stuck in these rush hours
: ndz paź 18, 2026 12:47 am
012.
Pacjentów na oddziale przybywało, jakby stanowili królestwo mrówek, wymykające się z wyjątkowo głębokiego kopca. To z kolei sprawiało, że presja i zmęczenie dociskały go do gleby jak nigdy wcześniej, a emocje, takie jak napięcie i niepewność tego, jak będzie wyglądać jutro — czyli te najbardziej upierdliwe i brzęczące nad uchem — przywierały nieprzyjemnym, chłodnym potem do ramion, a także osiadały łuną znużenia na wrażliwym dziś karku. Odbierały mu przy tym naturalną cierpliwość.
Miał dość. Pierwszy raz od miesięcy.
On, który zwykle dałby się pokroić za kawałek dodatkowej pracy, byle tylko nie wracać do pustego mieszkania. Dziś jednak beczka uzależnienia w postaci pracoholizmu okazywała się znacznie bardziej pękata i po brzegi wypełniona obowiązkami, których nie tyle nie chciał wypełnić, co nie potrafił. Gorączka wysiłku obiegła całe ciało Milesa, począwszy od końców palców, skończywszy na sercu. Metaforycznie, rzecz jasna, mimo wszystko czuł ten nieprzyjemny ucisk na organach, jak ciasny splot, który z każdym jednym, dodatkowym zadaniem, zaciskał się coraz mocniej i mocniej. Pił bez umiaru, jakby pragnął wydrzeć z niego ducha.
Serce łomotało ze zmęczenia jeszcze długo po wyjściu ze szpitala.
A potem, gdy po powrocie do domu stał już pod budynkiem, uderzył w niego hałas na klatce schodowej i ogólny przepych, trwający pewnie godzinami, sądząc po tym, jak wielu ludzi zebrało się w jednym miejscu przy recepcji. Sąsiedzi Milesa, w swojej najbardziej zezwierzęconej formie, wyglądali dziś wyjątkowo niepokojąco: jakby ogień targnął ich ciałem i albo kazał w niego wrzucać wszystkich pozostałych ocalałych, albo nakazał im szukać drogi ucieczki.
Najszybsza biegła przez pieniądze.
Zebrani i zdesperowani vhwytali się brzytwy, wykrzykując coś o należnym im odszkodowaniu. W gwałcie rozruchu i w klatce paniki, przepychali się także między sobą, uderzając boleśnie o pręta ograniczeń. Nikt ze zgromadzonych nie był bowiem skłonny do oddawania własnych oszczędności, czy wypłaty. Nikt również do końca pewnie nie wiedział, kto dzielił się na swoich i obcych, gdy wszyscy mruczeli coś obelżywego pod nosem na temat nie-swoich, i niechcianych obecności.
Niedługo czekał na wyjaśnienie.
Jeden z sąsiadów właśnie klął pod nosem, rzucając do niego, że tłum stoi tu bezmyślnie już od godziny i ani chce się ruszyć. Ludzie domagali się opłaty za wejście do własnego mieszkania, a próba pojednania, jak zdążył zauważyć Howard, u innych mieszkańców kończyła się na niczym.
Nie wiedział tylko jednego: ile wynosiła opłata.
(bo był dostatecznie dziś zdesperowany, by ją uiścić).
— Ile żądają? — zaczepił pierwszy jeden rękaw, jaki tylko nawinął mu się pod palcami. I wtedy zobaczył, kogo pochwycił: Wolfganga Welsha.
Mężczyzna ten niewiele zmienił się od ich ostatniego spotkania. Może jedynie rysy na policzkach i szczęce nieco wyostrzyły się pod ciężarem doświadczeń i lat. Zamiast jednak przywitał się z nim po ludzku, nabrał w płuc świeżego powietrza, nie chcąc by słowa sentymentu ześlizgnęły się niechybnie wraz z wydechem. Kontrolował go i spowalniał świadomie, jak kontroluje się ruchy rąk.
— Hej, nie zauważyłem, że to Ty… Wolfgang.
Kamienne podwoje świadomości, ociężałe od wspomnień, właśnie stanęły mu w głowie jak gruby pion, by twarde, nienaruszone, zastygnąć na amen w przedsionku myśli. Z niemal grobową ciszą między nimi, wsunął dłonie do kieszeni eleganckich spodni, nie chcąc by zadrżały zdradziecko w odczuwanym przez niego dyskomforcie.
Wolfgang Welsh