Strona 1 z 1

the politics of desire: gender, agency and the performance of power

: pn paź 19, 2026 2:28 pm
autor: Sameer Shah
Sameer wysiadł z metra zdecydowanie później, niż miał w planach.
Nie było to szczególnie zaskakujące. Siódma trzydzieści wieczorem, na którą umówił się z siostrą, minęła jakieś półtorej godziny temu, a on nadal miał przed sobą kilka minut spaceru. Właściwie to pewnie więcej niż kilka, bo Toronto nocą wyglądało zupełnie inaczej niż w dzień, a A.J. miał tę nieszczęsną przypadłość, że nawet kiedy znał drogę, lubił sprawdzać, czy przypadkiem nie istnieje jakaś ciekawsza.
Wyszedł ze stacji i przez moment stał bez ruchu. Białe światła metra zostały za jego plecami, ale jeszcze przez chwilę migały mu pod powiekami. Poprawił pasek torby przewieszonej przez ramię i odgarnął włosy z twarzy, po czym ruszył przed siebie.
W uszach grała mu muzyka.
Słuchawki oczywiście były na kablu.
Nie dlatego, że chciał wyglądać jak jakiś pretensjonalny artysta, który odrzuca nowoczesną technologię na rzecz analogowego brzmienia. Shah po prostu nie pamiętał, żeby ładować te bezprzewodowe, a kiedy już jakimś cudem były naładowane, zazwyczaj po kilku dniach nie wiedział, gdzie je zostawił. Te tanie, przewodowe miał natomiast praktycznie w każdej kurtce. Kupował je przy okazji, kiedy poprzednie znikały w tajemniczych okolicznościach. Kabel plątał mu się teraz pod rozpiętą kurtką, zahaczając co jakiś czas o materiał koszulki.
Nie przejmował się tym.
Wyglądał zresztą całkiem dobrze jak na człowieka, który miał pojawić się na imprezie z opóźnieniem dochodzącym do dwóch godzin. Ciemna kurtka była niedbale narzucona na sprany T-shirt, spodnie układały się luźno na długich, szczupłych nogach, a włosy – jak zwykle – robiły dokładnie to, na co miały ochotę.
Po drodze kończył piwo. Pustą puszkę wyrzucił do śmietnika, bo jednak istniały pewne granice jego moralnego upadku. Nie uprawiał seksu bez zabezpieczenia i jak dotąd udało mu się nie przepracować ani jednego dnia w Starbucksie, McDonaldzie czy kinowym multipleksie. Nie zamierzał też śmiecić na ulicy, papieros był natomiast całkowicie uzasadniony. Zatrzymał się przed budynkiem, odpalił go i uniósł głowę. Mieszkanie. Które piętro? A.J. zmrużył oczy, próbując odczytać numerację z ciemnej fasady. Wyjął telefon, spojrzał na wiadomość od siostry i przeczytał ją jeszcze raz.

Trzecie piętro. 312. I tym razem naprawdę weź coś do picia.

- Wziąłem – mruknął do siebie.
Nie wziął.
Miał za to papierosy, pół paczki gum do żucia i skarpetki na zmianę, jakby siostra zdecydowała się go przenocować. Gdzieś na dnie torby schował się Canon IXUS, którego obiecał sobie nie zgubić. Zaciągnął się papierosem i spojrzał jeszcze raz na budynek. Gdzieś wysoko świeciło się kilka okien. Jedno z nich mogło należeć do niej.
Uśmiechnął się pod nosem.
Benji miała własne mieszkanie. Jeszcze niedawno wynajmowała, narzekała na czynsz, sąsiadów i pralkę, która według jej opisu nienawidziła wszystkich ubrań znajdujących się w jej szafie. A teraz kupiła sobie własne miejsce w Toronto i urządzała pierwszą imprezę. A.J. był z niej cholernie dumny. Oczywiście przy innych nigdy nie powiedziałby tego w taki sposób. Przynajmniej nie bez natychmiastowego dodania czegoś, co popsułoby moment.

