Strona 1 z 3

Capítulo III. El final. Muerte.

: pn paź 19, 2026 5:27 pm
autor: Madox A. Noriega
#
071.
Faltan 18 horas para la tragedia.

trigger warning
przekleństwa
Dźwięk wystrzału przeciął ciszę, gdzieś w oddali ptaki poderwały się do lotu skrzecząc głośno. Kruki, czarne jak noc, która znowu zapadła. Czarna...
Bo przecież światła Toronto zgasły dzień wcześniej, a wraz z nimi ostatnia nadzieja?
Jedna kula pozostała w magazynku. Krew spłynęła po betonowej podłodze, jeszcze ciepła, gęsta i w tym nikłym świetle dogasającej jarzeniówki praktycznie czarna.
Śmierć wreszcie dostała to, po co tu przyszła.
Cisza...


Osiemnaście godzin wcześniej.
Madox wyszedł z warzywniaka, nawet nie zszedł na podziemny garaż, wyszedł w budynku. Rzucał się w oczy, więc od razu skierował się w jakąś ciemną uliczkę. Musiał się przebrać, ukryć. Załatwić auto i jechać pod ten adres. A przede wszystkim nie dać się złapać policji i Lunie. Odwrócił się jeszcze kilka razy, a ciemne spojrzenie uciekło do warzywniaka pod ich kamienicą.
Miała wyjść po nim. Odczekać kilka minut.
Madox spojrzał na zegarek dochodziła czwarta. Do kogo on mógł iść o tej porze? Gdzie?
Wszedł do jakiejś kamienicy kilka ulic dalej, korzystając z kodu, którym otworzył sobie wejście na klatkę. Potem schodami na czwarte piętro. Pod drzwi ze złotą trzynastką. Zapukał cicho. Nie powinno go tutaj być, ale kurwa nie miał wyjścia. Do ich kamienicy nie mógł iść, a przecież nikt inny nie zrozumiałby go tak jak...
- Maddie - blondynka przetarła dłonią zaspane oczy, a zaraz cofnęła się do mieszkania wpuszczając go do środka bez słowa. Dopiero kiedy zamknęła za nim wrota na łańcuch i klucz odwróciła się w jego kierunku patrząc na niego gniewnie.
- Co ty tu kurwa robisz Madox? Jest czwarta, psy cię szukają i... - nabrała powietrza w płuca i podeszła do niego sięgając do jego policzka - cały jesteś? - zapytała z troską - sam? Gdzie jest... - nie dokończyła, bo Noriega już jej odpowiedział, że jest tu tylko on. Maddie go zdradziła, zawiodła na całej linii, ale przez wiele lat... była najbliższą mu osobą w całym Toronto. Bliższą niż te wszystkie dupy do ruchania, a czasami nawet bliższą niż jego prawdziwa rodzina.
- Potrzebuję ubrań... i samochodu - powiedział od razu Madox, bez zbędnego pierdolenia. Blondynka spojrzała na niego z dystansu poprawiając na sobie cienki szlafroczek. Skinęła głową.
Zamierzyła się do wyjścia z kuchni, ale wtedy zajrzał do niej mały, ciemny łebek.
- Madox! - zawołał od razu chłopaczek, który wpadł do kuchni i rzucił się na Noriegę przytulając do jego nóg. Dzieciak miał na sobie pidżamę w dinozaury, mógł mieć jakieś pięć, sześć lat. Madox potargał mu włosy, a zaraz złapał go na ręce.
- A ty czemu nie śpisz łobuzie? - zerknął na Maddie, a zaraz na chłopaczka, który sięgnął do jego łysej głowy małą rączką.
- Usłyszałem coś i musiałem iść się odlać - wypalił dzieciak, na co Maddie się skrzywiła.
- Miałeś tak nie mówić - pogroziła mu palcem i sięgnęła do Noriegi, żeby go przejąć, ale chłopczyk zacisnął paluszki na koszulce Madoxa.
- Ale wujek tak mówi, chodź pokażę ci nowe samochody - już prosił się dzieciak, a Noriega znowu zerknął na Maddie.
- Nie mam dzisiaj czasu, a gdzie Earl? - zapytał o jej męża.
- Na nocce, wróci rano odpowiedziała blondynka.
- Ale mogę położyć cię do łóżka - zaproponował Madox, a dziesięć minut później rozprawiał jeszcze ze swoim chrześniakiem o tym czy t-rex wygrałby walkę z pterodaktylem.
Prawie godzinę zajęło mu przekonania malucha, żeby położył się jeszcze spać, a kiedy wszedł do kuchni, Maddie siedziała zmartwiona przy stole, miała tam dla niego naszykowane ciuchy swojego męża i kluczyki.
- Co zamierzasz? - zapytała, kiedy Madox podszedł do stołu, wstała, a on przerzucił w wytatuowanych palcach klucze.
- Jeszcze nie wiem - odparł zgodnie z prawdą. A Maddie wyrwała się, żeby się do niego przytulić. Klucz strzyknął w drzwiach, a zaraz do mieszkania wszedł Earl. Wysoki, postawny f acet z wąsem, który stanął w futrynie kuchennych drzwi i spojrzał na Noriegę i wtuloną w niego swoją żonę.
- Cześć Madox - przywitał się, a Noriega ruszył ręką, ale Maddie wcale go nie puściła.
- Cześć Earl, możesz ode mnie odkleić swoją żonę? Mówiłem ci, że ona na mnie leci - za ten tekst dostał od Maddie z pięści w klatę, a zaraz sama się odsunęła, poszła do swojego męża. I tym razem do jego klaty się przytuliła, Earl zaraz objął ją ramieniem.
- Idiota, chce iść do Luny - rzuciła Maddie, a Earl spojrzał na nią, a potem na Noriegę, który już strzelał oczami w sufit. Bo przecież nic jej nie mówił. Czy on naprawdę był taki przewidywalny?

