Strona 1 z 1

ten, w którym blackout robi się bardzo straszny!

: ndz paź 18, 2026 8:11 pm
autor: Jamie Park
Blackout zaskoczył wszystkich, ale to właściciele biznesów chyba najbardziej na tym ucierpieli. W kilka chwil Jamie po prostu nie mogła prowadzić swojej cukierni. Nie działały piekarniki, ani ekspres, ani, co gorsza lodówki. I póki brak dostawy prądu trwał dzień, nie było większego problemu. Wyprzedała to, co było w lodówkach, ale lody... To zaczynało być problematyczne, więc następnego dnia rozdawała swoje wyroby już za darmo, byleby się nie zmarnowały.

Blackout przeciągał się na kolejne dni, które w końcu zmusiły Jamie do zamknięcia lokalu. Aż pewnego dnia stwierdziła, że przecież nie może zostawić swoich policjantów, strażaków i ratowników bez wsparcia. Jak i ludzi w jej dzielnicy. I tak narodził się w jej głowie pomysł polowego Kitten. Odkopała i wymyła olbrzymie termosy na kawę i wrzątek. Wygrzebała herbaty i nawet kupiła tę durną, rozpuszczalną kawę. Poprosiła o pomoc przyjaciół i zaczęło się wielkie szykowanie kanapek dla służb i tych ludzi, którzy po prostu potrzebowali pomocy, albo miejsca, w którym mogli odpocząć od stresu.

Drzwi kawiarni były otwarte prawie przez całą dobę, właśnie po to, by policjanci i strażacy mogli wejść chociaż na chwilę, ogrzać się i odetchnąć. Wkrótce pojawił się też wielki słoik, do którego można było wrzucać małe datki na dalsze działanie prowizorycznej cukierni bez ciastek, za to z wybornymi kanapkami domowej roboty. Najwyraźniej nowy trend mógł się wpisać w działalność tego miejsca.

Tego wieczora Jamie była w Kitten sama. Było już dość późno i właśnie pożegnała jeden z patroli policyjnych, który wpadł po to, by uzupełnić kawę i zabrać po kanapce na resztę nocy. Zaczynała się powoli zastanawiać nad tym, czy jednak nie zamknąć lokalu, tylko wywiesić kartkę z jej numerem telefonu, żeby w razie czego ktoś mógł ją ściągnąć z góry do lokalu. Powoli sprzątała, wynosząc jeden z termosów na zaplecze, gdzie zabrała się za jego mycie. Wtem ciszę lokalu przeciął dzwoneczek przy drzwiach.

- Już idę! Ale nie krępujcie się, bierzcie, co potrzebujecie! - krzyknęła przez otwarte drzwi do zaplecza i wytarłszy ręce w ścierkę, wyszła do lokalu, gdzie stanęła jak wryta, widząc nieznajomego mężczyznę, kurczowo trzymającego się za lewy bok.

Jego koszula była przesiąknięta krwią. Chwiejnym krokiem przemierzył kilka metrów między stolikami, zostawiając za sobą wyraźne, czerwone ślady.

- Nie… nie dzwoń po służby, błagam… - wykrztusił, ciężko łapiąc oddech. - Zamknij drzwi, zanim tu wejdą! Oni chcą mnie zabić! To mordercy!

Po tych słowach osunął się na najbliższe krzesło, wciąż kurczowo trzymając dłoń przy zakrwawionym boku.

Nie wiedziała, jak zareagować, ale w odruchu samarytanki po prostu posłusznie podeszła do drzwi, zanim jednak przekręciła zamek, zawahała się.
Diego Sullivan