Dopalił papierosa, zgasił go podeszwą i ruszył w stronę wejścia. Drzwi otworzyły się akurat, kiedy był kilka kroków od nich. Z budynku wyszła kobieta w długim płaszczu, z telefonem przy uchu. Na moment spojrzała na Sameera, a on spojrzał na nią. Nieznajoma uniosła lekko brwi, kiedy zauważyła papierosa w jego dłoni. A.J. uśmiechnął się. Ona nie odwzajemniła tego uśmiechu.
Touché.
Na klatce pachniało tak, jakby ktoś przesadził z odświeżaczem powietrza. Zdjął słuchawkę, wokal ucichł w jednym uchu. Z góry dało usłyszeć się przytłumione dźwięki. Muzyka, głosy, śmiech. A.J. zerknął na czas, westchnął ciężko, po czym ruszył po schodach, zamiast czekać na windę. Na drugim piętrze zatrzymał się na chwilę, żeby ponownie sprawdzić numer mieszkania. Minął kolejne stopnie, aż zatrzymał się przy drzwiach zza których dobiegała muzyka i czyjś głośny śmiech. Znajomych młodej dzielił według wielu kategorii. Byli ci, których lubił, grupa ta była jednak niewielka, ponieważ żeby być jej członkiem należało nie traktować go jak „starszego brata koleżanki”. Byli ci, których tolerował dla niej lub uważał za okropnie nudnych – stanowili oni większość. Było też kilka jednostek, których autentycznie nie znosił. Miał swoje powody, niekoniecznie racjonalne.
Poprawił włosy, wsunął telefon do kieszeni i jeszcze przez moment stał przed wejściem. Nacisnął klamkę, a drzwi ustąpiły bez najmniejszego oporu. Na korytarzu pod ścianą stało kilka par butów. Na wieszakach wisiały kurtki, jedna na drugiej. Poza tym nie było prawie nic. Żadnych obrazów, żadnych pamiątek ustawionych na półkach. Puste ściany i kilka kartonów odsuniętych w kąt. Jego siostra zdążyła kupić mieszkanie, zorganizować imprezę i zaprosić pół Toronto, ale najwyraźniej nie zdążyła jeszcze urządzić całej reszty.
A.J. kolejny raz zerknął na swój telefon. Nie był jakoś dramatycznie spóźniony. Był tylko bardzo nieelegancko spóźniony. Co, biorąc pod uwagę jego standardy, właściwie oznaczało punktualność.
Nie zamierzał – nawet mimo swojego spóźnienia – od razu wychodzić do ludzi. Najpierw potrzebował drinka. Albo dwóch. Jednego, żeby przestać czuć się jak człowiek, który właśnie wparował na imprezę z pustymi rękami. Drugiego – gdyby pierwszy nie wystarczył. Ruszył więc w stronę kuchni, która znajdowała się zaraz przy wejściu, mijając kolejne ślady przeprowadzki i życia, które dopiero zaczynało się tutaj rozgaszczać. Na jednym z nierozpakowanych pudeł ktoś odstawił kieliszek. Na parapecie stała samotna roślinka, a na stole piętrzyły się torby, pudełka i butelki przyniesione przez gości. Sameer zwolnił. Wino. Whisky. Gin. Jakieś prosecco. Wszystkie stały razem, cześć jeszcze w papierowych torbach, część przewiązana wstążkami. Prezenty. Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc na ten cały alkoholowy ołtarzyk. Sam również miał coś kupić. Plan istniał. Intencja również. Zawiodło jedynie wykonanie, czyli ten element całego procesu, który zwykle sprawiał mu największe problemy.