P¿Y tú, cariño? ⋆。˚ ☁︎ ˚。⋆。˚☽˚。⋆

Capítulo III. El final. Muerte.

: wt paź 20, 2026 4:17 pm
autor: Pilar Noriega
047.
God, you look so pretty
when you tell me that you love me
trigger warning
przekleństwa
Nie chciała się rozdzielać.
Czuła, że to nie był dobry pomysł.
Można to było zwalić na pesymistyczne myśli, można było podpiąć to pod przeczucie bądź instynkt, ale naprawdę uważała, że robią źle. Tylko co ona mogła? Jak mogła wpłynąć na jego decyzje, kiedy on już postanowił?
Zawsze był narwany. Pierwsze robił, po tem myślał i przede wszystkim chciał wszystko na już. Przecież kurwa był ustawiony z Luną za dwa dni. Dwa dni mieli mieć na to, żeby się odpowiednio przygotować. Rozplanować potencjalne scenariusze, co mogło pójść nie tak i jak z tym walczyć. Miał mieć kamery w klubie, żeby Pilar mogła reagować na odległość i przede wszystkim mieli to odpowiednio rozegrać. A tu? A tu wszystko wyjebało się na raz. Nie dość, że w mieście nie było prądu, to jeszcze ktoś chciał wkręcić go w morderstwo.
Tylko czy na pewno Luna?
Jaki miałby interes w tym, żeby upierdolić Madoxa zanim zaczęli rozmawiać o biznesach? Aż tak się go obawiał? Czy naprawdę mogli dysponować tak mocnymi kartami, że postanowił usunąć ich z drogi nim dojdzie do konfrontacji? A co z klubem? Pytania mnożyły się w jej głowie, nie sklejały się w jedną, spójną całość, co tylko jeszcze bardziej ją irytowało. Miała ochotę przywiązać go do kaloryfera i zostać z nim w tym pieprzonym warzyniaku na kilka dni. Zaszyć się.
A jednak finalnie stała przed nim, patrząc mu głęboko w oczy i prawie rozpadając się na milion kawałków, kiedy się z nią żegnał. Kiedy mówił jej, że ją kochał. Wyglądał wtedy najpiękniej na świecie — z tymi dwoma słowami na ustach. Aż mimowolnie zacisnęła mocniej palce na jego dłoniach i musiała naprawdę spiąć się w sobie, żeby pozwolić mu odejść. Nie było łatwo. Dlatego kiedy wyszedł Pilar jeszcze kopnęła w kilka skrzynek i prawie rozniosła krzesło, by finalnie zgarnąć za pasek swoją broń z reklamówki i wyjść na opustoszałe ulice Toronto.

