Strona 1 z 1

Sweet home

: ndz paź 18, 2026 10:53 pm
autor: Aslan Mountbatten
Przyszedł do Adeline po kilku dniach, uprzednio odbywszy z nią krótką rozmowę telefoniczną, podczas której p o p r o s i ł o adres. W progu zjawił się z niewielką torbą, bardziej przypominającą bagaż na siłownię, aniżeli dopytek z jakim zamierzał wprowadzić się do mieszkania.
Oczywiście nie spodziewał się entuzjazmu ze strony swojej żony, co zresztą zdążył zauważyć już wcześniej, gdy obwieścił jej, że powinni razem zamieszkać. Nie zamierzał jednak odpuszczać. Dalej był przekonany, że musiał kuć żelazo, póki gorące, a skoro trafiła mu się gęś znosząca złote jajka, grzechem byłoby nie wykorzystać do cna całego potencjału tej popieprzonej sytuacji.
Aslan był spłukany. Ba, wręcz zadłużony, dlatego nie mógł tracić czasu. Postanowił natychmiast wcielić się w rolę troskliwego męża, aby już w kolejny poniedziałek Adeline mogła przelać mu upragnione, ukochane, cuchnące przekrętem pieniądze.
— Muszę zrobić pranie — oświadczył, a przekroczywszy próg mieszkania, sugestywnie uniósł torbę, po czym rozejrzał się po wnętrzu. Mieszkanie wyglądało na przytulne, a przy tym całkiem luksusowe w porównaniu z kawalerkami i ciasnymi pokojami, w których dotychczas sypiał. — Zaraz pogadamy — dodał, gdy stojąca tuż przed nim Adeline, wyraźnie skonsternowana jego zachowaniem, uniosła brwi i mocniej docisnęła skrzyżowane ramiona do klatki piersiowej. W końcu jednak z wyraźną rezygnacją, skinęła głową w stronę łazienki, gdzie najwyraźniej znajdowała się pralka. — Dzięki.
Aslan nonszalancko minął rudowłosą i po drodze niby przypadkiem trącił ją ramieniem, po czym ostatecznie zamknął się w łazience. Natychmiast niedbale wysypał zawartość torby prosto do bębna pralki, jedynie w ostatniej chwili wyławiając spośród ubrań kosmetyki przeznaczone do pielęgnacji jego atopowej skóry. Samą torbę cisnął w kąt, a następnie ściągnął bluz, którą również włożył do środka. Zaraz znalazłszy proszek, wsypał odpowiednią ilość do szuflady, uruchomił urządzenie i podszedł do umywalki, aby przemyć twarz.
Mimo wszystko taka swoboda kosztowała Aslana wiele energii. Mógł zgrywać frywolnego pazia; nieodpowiedzialnego i buńczucznego awanturnika, ale tak naprawdę po raz pierwszy w życiu czuł się tak mocno do czegoś zobowiązany. Zarówno ślub, jak i obecna sytuacja były dla niego czymś nowym; czymś zgoła niezwykłym, choć usilnie próbował odsunąć na bok związane z tym emocje.
I niespodziewanie zgasło światło. Na momen znieruchomiał z dłońmi opartymi o krawędź umywalki i jeszcze przez krótką chwilę wpatrywał się w swoje niewyraźne odbicie, usiłując przyzwyczaić wzrok do nagłej ciemności. Pierwszą myślą, jaka przemknęła mu przez głowę, było to, że Adeline postanowiła urządzić mu jakiś głupi żart.
— Bardzo zabawne! — krzyknął, ale po odczekaniu paru sekund i braku komentarza, mimowolnie spojrzał w stronę pralki. Ta stała nieruchomo, a jej panel pozostał zupełnie ciemny. Wtedy prychnął i ruszył do drzwi. To, co mu się rzuciło w oczy po ich otwarciu, to panujący wszędzie pół mrok. — Nie zapłaciłaś rachunków za prąd? No, świetnie. Nie podpisaliśmy nawet intercyzy. Zaraz się okaże, że jesteś spłukana i chcesz mnie w coś wrobić, Adeline — rzucił z wyniosłym rozbawieniem, próbując wypatrzyć sylwetkę kobiety.

