Baby Shark, doo doo doo doo doo doo
: ndz paź 18, 2026 8:42 am
Środowisko madek, to była patologia w czystej postaci. Nie rodzisz dziecka naturalnie, tylko przez cesarkę? To wydobyciny, a nie poród. Nie karmisz dziecka piersią, to nie masz prawa nazywać się matką. Takich smaczków było wiele. Ilość wręcz przytłaczająca, a ona była już chyba na skraju czegoś pomiędzy załamaniem, a czystym popierdoleniem. Szkoła rodzenia. Miejsce, gdzie ktoś uczy cię odpowiedniej techniki oddychania i zawijania pieluch, zanim wywalisz na świat małego dyktatora, który zorganizuje każdą kolejną sekundę twojego życia. Kurwa, jak ona nienawidziła tych spotkań.
Alejandro jednak ją przekonywał, że te całe spotkania jej się przydadzą i powinna na nich być. Oczywiście, że nie miał czasu z nią pojechać, bo przez zasrany Blackout były braki w personelu medycznym i ciągali go wszędzie gdzie się dało. Na samą myśl, że znowu miała być tam jedyną osobą bez pary, to aż ją skręcało. Jako, że to family place przyjazne dzieciom, to nie mogła jednej suce Jessice wybić tego uśmieszka z mordy. Z takimi poczwarami trzeba grać w ich grę, a potem je zmiażdżyć. A skoro typiarce przeszkadzał fakt, że nie przychodziła z ojcem dziecka, to zamierzała jej pokazać całą plejadę najlepszych wujków na świecie.
Zaczynając od Erica. Informatycznego geniusza, który trzymał w ryzach i względnym bezpieczeństwie jej konta na social, żeby przypadkiem małe co nieco nie wypłynęło dalej w świat.
- Prooooooooooszę, i tak nie masz co robić, bo nie ma prądu. A Sher pewnie lata i zajmuje się odwoływaniem rezerwacji na sali. - zamierzała nawet zrobić oczy kota ze Shreka. Znaczy ni chuja nie umiała zrobić tak sweet wyszczerzu, więc miała go narysowanego na kartce z dopiskiem "Zrób to dla Juniora". - Będzie fajnie. Junior nawet zaczyna się ruszać i może jako pierwszy poczujesz jego kopniaka. - miała go. A może nie. Tak czy siak po wielkim ciężarnym melodramacie i zjedzonej paczce żelek oboje stali przed budynkiem, w którym zaraz zaczynał się jej prywatny terror.
- Gabriela, słonko, dziś pracujemy w parach. Pożyczę ci mojego Paula... Oh… Przyprowadziłaś kogoś. - od tego rechotu żaby aż ją skręcało i Juniora również, bo przecież jako matka czuła takie rzeczy. Mocniej zacisnęła palce na ramieniu Erica i wymusiła na usta uśmiech. Słonko... Nigdy nikt jej tak nie opluł... Pieprzone gniazdo żmij... Ten cały Paul nie miał nawet podjazdu do Erica. W odruchu miłosierdzia może powinni chłopa uratować z rąk tej meduzy?
- Chodźmy Eric na salę. Tutaj śmierdzi. Chyba Jessica ma gazy ciążowe. A nie, to tylko zapach fałszywej pizdy i tanich perfum. - powiedziała słodkim głosikiem, którego się tutaj nauczyła i pociągnęła przyjaciela na salę, gdzie mieli oboje, jako drużyna odpierdolić rodzicielski shit.
Eric Stones
Alejandro jednak ją przekonywał, że te całe spotkania jej się przydadzą i powinna na nich być. Oczywiście, że nie miał czasu z nią pojechać, bo przez zasrany Blackout były braki w personelu medycznym i ciągali go wszędzie gdzie się dało. Na samą myśl, że znowu miała być tam jedyną osobą bez pary, to aż ją skręcało. Jako, że to family place przyjazne dzieciom, to nie mogła jednej suce Jessice wybić tego uśmieszka z mordy. Z takimi poczwarami trzeba grać w ich grę, a potem je zmiażdżyć. A skoro typiarce przeszkadzał fakt, że nie przychodziła z ojcem dziecka, to zamierzała jej pokazać całą plejadę najlepszych wujków na świecie.
Zaczynając od Erica. Informatycznego geniusza, który trzymał w ryzach i względnym bezpieczeństwie jej konta na social, żeby przypadkiem małe co nieco nie wypłynęło dalej w świat.
- Prooooooooooszę, i tak nie masz co robić, bo nie ma prądu. A Sher pewnie lata i zajmuje się odwoływaniem rezerwacji na sali. - zamierzała nawet zrobić oczy kota ze Shreka. Znaczy ni chuja nie umiała zrobić tak sweet wyszczerzu, więc miała go narysowanego na kartce z dopiskiem "Zrób to dla Juniora". - Będzie fajnie. Junior nawet zaczyna się ruszać i może jako pierwszy poczujesz jego kopniaka. - miała go. A może nie. Tak czy siak po wielkim ciężarnym melodramacie i zjedzonej paczce żelek oboje stali przed budynkiem, w którym zaraz zaczynał się jej prywatny terror.
- Gabriela, słonko, dziś pracujemy w parach. Pożyczę ci mojego Paula... Oh… Przyprowadziłaś kogoś. - od tego rechotu żaby aż ją skręcało i Juniora również, bo przecież jako matka czuła takie rzeczy. Mocniej zacisnęła palce na ramieniu Erica i wymusiła na usta uśmiech. Słonko... Nigdy nikt jej tak nie opluł... Pieprzone gniazdo żmij... Ten cały Paul nie miał nawet podjazdu do Erica. W odruchu miłosierdzia może powinni chłopa uratować z rąk tej meduzy?
- Chodźmy Eric na salę. Tutaj śmierdzi. Chyba Jessica ma gazy ciążowe. A nie, to tylko zapach fałszywej pizdy i tanich perfum. - powiedziała słodkim głosikiem, którego się tutaj nauczyła i pociągnęła przyjaciela na salę, gdzie mieli oboje, jako drużyna odpierdolić rodzicielski shit.
Eric Stones