Droga do ośrodka dla kobiet zajęła jej niecałe piętnaście minut.
Poruszanie się w kompletnej ciemności, jedynie przy blasku księżyca z jednej strony przyprawiało o gęsią skórkę, a z drugiej sprawiało, że o wiele łatwiej było jej przemknąć niezauważoną przez miejsca, w których w okolicy rozstawiłī się radiowozy. Niebieskie światła było widać już z daleka, dzięki czemu mogła je sprytnie wymijać.
Nie miała pojęcia, czy Luciano faktycznie będzie tam na nią czekał.
Nie miała jednak innego wyjścia. Musiała iść do sprawdzić. Podeszła do frontowych drzwi, zaglądając przez zaszklony element. Pomieszczenie wydawało się puste. Wielki napis na ścianie czynne od dziewiątej jasno sugerował, że nie miała tu czego szukać. A jednak przeszła jeszcze na tyły i kiedy już tam szarpnęła za klamkę… drzwi puściły. Zaskrzypiały głośno, a Pilar rozejrzała się dookoła. W środku panowała okropna ciemność. Nie było widać praktycznie nic. Jedynie światło księżyca wciskało się przez okna, nadając meblom chociaż jakikolwiek kształt.
Serce waliło jej mocno w piersi, a zaraz kompletnie się poderwało, kiedy ktoś zaszedł ją od tyłu i szarpnął. Od razu odwinęła się w naturalnym odruchu, uderzając swojego oprawcę łociem w brzuch. W ostatnim czasie już zdecydowanie za dużo razy była brania z zaskoczenia, żeby tym razem pozwolić na to samo. Facet syknął z bólu i zatoczył się w tył.
— Kurwa, po chuj tak mocno? — jęknął… Luciano, a Pilar otworzyła szerzej oczy.
— To przestań się na mnie zakradać. Ja robie w policji, Benitez, nie w przedszkolu — wyjaśniła. Nie miała w sobie za grosz delikatności i podejścia do drugiego człowieka. Działała zero jedynkowo i może teraz, chociaż po tym uderzeniu mężczyzna się do tego przyzwyczai.
— Zapamiętam — westchnął, opierając się o ścianę i rozmasowując bolące miejsce. — Gdzie Madox? Nie przyszedł z tobą?
— Nie przyszedł. Musze ci wystarczyć.
— A gdzie jest?
— A co się to obchodzi? — nie dawała za wygraną. Nie miałą zamiaru mówić mu, gdzie poszedł Noriega. Wciąż mu nie ufała i chociaż jej mąż pokładał w Luciano wielkie nadzieje, tak Pilar… miała mieszane przeczucia. A to ze dookoła było kompletnie ciemno tlyko pogarszało sprawę. — Albo zaczniesz gadać, albo nie mamy o czym rozmawiać i będę wraca…
— Nie — wtrącił się, chcąc do niej sięgnąć i złapać ją za przedramię, jednak w ostatnim momencie się wstrzymał. Chyba bał się, że znowu dostanie w śledzionę. — Zostań — poprosił już spokojniej, przeczesując potargane włosy. — Chodź za mną — dodał, zamykając drzwi i skierował się w głąb pomieszczenia.
A ona chociaż myślami była z Madoxem, finalnie ruszyła za Luciano.

:stickuhh:

Capítulo III. El final. Muerte.

