć, albo zbudować dom od zera i posadzić drzewo.
- Dziękujemy bardzo. Miłego dnia. - rzucił do kierowcy, ponieważ nim się obejrzał, stali przed drzwiami wejściowymi lotniska. Po zamknięciu za sobą drzwi, zgarnął walizki z bagażnika, zamknął go i zaczął iść do wejścia. Wewnątrz hali co chwilę można było usłyszeć różne komunikaty, choć najbardziej interesowały go bramki wraz z odprawą bagażową.
- Z tego, co widzę, musimy iśc… tam. - powiedział, analizując znaki. Ktoś w pośpiechu na niego wpadł, ktoś obok krzyczał na drugą osobę, a jeszcze ktoś inny opróżniał zawartość butelki. Eric wziął Sher za rękę, by mu przypadkiem nie zaginęła. O tyle dobrze, że sklepy były po przekroczeniu kontroli bezpieczeństwa, więc istniało mniejsze ryzyko, że coś przykuje uwagę dziewczyny.
Po dotarciu do odprawy bagażowej ustawili się w kolejce, która szła całkiem sprawnie. Może to dzięki temu, że praktycznie przy każdym stanowisku ktoś był.
Bagaż otrzymał naklejkę i został nadany do luku bagażowego, a następnym krokiem było sprawdzenie, czy ani Stones, ani Winfield nie wnoszą ze sobą czegoś niebezpiecznego. Eric z bólem serca zostawił scyzoryk w mieszkaniu, choć planował kupić sobie otwieracz ze scyzorykiem we Francji jako pamiątkę.
Ludzie w kolejce zaczęli brać kosze, do których wkładali okulary, telefony, paski, biżuterię, buty… ogólnie wszystko, co mogłoby powodować piszczenie podczas przechodzenia przez bramkę magnetyczną.
Nagle pan kontroler przywołał do siebie pewnego gościa, który zaczął wykonywać nerwowe ruchy.

- Ciekawe, co miał w plecaku. - powiedział Eric do stojącej przed nim Sher. Nagle gość zaczął uciekać, a za nim ruszyli mundurowi ochrony lotniska.
- No ładnie… - podsumował, zastanawiając się, kto wygra: gość czy mundurowi.
Kiedy Stones przeszedł przez bramkę, już miał iść, by zacząć zabierać swoje rzeczy, lecz pani kazała mu podejść i wyciągnąć ręce. Stones zmarszczył brwi, bo halo! Przecież on niczego takiego nie dotykał… Kobieta mu podziękowała, a kiedy zobaczyła coś na ekraniku, pozwoliła mu iść.
- Jeny, człowiek nic nie zrobił, a i tak go sprawdzają. - prychnął, przeczesując włosy. Założył zegarek i, mając pewność, że wszystko zabrał, ruszył wraz z Sher w kierunku bramek.
- Nie wiem, jak Ty, ale ja bym coś zjadł. - odparł, bo choć mieli podczas lotu dostęp do przekąsek i sam w swoim plecaku miał jakieś musy oraz batony, tak jednak naszła go ochota na burgera… i w sumie kawę też. Gorzej, że ponieważ byli na lotnisku, ceny były… iście lotniskowe, tj. wyższe niż normalnie, a druga sprawa to to, że tu były sklepy, a sklepy + Sher = NIEBEZPIECZEŃSTWO. Eric coś o tym wiedział. Niejednokrotnie spędził z nią kilka dobrych godzin, przemierzając galerię handlową. A aktualna część hali lotniskowej przypominała właśnie jedną z galerii i oczy Sher pewnie świeciły niczym diamenty. A przynajmniej tak się Litwinowi zdawało.

ma chérie