Adeline Mountbatten

Sweet home

: ndz paź 18, 2026 11:10 pm
autor: Adeline Mountbatten
Not that sweet beginnings

Adeline wyszła z propozycją ożenku w jednym konkretnym celu — żeby zrobić na złość Thomasowi i postawić na swoim. Nie spodziewała się jednak, że sfingowane małżeństwo przyniesie w jej życiu tak diametralne zmiany.
Ewidentnie, proponując Aslanowi układ w ciemnej alejce na tyłach restauracji, nie przemyślała, jak właściwie ten układ miałby wyglądać w praktyce. Pierwotnie przewidywała, że będzie to znajomość wyłącznie na telefon — potrzebowała go, więc był. Nie sądziła, że mąż postanowi się do niej wprowadzić.
Kiedy pojawił się w jej drzwiach, nadal podchodziła do sprawy bardzo sceptycznie, choć częściowo mężczyzna przecież miał rację, że zamieszkanie razem będzie bardziej wiarygodne. Nie mógł nie zauważyć jej konsternacji, gdy zrozumiała, że ten jeden plecak był wszystkim, co miał. Gdy zamykała za nim drzwi, przez jej głowę przemknęła myśl, że już wcale jej nie dziwiło, czemu zgodził się na to czyste wariactwo. Bardzo łatwo przyszło jej też wydać osąd, że pieniądze zdecydowanie się go nie trzymały. Nagle zakwaterowanie w jej lokum okazało się sprytnym i przede wszystkim wygodnym dla niego posunięciem.
To wszystko wydawało jej się takie d z i w n e. Stanęła więc na korytarzu na niespełna kilka kroków przed nim i skrzyżowała ramiona na piersiach. Czuła się niezręcznie. Po tych kilku dniach zdążyła już oswoić się myślami z nową sytuacją, a także zgodnie z umową z Marcusem, przygotować papiery, które miała mu podrzucić wraz z wynagrodzeniem. Niemniej widok mężczyzny, którego poślubiła, w jej mieszkaniu, rodził w niej mieszane uczucia. Właśnie wpuszczała do swojego świata zupełnie obcego człowieka.
Sama tego chciałaś, Ade, upomniała się w myślach, przesuwając po nim spojrzeniem od stóp do głów, zatrzymując się dłużej na torbie, którą jej pokazał.
Pranie. Uniosła wysoko brwi, dziwiąc się, że naprawdę pierwsze, co chciał zrobić po p r z e p r o w a d z c e, to niecierpiące zwłoki pranie.
— Główna łazienka jest tu — ruchem dłoni wskazała drzwi obok i nawet kącik jej ust drgnął ledwie dostrzegalnie ku górze.
A potem ledwo powstrzymała się przed pomrukiem lekkiej irytacji, mimowolnie zaciskając szczęki, kiedy podczas mijania jej trącił ją, jakby jego barczyste ramiona nie potrafiły zmieścić się we wcale nie tak wąskim korytarzu.
Zamiast bez sensu się denerwować, skierowała swoje kroki do kuchni, by sprawdzić na oko podgrzewaną w piekarniku zapiekankę. Przynajmniej tyle dobrego, że Aslan uprzedził ją o swoim przyjściu, bo miała przynajmniej czas, by wykrzesać z resztek w lodówce kolację. Nieskromnie pisząc, uważała się za dobrą gospodynię.
Właśnie wstawiła czajnik z wodą na herbatę, kiedy niespodziewanie wszystko zgasło. Wystraszona, na chwilę zastygła w bezruchu, a po kilku oddechach i braku poprawy sytuacji, rozejrzała się dookoła i zerknęła przez okno, z zaskoczeniem odkrywając, że światło zgasło na całej ulicy.
Usłyszała jego krzyk, ale postanowiła go zignorować. Po omacku odnalazła pozostawiony na blacie telefon i zapaliła latarkę, po czym przeszła na korytarz, żeby zajrzeć do skrzynki elektrycznej. Żadne korki spowodowane nieporadnym włączeniem pralki przez mężczyznę nie wystrzeliły. Wtedy też go usłyszała.
— A może to ty popsułeś pralkę swoimi łachami i pozbawiłeś prądu całą dzielnicę, hmm? — uniosła wysoko brew w poirytowaniu, ale mógł jedynie zauważyć kontury jej sylwetki, kiedy oświetlała rozdzielnię, którą ostatecznie zamknęła z głośnym szczęknięciem. Zaraz wzięła głębszy wdech, bo przecież wiedziała, że to nie on za tym stał. — Nawet lampy uliczne nie działają. Musiała nastąpić jakaś awaria — powiedziała już trochę łagodniej, obrzucając światłem podłogę. — Weź zapalniczkę — rzuciła do niego, jak zawsze nie szczypiąc się z prośbami, ale nie czekała na odpowiedź.
Podeszła do szafy w przedpokoju, z której wyciągnęła kilka grubych świec. Obłożona nimi, przeszła do kuchni i wyłożyła je na blacie, po czym prychnęła w nagłym rozbawieniu.
— Ten na górze chyba zadbał o pierwszy, wspólny, romantyczny wieczór małżonków — mruknęła ironicznie, biorąc do ręki pierwszą świecę, którą mu podsunęła, przez przypadek przyciskając ją do jego klatki piersiowej.
W tej ciemności oświetlanej wyłącznie poprzez leżący nieopodal telefon, nawet nie spodziewała się, że Aslan znajdzie się dosłownie na jej wyciągnięcie ręki.