: wt paź 20, 2026 8:35 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
- Nie dobrze, że go tutaj nie ma... - powiedział do siebie Luciano, kiedy prowadził ją po schodach w dół, gdzieś do podziemi ośrodka. Wyglądał marnie, potargany, wychudzony, w znoszonej bluzie z kapturem. Obejrzał się na Pilar przez ramię, kiedy byli w połowie schodów - Madox jest w porządku, wiele razy pomagał dziewczynom, które potrzebowały pomocy - zaczął swoją gadkę, kiedy schody prowadzące w dół się skończyły, a oni znaleźli się w ciemnym podziemiu. Luciano przyświetlał im drogę latarką, zatrzymał się przy schodach oświetlając Pilar ostatnie stopnie, chowając się za światłem - ma tylko jedną bardzo niedobrą cechę, która kiedyś... pewnie zaprowadzi go do grobu - powiedział, kiedy Pani Noriega stanęła już na przeciwko niego. Uniósł latarkę, tak, że mogła zobaczyć jego twarz, na której w tym momencie czaił się jakiś złowrogi grymas - za bardzo ufa ludziom, ale pewnie już to wiesz... Jako jego żona - jego ciemne oczy podniosły się na te duże i błyszczące w tym wątłym świetle Pilar. A po chwili mogła ona usłyszeć jakiś rucha za sobą na schodach...
Spoiler
Rzucaj kostką 1d10 cariño.
1-3 - na schodach pojawiła się dziewczyna, która uciekła z kontenerów Luny... i Galena Wyatta, Luciano ukrywał ją u siebie w piwnicy, a teraz w ośrodku.
4-6 - to pułapka. Luciano miał sprowadzić Pilar na dół. Za nią czai się Pająk! Ma ją doprowadzić do Luny.
7-9 - to Rodrigo, ma informacje, które mogą im pomóc. Trzyma z Luciano.
10 - to sam Luna. Wszystko było ukartowane...

- A Pilar? Nie idzie z tobą? Powinieneś ją ze sobą zabrać Madox, ona jako jedyna umie cię trochę utemperować - Earl zwrócił się do Noriegi, a Maddie pokiwała głową, zgadzała się ze swoim mężem.
- Pojebało cię Earl? Jak miałem ją zabrać, kiedy... ja nie wiem czy wrócę - Noriega już ściągał z siebie koszulkę i rozkładał sobie ciemną bluzę z kapturem małżonka Maddie. Byli podobnej postury, obaj wytatuowani, chociaż Earl z tym wąsem wyglądał jak jakiś zbuntowany tatusiek, bo może w sumie takim był? - Ty byś zabrał ze sobą Maddie na taką misję? - zapytał Noriega plątając się w bluzie tak, że jego była menadżerką musiała do niego podejść i mu pomóc. Earl za to skrzyżował ręce na piersi.
- No kurwa, pierwszą bym ją puścił, ona lepiej walczy wręcz, a ja lepiej strzelam, zabójczy z nas duet - Madox spojrzał na wąsacza, kiedy przełożył już głowę przez bluzę, a Maddie poprawiła mu kaptur, jak dużemu dziecku.
On i Pilar też tworzyli zabójczy duet, a on... ją odesłał.
Nie miał pojęcia co teraz się z nią działo.
- Dałaś mu kamizelkę? - Earl zagadywał swoją żonę, ale Maddie pokręciła głową.
- Nie, nie wiedziałam gdzie jest, nie było jej w twojej szafce - odpowiedziała blondynka, ale Madox ich nie słuchał, bo myślami był przy pewnej brunetce. Co się z nią działo? Czy dotarła do Luciano?
- A no tak, bawiliśmy się nią z Andym, chyba jest u niego w pokoju.
- Mówiłam ci, żebyś mu nie dawał bawić się swoim sprzętem...
- Tylko ty możesz bawić się moim sprzętem
- odparł Earl zaczepiając swoją żonę.
- Po co mi kamizelka? Nie potrzebuje jej - rzucił Madox dopiero wracając do nich myślami, gnata schował pod bluzę, a na kark założył skórzaną, motocyklową kurtkę - a może pożyczysz mi motocykl? - spojrzał na Maddie, która wybałuszyła na niego wielkie oczy - no wiesz, w kasku nie będę się tak rzucał w oczy... - próbował jeszcze Madox, ale wtrącił się Earl.
- Najpierw kamizelka, jesteś kurwa ojcem chrzestnym naszego dzieciaka, przed tobą jeszcze jego komunia, bierzmowanie, ślub i inne bzdety, poza tym obiecałeś mu, że jak skończy osiemnastkę, to będzie miał w twoim klubie drinki i dupy za free... - nawijał Earl, machnął na Noriegę ręką i razem skierowali się do dziecinnego pokoju. Spojrzeli na Andy'ego, który tulił do siebie pluszowego t-rexa.
Madox się zamyślił, musiał być kurwa t-rexem, rozpierdolić tego pterodaktyla, który nad nim krążył, Lunę.
- Ten dzieciak by się zapłakał, gdyby coś ci się stało - Earl wskazał głową swojego syna - Maddie też, a twoja żona... Nawet nie chcę o tym myśleć - pokręcił głową ściągając z wieszaka przy drzwiach kamizelkę kuloodporną. Dał ją Madoxowi - więc jak coś ci się stanie, to kurwa wyciągnę cię z grobu, żeby jeszcze raz cię dojechać Noriega - dodał przytrzymując skórzaną kurtkę, kiedy Madox zakładał na siebie kamizelkę.
- To musisz się ustawić w kolejce Earl, bo pierwszy do tego będzie moja żona... - poprawił złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie serduszka, z literką P, który spłynął mu po klacie pod kamizelkę.

