We Should Catch the Criminal, Right?
: sob paź 17, 2026 7:41 pm
Październik miesiącem grozy, huh? Na prokuratorze i na komisariacie, horror czy też zaawansowany thriller, trwa cały rok i to bez wyjątków. Codziennie słyszy się o przerażających przestępstwach, popełnianych w biały dzień z zimną krwią; pełne bezwzględności i brutalności. Caleb nie był na szczęście sztywnym gościem, który jakoś wybitnie mocno przekładałby swoją pracę na życie prywatne. Raczej dość skutecznie oddzielał oba te sektory, próbując znaleźć względny balans w swojej rzeczywistości. Mógł więc pójść na Halloweenową imprezę, na której pełno było krwi, znanych wszystkim morderców i innych dziwactw, by kolejnego poranka stawić się w pracy, próbując rozgryźć jedną z bardziej zawikłanych spraw. Ten dzień, nie różnił się więc niczym szczególnym, poza tym, że tym razem miał lekkiego kaca — it happens, prawda? Zdarza się najlepszym.
Boże. Dlaczego to zawsze on musiał przyjeżdżać z biura do glin? Dlaczego to oni nigdy nie mogli pojawiać się na prokuraturze? Na szczęście, w tej sprawie współpracował z Cobie, a ona była jedyną osobą, poza Javierem, która go nie denerwowała. A przynajmniej nie do tego stopnia, że miał ochotę wyrzucić dokumenty w powietrze i zwyczajnie wyjść. A to mimo wszystko był niemały sukces. Paręnaście dni temu, policja dostała anonimowe zgłoszenie, dotyczące lekarza, dopuszczającego się przestępstw seksualnych, głównie na swoich pacjentkach. Przez ostatni tydzień, ściśle współpracował z Takedą, żeby znaleźć mocne dowody na to, że to wszystko nie było jedynie wymysłem, jakiejś rozhisteryzowanej kobiety. Nie mogli przecież zamknąć człowieka bez niepodważalnych argumentów, racja?
Cal dostał wiadomość, że podejrzany został aresztowany, więc czym prędzej pojawił się na komisariacie. Od razu po wejściu do budynku, dało się wyczuć dość ciężką atmosferę; Fairchild poprawił marynarkę, wchodząc głębiej w znany mu korytarz i zatrzymał się przed salą przesłuchań, czekając na dziewczynę, żeby dostać od niej więcej informacji. Po jakichś piętnastu minutach drzwi otworzyły się, a Caleb uniósł głowę, odpychając się łagodnie od ściany. — Takeda, cześć — mruknął, próbując nie przechodzić od razu do konkretów, ale to było silniejsze od niego. Kiedy był w pracy, nie potrafił silić się na zwykłe uprzejmości; w takie rzeczy mogli bawić się, kiedy nie mieli gościa za ścianą. — Jak poszło? Zgadując po twojej minie to do niczego się nie przyznaje? — rzucił, oscylując uważnym spojrzeniem wokół jej twarzy. — No tak. Pewnie myśli, że pieniądze i adwokat wszystko załatwią, więc czemu miałby współpracować albo się poddać — parsknął, ignorując światło, które niebezpiecznie zamigotało nad ich głowami.
Cobie
Boże. Dlaczego to zawsze on musiał przyjeżdżać z biura do glin? Dlaczego to oni nigdy nie mogli pojawiać się na prokuraturze? Na szczęście, w tej sprawie współpracował z Cobie, a ona była jedyną osobą, poza Javierem, która go nie denerwowała. A przynajmniej nie do tego stopnia, że miał ochotę wyrzucić dokumenty w powietrze i zwyczajnie wyjść. A to mimo wszystko był niemały sukces. Paręnaście dni temu, policja dostała anonimowe zgłoszenie, dotyczące lekarza, dopuszczającego się przestępstw seksualnych, głównie na swoich pacjentkach. Przez ostatni tydzień, ściśle współpracował z Takedą, żeby znaleźć mocne dowody na to, że to wszystko nie było jedynie wymysłem, jakiejś rozhisteryzowanej kobiety. Nie mogli przecież zamknąć człowieka bez niepodważalnych argumentów, racja?
Cal dostał wiadomość, że podejrzany został aresztowany, więc czym prędzej pojawił się na komisariacie. Od razu po wejściu do budynku, dało się wyczuć dość ciężką atmosferę; Fairchild poprawił marynarkę, wchodząc głębiej w znany mu korytarz i zatrzymał się przed salą przesłuchań, czekając na dziewczynę, żeby dostać od niej więcej informacji. Po jakichś piętnastu minutach drzwi otworzyły się, a Caleb uniósł głowę, odpychając się łagodnie od ściany. — Takeda, cześć — mruknął, próbując nie przechodzić od razu do konkretów, ale to było silniejsze od niego. Kiedy był w pracy, nie potrafił silić się na zwykłe uprzejmości; w takie rzeczy mogli bawić się, kiedy nie mieli gościa za ścianą. — Jak poszło? Zgadując po twojej minie to do niczego się nie przyznaje? — rzucił, oscylując uważnym spojrzeniem wokół jej twarzy. — No tak. Pewnie myśli, że pieniądze i adwokat wszystko załatwią, więc czemu miałby współpracować albo się poddać — parsknął, ignorując światło, które niebezpiecznie zamigotało nad ich głowami.
Cobie