mąż

Sweet home

: ndz paź 18, 2026 11:21 pm
autor: Aslan Mountbatten
— Jako dobra żona sama powinnaś zająć się moim praniem! — zauważył z przekąsem, odpowiadając na zgryźliwą uwagę Adeline.
Tak naprawdę niewiele obchodziły go te wszystkie stereotypowe przekonania, które spotykał wśród znajomych albo oglądał w filmach. W pałacyku jego matka również nie zajmowała się praniem ani innymi porządkami związanymi z rzeczami ojca, bo od tego mieli służbę. A nawet jeśli od czasu do czasu podejmowała się takiego aktu dobroci, Aslanowi nie weszło w krew traktowanie kobiety jak osobistej pokojówki. Miał dwie sprawne ręce i odrobinę oleju w głowie, więc potrafił samodzielnie wyprać swoje gacie. Albo spodnie.
Potrzebował chwili, aby przyzwyczaić wzrok do ciemności i oswoić się z nieznanym terenem. Czająca się w mroku Adeline stanowiła niewielkie zagrożenie w porównaniu z ostrymi kantami mebli i ozdobnymi dywanikami, o które, znając swoje pieprzone szczęście, z pewnością mógłby się potknąć.
Kiedy kobieta ruszyła przez mieszkanie, oświetlając sobie drogę latarką w telefonie, a tym samym odrobinę rozjaśniając mu otoczenie, swobodniej wkroczył do salonu. W skupieniu podparł dłonie na nagich biodrach i rozejrzał dookoła.
No niezły mieli początek tej całej farsy, skoro akurat w dniu, w którym się wprowadził, zgasło całe miasto.
Na dźwięk jej słów mimowolnie skierował wzrok ku oknom, jakby chciał się upewnić, że rzeczywiście miała rację. Wtedy ogarnął go osobliwy niepokój. Intuicyjnie przeniósł spojrzenie ponad dachy szarych budynków, ku niebu i miał szczerą nadzieję, że nie była to boska kara za przewinienie, którego się dopuścili. Aslan, choć bez wątpienia nacechowany buńczucznością, był jednocześnie absurdalnie bogobojnym człowiekiem. Liczył więc na to, że w chwili, gdy wraz z Adeline stanął przed ołtarzem, Najwyższy miał na głowie coś zgoła innego.
Ponownie zwrócił się ku kobiecie. Najpierw odruchowo spojrzał na snop światła padający na podłogę, a zaraz potem sięgnął do tylnej kieszeni po zapalniczkę. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało był już gotowy, gdy ta podeszła do kuchennego blatu. Sam również skierował się w tamtą stronę.
Na jej wzmiankę o Bogu drgnął, ale nie dał po sobie poznać, że cała sytuacja zaczynała go niepokoić. Zamiast tego prychnął ni to ironicznie, ni poważnie, po czym nagle się zakrztusił. Potem zgiął się lekko, zaraz jednak znowu wyprostował i prędko odebrał świecę z dłoni kobiety, która raptem parę sekund wcześniej dźgnęła go nią w tors. Co za babsko; rzucił w myślach, po czym zgodnie z rozkazem zapalił przedmiot i ułożył na blacie pomiędzy nimi. Wtem ciepły blask natychmiast rozjaśnił ich twarze.
— To usługa dodatkowo płatna — zauważył z zawadiackim uśmiechem. — Nie będę się puszczał za darmo — dodał z przekąsem i w zabawny, sugestywny sposób poruszył brwiami.
Właściwie wcale nie planował sypiać z Adeline, choć gdyby naprawdę jej na tym zależało… Oparł łokieć o kuchenny blat i przesunął spojrzeniem wzdłuż sylwetki kobiety. Błękitne elementy garderoby niewiele odsłaniały, ale z pewnością doskonale komponowały się z jasną barwą jej oczu.
Nagle cmoknął z dezaprobatą.
— Zresztą zapomnij — rzucił prawdopodobnie bardziej do siebie, aniżeli do Adeline i znowu odwrócił głowę w kierunku okien. — I co teraz, moja droga ż o n k o? Niezależnie od okoliczności i tak mamy do pogadania. — Chwycił kolejną świecę i również ją odpalił, a następnie położył obok lodówki. Potem jeszcze jedną na stoliku w salonie i kolejne dwie na komodzie. W pomieszczeniu zapanował w miarę przyjamny półmrok, a przynajmniej na tyle odpowiedni, że Aslan mógł bez problemu rozglądnąć się po mieszkaniu.
Uwagę Aslana przykuło kilka fotografii zawieszonych na ścianie. Tym razem to on użył lampki w telefonie, aby lepiej je sobie oświetlić. Na jednej z nich Adeline pozowała w towarzystwie jakiejś ciemnowłosej dziewczyny. Kolejna przedstawiała ją na pastwisku, pośród koni. Musiała być na niej młodsza o dobrych dziesięć lat. Na jeszcze innej stała w otoczeniu przyjaciół, ubrana w granatową togę. Wtedy dostrzegł, że w tle znajdował się budynek konkurencyjnej uczelni, którą dobrze kojarzył.
— Jeździsz konno? — zapytał. — Można tu gdzieś pojeździć? — Zaciekawił się. Być może nie pałał ogromną miłością do tego sportu, ale doskonale pamiętał, że w pałacyku zdarzało mu się wybierać na przejażdżki, gdy chciał odetchnąć od rodziców. — Czy coś się pali? — dodał znienacka, gdy do jego nozdrzy dotarł dziwny zapach. Wcześniej wyczuwał jedynie aromatyczne przyprawy i ser, tymczasem teraz w powietrzu unosiła się nieprzyjemna, nawet gryząca woń, która skutecznie odwróciła jego uwagę od dalszego doglądania zdjęć.