Pół godziny później Madox zakładał na głowę czarny kask, zacisnął wytatuowane palce na kierownicy ścigacza Maddie. Zerknął jeszcze raz na wyświetlacz telefonu, włączył go na chwilę, ale nie miał od niej żadnej wiadomości. Schował smartfona pod kurtkę, dosunął ją i odpalił silnik.

Siedemnaście godzin do godziny zero.

Veamos qué suerte tuviste, cariño ⋆.˚⏾⋆.˚

Capítulo III. El final. Muerte.

: śr paź 21, 2026 9:13 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Nie ufała Luciano.
Może był ich jedyną deską ratunku i źródłem informacji w tej patowej sytuacji, ale ona i tak mu nie ufała. Już sam fakt, że wiedział, gdzie ich znaleźć, tak samo o przekazaniu pieniędzy i wszystkim, co działo się z Luną było kurewsko podejrzane. Madox mógł podejrzewać, że to dlatego, że Rodrigo chciał się wyłamać spod skrzydeł swojego szefa, ale przecież nie mogli mieć tej pewności. Wszystko mogło być ukartowane.
Dlatego wchodząc do środka, starała się zachować wszelką ostrożność.
Stawiała powoli kroki, śledząc jazdy, jeden ruch Luciano. To jak porusza ręką, gdzie świeci latarką oraz sam fakt, że zamiast rozmawiać z nią przy drzwiach, on zabierał ją schodami w dół do jakieś pieprzonej piwnicy. Nie podobało jej się to za grosz, dlatego jedną dłoń już miała zaciśnięta na spluwie. Tak na wszelki wypadek. By móc zareagować w razie potrzeby. W międzyczasie wywróciła oczami na słowa mężczyzny.
— Gówno o nim wiesz, Benitez — warknęła, gdy tak wytykał to, że Noriega był zdecydowanie za bardzo ufny. Zgadzała się z tym. Zgadzała jak z niczym innym, ale przecież nie miała zamiaru tego przyznawać. Nie będzie obgadywać własnego męża z Luciano, a już na pewno wytykać jego wad przy obcych ludziach. Miała w sobie jeszcze resztki klasy. — No chyba, że sugerujesz tym, że tobie nie powinien ufać, to może będę w stanie się zgodzić — dodała, patrząc na niego gniewnie. I pewnie wtrąciłaby coś jeszcze, dogryzła mu, tylko nagle coś za nią się poruszyło. A raczej ktoś.
Cień, który wziął ją z zaskoczenia, ale tym razem, Pilar nie miała zamiaru się wahać. Odwróciła się z impetem, a kiedy tylko postać na nią wpadła, przystawiła jej broń do skroni.
— JEZUS MARIA!!! CZY TO BROŃ? — krzyknęła… jakaś dziewczyna, zamierając. Pilar czułą jedynie jak całe jej ciało trzęsie się ze strachu, a oczy patrzą na nią kompletnie przerażone. Nie była niebezpieczna.
— Co jest, kurwa? — rzuciła ostro, patrząc na Luciano i od razu luzując uścisk. Brunetka oskoczyła na ścianę po drugiej stornie schodów i ciężko oddychając złapała się na klatkę piersiową. Coś tam mruczała pod nosem, ale żadne z nich już ich nie słuchało.
— Na wszystko musisz reagować taką agresją?