Jego wzrok przesunął się po butelkach. Wyglądały niewinnie i zachęcająco. Jedna przez drugą prostowały swoje szyjki, smukłe i błyszczące w kuchennym świetle, jakby wszystkie doskonale wiedziały, że za chwilę któraś z nich będzie musiała poświęcić się dla większego dobra. A.J. wyciągnął rękę i zatrzymał ją kilka centymetrów nad butelkami. Nie powinien był tego robić. To był prezent. Prezent dla jego siostry! Czyli… właściwie dla niego również. W pewnym sensie. Przecież był jej bratem. Miał prawo uczestniczyć w procesie dystrybucji rodzinnych dóbr. Ostatecznie sięgnął po jedną z butelek wina. Nie wyglądała szczególnie osobowo. Ładna etykieta, jasna wstążka, mała kokardka przy szyjce. Idealnie. A.J. oderwał kokardkę jednym sprawnym ruchem i wsunął ją do kieszeni torby. Samą butelkę również schował w jej wnętrzu, po czym zapiął zamek. Problem rozwiązany. Zamierzał później osobiście wręczyć ją do jej rąk. Miał już nawet pomysł na minę, którą przy tym zrobi.
Na blacie ktoś urządził już całkiem przyzwoity, imprezowy bar. Kilka otwartych butelek stało obok siebie. Obok leżały limonki, jakieś plasterki cytryny, butelki z gazowanymi napojami i miska z… ciężko było powiedzieć co znajdowało się w misce. Po drugiej stronie blatu dzielnie pracowała kostkarka do lodu. Gdy Sameer wbił w nią wzrok, jak jakby próbowała pokazać swoją godność i potwierdzić za słowami producenta, że wcale nie jest zbyt mocno eksploatowana jak na jeden wieczór, wydała głuchy pomruk, a potem wypluła z siebie kilka kostek.
Papierowe i plastikowe kubki stały rozpakowane obok, gotowe do użycia, ale już sam ich widok odbierał mu ochotę na jakikolwiek alkohol. Były cienkie, przezroczyste i nie wyglądały jak coś, z czego pije się na imprezie, na której zamierza się zostać dłużej niż dwadzieścia minut. A.J. otworzył pierwszą szafkę, gdzie znalazł kilka talerzy i dwie miski. Dopiero w drugiej przywitała go niewielka kolekcja zwyczajnych szklanek i kubek, który rozpoznał od razu. Był brzydki. Nie w jakiś interesujący celowo brzydki sposób. Po prostu brzydki. Miał głupią grafikę i jeszcze głupszy napis. Sam go kupił. Jako prezent urodzinowy. Do dziś pamiętał jej minę. Nie powiedziała, że jej się nie podoba. Była zbyt dobrze wychowana. Powiedziała coś w rodzaju „ojej, dzięki”, a potem postawiła kubek na stole. Do dzisiaj uważał go za jeden z najgorszych prezentów, jakie kiedykolwiek komuś dał. Teraz jednak był w stanie patrzeć na niego z pewnym wzruszeniem. Zgarnął do niego kilka kostek lodu, a potem jak na starszego brata przystało dolał do urządzenia trochę wody. Dopiero wtedy sięgnął po gin. Butelka była już otwarta, a skoro stała otwarta, znaczyło to przecież, że była do wspólnego użytku. Nachylił ją nad kubkiem i nalał sobie solidną porcję, obserwując przez chwilę jak przezroczysty alkohol spływa pomiędzy kostkami lodu.