Adeline Mountbatten

Sweet home

: pn paź 19, 2026 11:08 pm
autor: Adeline Mountbatten
Na uwagę o dobrej żonie Adeline przewróciła jedynie oczami, postanawiając ją przemilczeć. W poprzednich związkach nigdy nie czuła się zobowiązana do wykonywania stereotypowych obowiązków, a jeśli to robiła to wyłącznie dlatego, że sama chciała. W zasadzie nie przeszkadzało jej brudzenie rąk sprzątaniem, praniem czy prasowaniem, ale znała swoją wartość na tyle, by nie dać się założyć na siebie chomąto i wiecznie robić coś za dwójkę. Związek oznaczał dla niej partnerstwo, a nie matkowanie.
Wzmianka o Najwyższym nie zrobiła na niej żadnego wrażenia, więc kiedy usłyszała jego dziwne prychnięcie, ściągnęła nieco brwi z lekką konsternacją. W kolejnej sekundzie puściła to w niepamięć, a kącik ust niepostrzeżenie drgnął ku jej górze, kiedy pod wpływem dość pewnego, przypadkowego pacnięcia Aslan aż się zakrztusił.
Właściwie dopiero po chwilowym zetknięciu jej palców z jego torsem zwróciła uwagę na to, że rzeczywiście był półnagi. W blasku zapalonej właśnie przez niego świecy jego klatka nabrała odcieni ciepłej pomarańczy, ukazując bardzo przyzwoicie zarysowane mięśnie. W świetle tańczącego płomienia tatuaże widoczne na rękach nabrały wręcz magnetyzującego, intrygującego charakteru, na których mimowolnie pozostawiła wzrok odrobinę dłużej, niż by wypadało.
Przyłapała się na tym, gdy usłyszała coś o płatnych usługach oraz puszczaniu. Raptownie uniosła na niego zielone spojrzenie, jakby w pierwszej chwili nie do końca dotarło do niej, o czym mówił, jednocześnie czując, jak jej policzki spłonęły rumieńcem. Widząc jego sugestywne poruszenie brwiami, pokręciła głową i prychnęła ni to z ironią, ni z rozbawieniem, po czym odwróciła wzrok na pozostałe świece. Jeden głębszy wdech później wróciła swoimi tęczówkami na jego twarz i uniosła wyżej brodę.
— Akurat za to nie potrzebuję nikomu płacić — stwierdziła coś, co wydawało jej się oczywiste, obdarzając go przy tym wymownym uśmiechem. — Poza tym bez aktu małżeńskiego łatwiej będzie nam uzyskać rozwód — dodała zaraz, podsuwając mu po blacie kolejne świece. — Na pewno musimy ustalić zasady — przygryzła policzki od wewnątrz, odprowadzając mężczyznę wzrokiem, gdy ten zaczął rozstawiać świece po pomieszczeniu. Mimowolnie usatysfakcjonowało ją to, że sam podjął tę inicjatywę i nie musiała mu podsuwać rozwiązań pod nos.