— A musicie mnie wiecznie zachodzić? — odpowiedziała mu pytaniem na pytanie, nawet na moment nie spuszczając z niego spojrzenia. Benitez westchnął ciężko i wzruszył ramionami. Dobrze wiedział, że miała rację. Sam kilka godzin temu przystawiał nóż do jej skroni i wmawiał Noriedze, że Pilar go oszukuje. Nie miał się co dziwić, że nie ufała niczemu ani nikomu w tym pomieszczeniu.
— To Verónica — wtrącił w końcu, kierując się w dół do pomieszczenia, w którym było kilka łóżek, kanapa i stół na samym środku. — Jest jedną z dziewczyn, które… — odwrócił się na kobietę, a potem przepuścił ją i Pilar przodem. — Była w Quebec. Resztę pewnie już umiesz się domyślić — wyjaśnił, a Noriega momentalnie odwróciła się z impetem w stronę dziewczyny.
— Kiedy? — spytała praktycznie od razu, marszcząc brwi.
— Jakieś pół roku i—
— Znasz Marie? — przerwała jej, nawet nie pozwalając dokończyć kobiecie dokończyć zdania. Pewnie nie powinna się teraz na tym skupiać, ale musiała to wiedzieć. — Brunetka, hiszpanka, miała takie krótsze włosy i tatuaż z przebitym jabłkiem na karku— nawijała jak nakręcona, zapominając po co tu przyszła, a Veronica skinęła głową. Znała ją.
— Tak, ale ona—
— Vero, wystarczy — rzucił ostrzej Luciano, ustawiając na stole dwie puste szklanki i wyciągając z półki jakiś alkohol, na który Pilar momentalnie pokręciła głową. Nie miała zamiaru pić. Nie tego wieczoru. A już na pewno nic, co podałby jej Luciano. — Idź sprawdzić co z Isą, juz powinna wrócić z kuchni — zagadał do Veronici i zaczęli dyskutować o jakimś podziale jedzenia, a Pilar przysiadła na krześle i postukała palcami w drewno. Trochę z niedoczekania, bo przecież nie miała za dużo czasu, a trochę z nerwów, bo myślami wciąż odbiegała do swojego męża. Finalnie wyciągnęła telefon i sprawdziła, czy miała od niego jakieś wiadomości. Nic. Weszła więc w wiadomość od Heleny i spojrzała jeszcze raz na nagranie, którym dysponowała policja…

Kiedy Madox dojechał pod wskazany adres, mógł zobaczyć, że GPS zaprowadził go pod… prywatną klinikę. Wyglądała na opustoszałą, a jednak niewielka smuga światła podbiegająca z jednego z okien mogła świadczyć o tym, że ktoś był w środku. Skąd prąd? Opcje były dwie: albo jak na prywatny szpital mogli dysponować zapasowymi agregatorami, które generowały namiastkę prądu, szczególnie w salach operacyjnych lub ktoś poświęcał sobie czymś innym. Ulica była pusta. Ale czemu się dziwić, skoro był środek nocy. Ciemno i cicho, chociaż kiedy podszedł bliżej wejścia i ściągnął z siebie kask mógł usłyszeć męski głos.
— Spóźniłeś się, Noriega. Ile można na ciebie czekać?
Spoiler
Też sobie rzuć, carino 1d12 i dowiedz się, czy Madoxa w progu wita:
1-3 Pająk.
4-6 Beck i cały zespół psiarni.
7-9 Luna we własnej osobie.
10-12 Rodrigo. W dodatku z planem.
Madox <3

Capítulo III. El final. Muerte.