Samira Farhadi

the politics of desire: gender, agency and the performance of power

: pn paź 19, 2026 11:17 pm
autor: Samira Farhadi
trzy
Shah kupiła mieszkanie. Swoje własne, pierwsze mieszkanie. I oczywiste było, że Samira się cieszyła, ekscytowała i co więcej, była pierwszą osobą, która ów mieszkanie widziała, przekonując przyjaciółkę do jego zakupu. A jednak nie umiała pozbyć się gorzkiego smaku zazdrości. Były swoimi równolatkami. Obydwie cieszyły się sukcesami. Były młode, zdolne, utalentowane i pracowite. Samira ukończyła doktorat w trybie przyspieszonym, będąc jedną z najmłodszych doktorek w historii nie tylko wydziału, ale i całego uniwersytetu. Co więcej, jej praca była na tyle dobra, że otrzymała propozycję etatu naukowego. Zimą, tego roku miał zostać wydany jej doktorat, o którym już teraz nie przestawało być głośno. Miała niespełna dwadzieścia sześć lat i była w stanie samodzielnie utrzymać się w dużym mieście. Wynajmowała mieszkanie, którego nie musiała z nikim dzielić, stać ją było na kota, nie musiała ograniczać ani zakupów książek, ani też irańskiego jedzenia, które w Toronto było cholernie i absurdalnie drogie. Żyła najlepszym możliwym życiem. Mało kto miał takie możliwości jak właśnie ona. I zdawała sobie z tego sprawę, była wdzięczna i poruszona. A jednak jakaś jej część zazdrościła najlepszej przyjaciółce. Nie było to ani feministyczne, ani w ogóle ludzkie. Samira jednak miała tę przypadłość, że była zazdrosna.
Od zawsze wyróżniająca się swoim pochodzeniem, poglądami, hidżabem, bądź jego brakiem, naukowymi osiągnięciami i całą resztą, przyzwyczajona była do tego, że to ona wiodła prym i jeśli już, to jej zazdroszczono.
Shah jednak miała wiele rzeczy, które Samira podziwiała, zawsze przy tym czując to samo ukłucie zazdrości. Seema była lubiana, była miła i towarzyska. Trafiała na fajnych facetów, miała dużą grupę znajomych i potrafiła nawiązać rozmowę dosłownie z każdym. Miała również wspaniałą rodzinę; cudownych rodziców, którzy wspierali ją na każdym kroku i równie utalentowanego, co ona brata, na którego zawsze mogła liczyć. A teraz miała również mieszkanie.

— Idę po drinka. — Oznajmiła, odbijając się od parapetów. Zachwiała się przy tym minimalnie, choć ani trochę nie czuła się jeszcze pijana, a później oskarżycielsko wymierzyła palec z Tinę. — Na trzeźwo nie zdzierżę ani jednego słowa więcej. — Nie żartowała. Tina od dobrych dziesięciu minut zachwycała się najgorszym sortem harlekinów, tłumacząc, że książki, w których kobiety są dominowane, w rzeczywistości są wyzwalające i mają emancypacyjny charakter. Samira uczestniczyła w tej rozmowie tylko i wyłącznie dlatego, że zaskoczyło ją, że Tina znała takie słowo jak emancypacja.
Skąd Shah znała takich ludzi?
Nie chciała wiedzieć. Shah miała jednak wielu przyjaciół i znajomych, głównie dlatego, że była miła i pomocna, a kiedy pytała ludzi co u nich słychać, była naprawdę ciekawa ich odpowiedzi. Czasem zastanawiała się nad tym, jak było to możliwe, że nie tylko się zaprzyjaźniły, ale co więcej, że ich przyjaźń przetrwała wszystkie te lata. Dzieliło je prawdopodobnie jeszcze więcej niż łączyło. Shah była miła, Farhadi również, ale wyłącznie dla kobiet. Shah często się uśmiechała i skupiała na pozytywach, Farhadi była ponura i siała defetyzm. Shah widziała w ludziach dobro, a Farhid wręcz przeciwnie, oskarżając ich przy tym o wszystko, co najgorsze i powtarzając, że ze wszystkich kiedykolwiek istniejących drapieżników na ziemi, to właśnie ludzie są najbardziej krwiożerczy.
Tym sposobem Shah mogła przyjaźnić się — a przynajmniej koleżankować — z kimś takim, jak Tina, która uważała, że wyrazem feminizmu jest fakt, że kobiety mogą czytać o swoich fantazjach, którymi oczywiście miało być dostanie klapsa od swojego przełożonego. Sami dla odmiany nie mogłaby się przyjaźnić z taką Tiną. Już teraz gryzła się w język, mając ochotę powiedzieć całej tej Tinie, że opresyjna, męska kultura najwidoczniej zjadła jej mózg, czyniąc z niej idealny produkt patriarchalnego świata, a jej feminizm jest niczym innym, jak robieniem dobrze kapitalistycznej popkulturze. Nie powiedziała jednak nic z tych rzeczy. Mogła być zazdrosna, że jej najlepsza przyjaciółka kupiła mieszkanie i właśnie organizowała w nim pierwszą imprezę, ale nie zrobiłaby jej tego. To miał być miły wieczór. I Shah właśnie na tym zależało. Dokładnie dlatego, Samira, zamiast powiedzieć cokolwiek więcej, ruszyła do kuchni, w drodze nie powstrzymując się przed przewróceniem oczyma i zrobieniem głupiej miny na samo wspomnienie bzdur, które wygadywała Tina.