Ciekawe, czy była to tylko jednorazowa sytuacja, przemknęło jej przez myśl. Nie zdążyła jednak skupić się na tym bardziej, bo zaraz zapytał o jazdę konną, na którą nieco się speszyła. Na szczęście, będąc do niej chwilowo odwrócony tyłem, nie mógł zobaczyć jej skrzywienia. Wyjrzała przez okno na miasto w mroku.
— Jeździłam. — Czas przeszły. — Wychowałam się przy stadninie na obrzeżach miasta. Jest tam też w okolicy kilka szkółek jeździeckich — powiedziała, kontrolując swój ton, by nie wdarło się w niego nic, czego nie chciała przed nim ujawnić. — A ty? — dopytała z nutą zaciekawienia.
Na jego raptowne pytanie znieruchomiała i zaniepokojona wciągnęła powietrze. Następnie w ciągu ułamków sekund przez jej twarz przemknęła cała gama emocji — od zaskoczenia przez przerażenie, kiedy zorientowała się, skąd ten zapach dochodził. W jednej chwili znalazła się przy piekarniku i otworzyła drzwiczki, by z jego wnętrza buchnął na nią kłąb dymu. Z wrażenia aż odskoczyła na dwa kroki, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie, kaszląc z powodu duszącego zapachu i nerwowo machając rękami, żeby jak najszybciej pozbyć się chmary dymu.
— Otwórz okno! — poleciła zlękniona załączeniem się czujnika dymu, a sama złapała za rękawice i wyciągnęła żaroodporne naczynie, by odstawić je pospiesznie na ruszt kuchenki.
Zaraz pochyliła się nad nią, dokonując wstępnych oględzin, po czym doszła do konkretnych wniosków — ser na wierzchu trochę jej się spalił.
— Kurwa mać. Pieprzony prąd — syknęła pod nosem. Sięgnęła do szuflady po nóż i szpatułkę w celu przeprowadzenia kolejnej tajnej operacji, by po chwili z ulgą odkryć, że część z dołu z makaronem i warzywami wyglądała na jadalną. — Nie ma tragedii. Przeżyjemy — uznała triumfalnie, nawet uśmiechając się lekko do siebie, i wyciągnęła talerze, żeby nałożyć im porcje. — Jesteś głodny? — dopytała jeszcze, ignorując pieczenie swoich policzków, które z pewnością nie było spowodowane temperaturą buchającą tuż obok z nagrzanego piekarnika. Mimo zadanego Aslanowi pytania ostrożnie ściągnęła czerniejącą skorupkę i nałożyła część zapiekanki na oba przygotowane naczynia. — Sztućce są tutaj — skinieniem głowy wskazała znacząco na szufladę, jednocześnie biorąc do rąk oba talerze i przenosząc je na okrągły stolik przy oknie w salonie.

