between the forest and the road
: pn paź 19, 2026 1:28 am
013.
W lichej ramie przeszłości lokował się konkretny obraz domu babki. Każdy z pokojów, malowany inną barwą wspomnienia, niósł za sobą gamę pozytywnych odczuć i nie dawał mu zapomnieć o tym, co było kiedyś. W głównej jednak mierze, dom w Grosse-Île wciąż stanowił dla Milesa pewnego rodzaju azyl, oazę spokoju i strefę przejściową między bezpieczeństwem, a ulgą.
Pozostawiony na wakacje w Quebecu, rok za rokiem mógł odetchnąć tu od górnolotnych wymagań wiecznie zmartwionej czymś matki. Oddalić myśli od nieszczęśliwej fasady rodzinnej, w której murach czaiła się samotność. Mógł też skupić się na kimś, kto przynajmniej w małym stopniu potrafił zrekompensować mu brak znaczenia, przynależności, czy ojcowskiej miłości, której nigdy nie zaznał. O Jeremym Howardzie, znanym na cały świat chirurgu, bardziej słyszał, niż go widział. Mieszkanie Geillis, jego babki od strony matki, było więc dla niego miłą odskocznią od nieobecności ojca. Miejscem pełnym łagodności i elegancji; ciepłych kolorów i języków ognia, splecionych w kominku podczas wieczornych aktywności w salonie z zawsze obecną tam staruszką.
Pamiętał urywki ich krótkich spotkań, gdy zatopiony w miękkości pożółkłej kanapy, z nosem obok zapalonej lampy, zaczytywał się w kolejnych tomach książek, a ona, nachylona nad nim w zaciekawieniu, zadawała mu pytania o lekturę. Nie potrafił co prawda przywołać w głowie dokładnego jej wyglądu, oczami wyobraźni widział jednak emocje staruszki i to, jak jej twarz, przecięta łagodną zmarszczką satysfakcji przy ustach, z jasnymi oczami zabawnie przymrużonymi od śmiechu, wyrażała czystą radość i zadowolenie z obecności wnuka. Pomimo upływu lat, lubił odwiedzać to miejsce i zamierzał to zrobić także w ten jedyny wolny od pracy weekend, pomimo panującego w mieście zamieszania. Albo właśnie przez wzgląd na chaos, który paraliżował miasto i uniemożliwiał absolutnie wszystkie rozsądne aktywności, które mogłyby znieść z niego presję oraz zmęczenie po szpitalnej pracy.
Już teraz, wyjeżdżając ledwie z Financial District, czuł ogromną ulgę na myśl o tym, że za osiem godzin będzie mógł wejść do salonu z kominkiem. Przypominał sobie także zapach pokrzywy, jaki zawsze towarzyszył Geillis, niezależnie od tego, czy źródłem woni był napar od świeżo zaparzonej herbaty ziołowej, postawionej na stoliku, czy używany na co dzień przez nią szampon do włosów.
Dziś już nic nie pachniało w ten sposób. Większość kosmetyków była sztuczna, intensywna… nie mówiąc o detergentach, z którymi na co dzień spotykał się w pracy. Dlatego tak bardzo cieszyła go wizja opuszczenia miasta… i z tego samego powodu, będąc w całkiem dobrym nastroju jak na zaistniałe okoliczności w Toronto, zatrzymał się na poboczu tuż przed sylwetką zupełnie niegroźnego z wyglądu autostopowicza.
Szyba samochodu powędrowała do dołu, zatrzymując się u połowy długości, gdy otworzył usta w pytaniu:
— Podrzucić Cię gdzieś?
Język Milesa, przyzwyczajony do formalności, nie brzmiał może zbyt swobodnie, sztywność mięśni czaiła się bowiem w tkankach ruchliwego aparatu mowy, za to nie można było mu odmówić spokoju i zaangażowania, gdy nie tylko obrzucił chłopca łagodnym spojrzeniem, ale również zachęcająco wychylił się w jego kierunku i otworzył pasażerskie drzwi.
— Jeśli to gdzieś na przedmieściach, to nawet lepiej, bo wyjeżdżam za Toronto, więc będzie mi po drodze — dodał, a jako rozsądny człowiek, dbający o komfort innych osób, w międzyczasie wyciągnął z portfela własne ID, podając je przez uchylone wciąż okno, by Oscar miał pewność, że rozmawia z kimś przyzwoitym, a nie seryjnym mordercą.
Oscar Malone