— Chyba kurwa żartujesz. — Nie wytrzymała i wypaliła, wpatrując się w męskie plecy i butelkę dżinu, którą trzymał mężczyzna. . J e j . dżinu.
A później mężczyzna się odwrócił i twarz Samiry z zaciętej i wściekłej, nagle się wygładziła w czymś na kształt zdziwienia.
Wiedziała kim był. A.J. Brat jej najlepszej przyjaciółki. Pisarz. I prawdopodobnie jedyny mężczyzna na świecie, którego nie nienawidziła, choć do tego wcale nie zamierzała się przyznawać ani głośno, ani nawet po cichu, przed samą sobą.
Shah często mówiła, że kiedy tylko Sami będzie miała szansę poznać jej brata, zmieni zdanie co do mężczyzn i przekona się, że przynajmniej on jeden był inny. Opowiadała o nim zawsze w samych superlatywach, a Samira z charakterystyczną dla siebie upartością powtarzała, że A.J. z całą pewnością nie różni się od innych i jest tak samo popsuty, jak każdy facet. W rzeczywistości jednak indoktrynacja przyjaciółki przyniosła swój skutek i Samira rzeczywiście miała podejrzenie, że A.J. może się różnić od reszty swojego gatunku, w ten sposób stając się wyjątkiem potwierdzającym regułę.
I właśnie z tego samego powodu wyczekiwała dzisiejszej imprezy. Shah trąbiła na okrągło o tym, że w końcu dwie najważniejsze dla niej osoby — jej brat i jej najlepsza przyjaciółka — będą miały szansę się poznać. A Samira machała tylko na to ręką i ostrzegała przyjaciółkę przed rozczarowaniem. W rzeczywistości również wyczekiwała. W durnym odruchu zaczęła nawet przeglądać swoją szafę już kilka dni wcześniej, oczywiście tylko po to, aby wybrać z niej możliwie jak najnormalniejsze ubrania, aby nikomu nie przyszło do głowy, że postanowiła się wystroić na tę jedną okazję. Była ponad takie rzeczy, a strojenie się specjalnie dla jakiegokolwiek mężczyzny uważała za nic innego, jak przestępstwo przeciwko kobiecości.
A jednak była go ciekawa. I — choć w życiu by się do tego nie przyznała nawet przed samą sobą — chciała na nim zrobić dobre wrażenie. Tymczasem zaczęła od naskoczenia na niego za opijanie ją z dżinu, którego cholernie potrzebowała. Nie pozostało jej nic innego, jak się wytłumaczyć.
— Potrzebuję tego dżinu, w innym przypadku nie ręczę za siebie. Jakaś typiara tam opowiada, że Pięćdziesiąt twarzy Greya to literatura feministyczna, ponieważ pomaga kobietom zmierzyć się ze swoimi fantazjami. Zaraz okaże się, że stalking jest niczym innym, jak wyrazem romantyzmu. — Przewróciła oczami, a później zbliżyła się do Sameera, szklankę, którą dotychczas trzymała w dłoni, odstawiła na blat i przesunęła w jego kierunku. — Jak już się częstujesz dżinem, który miał być moją gwarancją przetrwania, to przynajmniej mi też polej.

Sameer Shah