Aslan Mountbatten

Sweet home

: wt paź 20, 2026 7:08 am
autor: Aslan Mountbatten
Nie sposób było nie zauważyć, jak w świetle świecy, które otoczyło ich sylwetki, Adeline przenikliwie zerknęła na jego tors. Aslan obserwował to osobliwe zjawisko w milczeniu, z jedną brwią uniesioną ku górze i kącikiem ust szarpniętytm odrobinę wyżej. Po chwili jednak wrócił do rozmowy, rzucając jakiś głupi tekst, który natychmiast wyrwał kobietę z tego dziwnego transu.
— To dobrze — przytaknął ochoczo — Przynajmniej nie mam do czynienia z desperatką i będ miał mniej roboty — zauważył i posłał jej wymowne spojrzenie. Ba, w ten pokrętny sposób dał rudowłosej do zrozumienia, że w kwestii tego rodzaju rozrywek miała właściwie wolną rękę. Aslanowi nie przeszkadzały skoki w bok, a przynajmniej nie w ich sfingowanym małżeństwie, w którym brakło uczuć. — Zdecydowanie — dodał, gdy wspomniała o zasadach.
Przemierzając mieszkanie ze świecami od jednego punktu do drugiego, rozważał kwestię zasad. Z jednej strony jako pracownik, nie powinien mieć zbyt wiele do powiedzenia w sprawie ich ustalania. Z drugiej jednak, skoro i tak miał uczestniczyć w tym całym przedsięwzięciu, rozsądnie byłoby zabrać głos i przynajmniej spróbować zaproponować kilka własnych warunków. W końcu jakieś prawo do wyrażenia zdania c h y b a mu się uczciwie należało.
Zatrzymawszy się przed fotografiami, w milczeniu wysłuchał gdzie się wychowała. Na moment ujął podbródek w dłoń, po czym potaknął i ze skrzyżowanymi ramionami obrócił się w stronę kobiety. Odniósł wrażenie, że w jej głosie zabrzmiała jakaś nerwowość, ale tak naprawdę nie był pewien W końcu była to dopiero ich druga rozmowa, a on nie znał jej jeszcze na tyle dobrze, aby odczytywać mniejsze lub większe zmiany w jej zachowaniu.
— Jeździłem. W mojej rodzinie polo cieszy się sporą popularnością. Gramy przy okazji większości rodzinnych spotkań, więc można powiedzieć, że to jedna z tych umiejętności, które po prostu trzeba u nas posiadać — podzielił się krótką informacją na swój temat, po czym cmoknął.
Przemilczał oczywiście fakt, że z rodzicami nie widział się od czasu wyjazdu na studia do Toronto i póki co nie zamierzał wracać w rodzinne strony. Nie wspomniał również, że nie przepadał za samą grą w polo i uważał to za snobistyczną rozrywkę. Do tego dosyć nudną.
Jeszcze chwilę temu rozmawiali o jeździectwie, a już moment później nawet w tym nikłym świetle dostrzegł, jak twarz Adeline gwałtownie zbladła. Drgnął i już miał ruszył ku niej, gdy niespodziewanie dopadła piekarnika, z którego buchnął gęsty dym. Zapach spalenizny stał się intensywniejszy. Usłyszawszy polecenie prędko otworzył okna. Wówczas do wnętrza wdarło się chłodne, jesienne powietrze.
Następnie podszedł bliżej i oparł się pośladkiem o blat obok, jak się domyślił, zapiekanki. Uważnie spoglądnął na jedzenie, a potem na Adeline, która przeklęła brzydko, aż prychnął z dezaprobatą na jej słownictwo.
— Nie jestem — zaprzeczył pospiesznie, ale rudowłosa i tak nałożyła mu porcję, wobec czego (znowu posłusznie) sięgnął po sztućce i podążył za nią do salonu. Podał jej widelec, po czym na moment zniknął w łazience. Gdy wrócił i zajął miejsce naprzeciwko, miał na sobie już biały T-shirt. Czasami odnosił wrażenie, że miewał mało kontrolowane przebłyski dobrych manier, którym ulegał mechanicznie. — Nie wygląda apetycznie. Chcesz mnie otruć i zostać wdową? — zapytał z przekąsem, spoglądając z ogromną wątpliwością na swoje jedzenie. Potem po prostu odsunął talerz i westchnął.
— Masz już jakieś konkretne zasady, o których myślałaś? Powinniśmy je spisać. — Wrócił do poprzedniego tematu, po czym wstał i bez wahania podszedł do szafki RTV, aby poszukać kartki. Gdy w końcu ją znalazł, odwrócił się w stronę Adeline. — Długopis? — zapytał, a kiedy wskazała mu, gdzie go szukać, wrócił do stołu z całym zestawem i ponownie zajął miejsce. Od razu na górze kartki nakreślił tytuł z a s a d y w n a s z y m m a ł ż e ń s t w i e. Aslan miał eleganckie, lekko pochyłe pismo, które mocno przypominało kaligrafię. Tego też nauczono go w pałacyku.
— Może na początek... — Zamyślił się. — Ustalmy od razu, że zajmuje sypialnie. Twoja kanapa wygląda na tanią i niewygodną. — Wskazał odrobinę oburzony pisakiem w stronę mebla, zupełnie jakby w wynajętych mieszkaniach i wcześniej w akademiku sypiał na czymś lepszym. Właściwie nie chodziło mu o żadne luksusy, ale zdecydowanie miał potrzebę, aby wyrwać dla siebie jak najlepsze warunki.

Adeline Mountbatten

Sweet home

: śr paź 21, 2026 2:53 pm
autor: Adeline Mountbatten
Na słowo desperatka z trudem opanowała parsknięcie, ograniczając się jedynie do nieco cięższego wydechu. Już samo małżeństwo za pieniądze było czystym aktem desperacji, nie zamierzała poniżać się jeszcze bardziej, ale to m i ł e, że w tym szaleństwie jej za taką nie uważał. Jednocześnie, ku własnemu zdziwieniu, zrozumiała też, że Aslan nie irytował jej aż tak bardzo, jak przypuszczała. Pewnie to kwestia praktyki z Ree, dzięki któremu wyrobiła sobie całkiem spore pokłady cierpliwości. Jako małżeństwo musieli po prostu jakoś nauczyć się razem funkcjonować.
— Właściwie to trochę smutne, że uważasz seks za p r z y k r y obowiązek — zauważyła z troską widoczną w oczach, kiedy na moment obdarzyła go bacznym spojrzeniem, uprzednio podpierając dłoń na biodrze. Drżące pod wpływem rozbawienia kąciki ust zdradzały jej prawdziwe intencje. Droczenie się było silniejsze od niej.
Bez trudu odczytała wiadomość zaszyfrowaną między słowami mężczyzny. Jego otwartość na relacje z innymi przyjęła z ulgą, bo… ich małżeństwo było wyłącznie na pokaz, a przecież oboje mieli własne potrzeby. Zwykle związki, zwłaszcza te zawierane na papierze, miały określone ograniczenia, więc ich brak w tak istotnej kwestii rudowłosa uznała za całkiem przyjemną odmianę. Nie chciała się ograniczać, co zamierzała jeszcze podkreślić podczas ustalania wspomnianych już zasad.
— Polo? To trudny sport — zauważyła, ściągając brwi trochę zaskoczona. Chociaż, sądząc po jego wyspiarskim akcencie, mogła się domyślić, że w tamtych stronach uwielbiano tę grę. — I trochę kosztowny — obrzuciła go jeszcze podejrzliwym spojrzeniem.
Nigdy nie brała udziału w takiej rozrywce, bo w okolicy rzadko organizowano tego typu zabawy, ale widziała z filmów, jak to wyglądało. Tylko majętni ludzie pozwalali sobie umilać czas w ten sposób, a Aslan w jej oczach nie reprezentował tej grupy. No chyba, że był czarną owcą w rodzinie, na co Ade była wyrozumiała, gdyż znała już takie przypadki. I to całkiem niedaleko.
Kiedy już zaczęła ratować swoją zapiekankę (i godność), w zaaferowaniu nawet nie zarejestrowała jego pogardliwego prychnięcia wobec użytych przez nią przekleństw. Pytanie o głód było wyłącznie grzecznościowe, bo i tak zamierzała mu to danie podać, aczkolwiek ujrzawszy po chwili przy stole jego powątpiewającą minę, na kilka sekund zawiesiła widelec w powietrzu i zatrzymała na nim swoje zielone spojrzenie. W milczeniu, bez okazywania jakichkolwiek emocji, w głowie poddawała jego zachowanie dogłębnej analizie. Kiedy mężczyzna ostatecznie odsunął talerz, powędrowała za nim wzrokiem.
— Już pomijając fakt, że jeszcze nie zapoznałam cię oficjalnie z moim tatą, to jaki miałabym pożytek z twojego truchła, skoro jesteś spłukany? — odparła w zamian, spoglądając na niego niewinnie przez kilka sekund, zanim ostentacyjnie wbiła widelec w posiłek. Podmuchała gorący makaron i, znów podnosząc wzrok na mężczyznę, demonstracyjnie wzięła do ust kęs. Wcale nie była taka zła. — Masz chociaż ubezpieczenie? — dopytała z nagłym zainteresowaniem, jakby rzeczywiście zaczęła brać to pod uwagę. Nadziała kolejną część zapiekanki na sztuciec i, pakując go sobie do buzi, posłała Aslanowi kolejny uroczy uśmiech.
— Tak, jest kilka nie podlegających negocjacjom — na pytanie o zasady jej głos stał się już poważniejszy. Powiodła za nim spojrzeniem, gdy postanowił poszukać kartki i wskazała, w której szufladzie znajdzie długopis. W tym czasie jadła sobie spokojnie. Nie mogła wybrzydzać, bo będąc głodną, potrafiła być naprawdę nieprzyjemna, a tego podczas pierwszego wspólnego wieczoru Aslan nie musiał doświadczać. Na razie.
Jego ładne, czytelne pismo okazało się dla niej kolejnym zaskoczeniem. W myślach musiała przyznać, że pisał lepiej od niej, ale nie skomentowała tego na głos. Właściwie, nie zdążyła bardziej skupić na tym swojej uwagi, bo usłyszała pierwszy jego warunek. Jej brwi z miejsca powędrowały ku górze.
— Żartujesz. Łóżko jest moje. Nie interesuje mnie twój ból pleców o poranku. Ja muszę wysypiać się do pracy — popatrzyła na niego z politowaniem. — A propo, znalazłeś już jakąś zamienną? — zaciekawiła się, powracając do jedzenia. W jej głosie dało się słyszeć nikły przekąs.
Już wystarczyło, że ostatnio dała się podpuścić Reece’owi. Nie zamierzała we własnym domu spać na kanapie. Przez rok? Aż parsknęła kpiąco na samą myśl, bo jej kości z pewnością by tego nie wytrzymały. Kanapa była wygodna, ale nie na tyle, żeby zamienić ją za łóżko. Nie odpuści mu tego tematu.
— Nie jestem kurą domową. Nie oczekuj, że będę po tobie sprzątać, prać czy ci gotować. To zależy wyłącznie od mojego dobrego humoru — wyznała po chwili. — Możemy podzielić się obowiązkami i zrobić na to oddzielny harmonogram. Albo ustalić, że na przykład jeśli ja gotuję, ty zmywasz — powiedziała, proponując możliwie równy podział. — Tylko uprzedzam, że nienawidzę prasować. Nie umiem prasować koszul, więc z tym będziesz musiał poradzić sobie sam — dodała na koniec, gotowa na negocjacje.
Kiedy skończyła jeść, podniosła się z miejsca i zabrała ze sobą talerze. Wtedy też przez uchylone okna rozległy się syreny. Wzdrygnęła się wystraszona i z nagła rozszalałym sercem instynktownie, w zaniepokojeniu spojrzała w mrok na zewnątrz. Nie podobało jej się to, co zaczynało dziać się w mieście.
— To chyba nie jest zwykła awaria — zauważyła ostrożnie, po czym przeniosła spojrzenie na siedzącego przy stole Aslana. Nagle pomyślała, że jednak dobrze, że tu dziś przyszedł. W jego towarzystwie będzie jej jakoś raźniej.
Odetchnęła niepostrzeżenie, chcąc się pozbyć z siebie dziwnego napięcia mięśni, i sięgnęła po lampki do wina, które, wraz z korkociągiem w rękach i butelką białego trunku pod pachą, przeniosła na stół.
— Tym chyba nie powinieneś się otruć — posłała mu kąśliwy uśmieszek i podała do ręki butelkę, by rozprawił się z korkiem. Skoro miała mężczyznę w domu, nie musiała sama się męczyć.
— Poza tym, nie palimy w domu. Jak chcesz to musisz wyjść na zewnątrz albo na balkon. A tak z ciekawości, ile fajek dziennie wypalasz? — po wsunięciu się z powrotem na krzesło przekrzywiła głowę na bok i spojrzała na niego z zaintrygowaniem. Osobiście jakoś mocno nie przeszkadzał jej zapach papierosów, pod warunkiem, że nie przesiąkały nim całe wnętrza oraz garderoba.

Aslan Mountbatten