: czw paź 22, 2026 6:26 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox zatrzymał motocykl przed kliniką, jeszcze raz zerknął na kartkę, na której zapisany miał adres, na nawigację, w którą go wklepał, dostał ją od Maddie i umieścił na motocyklu. Dobrze trafił, ale prywatna klinika?
Czy tutaj wylądował Kane? To on wysłał mu adres?
Noriega zsiadł z motocykla i złapał pod pachę kask. Ruszył w kierunku budynku, jego kroki odbijały się echem na brukowanym podjeździe. Wszedł po schodkach, ale... nawet nie zdążył nacisnąć na klamkę, bo za plecami usłyszał znajomy głos.
Spóźniłeś się, Noriega. Ile można na ciebie czekać?
Odwrócił się, a za plecami miał Becka w kamizelce kuloodpornej, celował w niego z broni. Dookoła z cienia wyszli też inni gliniarze, a Madox odwrócił się plecami do wejścia. To od niego dostał wiadomość?
Nie wydawało mu się...
- No wiesz, po drodze zajechałem po redbulka, bo ta wasza policyjna kawa to straszny szajs - Madox wzruszył ramionami i chociaż w pierwszej chwili odwrócił się do Becka, to jego spojrzenie padło zaraz na barierkę schodów, u których szczytu stał.
Nie myślał kurwa za wiele, jak zwykle zresztą, rzucił się biegiem do szerokiej, betonowej poręczy przez którą przeskoczył. Na dół na podjazd, ale wtedy ciszę przeciął krzyk.
- Noriega stój bo strzelam! - a potem rzeczywiście huk wystrzału. Czarny kask upadł na beton, a szybka pękła na pół...

Luciano spojrzał na Pilar, polał już do dwóch szklanek jakiś podły, biały rum z obdrapaną etykietką. Skoro odmówiła, to sam podniósł szkło, wychylił jego zawartość na raz, otarł usta rękawem.
- Dziewczyny mogłyby zeznawać przeciwko Lunie, ale się boją, kurewsko, Pająk chciał je sprzątnąć, dlatego zabrałem je z ośrodka - wyjaśnił Pilar i usiadł na przeciwko niej na krześle - Luna nikogo się nie boi, to znaczy nikogo się nie bał, do tej pory... - oparł łokcie na blacie pochylając się w kierunku Pani Noriega, jego ciemne oczy, odszukały te równie ciemne, jej. Ale te Pilar były zdecydowanie bardziej ogniste - bo teraz zagrożeniem dla niego jest twój mąż. Wiesz, że Kane chciał go wepchnąć na miejsce Luny? Rodrigo go poparł, bo uznał, że Luna się starzeje... Wtedy w lesie, Pająk by go odjebał, ale Rodri go ubiegł i postrzelił psa, zrobiło się zamieszanie i spierdolili - Luciano przysunął sobie szklankę i flaszkę, zaczął skrobać krótkimi paznokciami etykietę. Nawet otworzył usta, chciał dodać coś jeszcze, ale wtedy do pomieszczenia weszły dwie dziewczyny. Vero i Iso, dzieliły się jakimiś kromkami pakowanego chleba. Kurwa... Wyglądały tak niewinnie, jakby wcale nie przeszły tego całego piekła. Chociaż Veronica w pewnym momencie pobladła i skrzywiła się łapiąc za brzuch. Ta druga zaraz do niej doskoczyła.
- Vero co jest? - pomogła jej usiąść na kanapie. A kiedy Pilar się podniosła, niedaleko niej, w łóżeczku, które do tej pory stało w cieniu, wybrzmiał płacz dziecka. Ciche kwilenie niemowlaka.

Madox leżał na bruku, Beck wykręcił mu rękę do tyłu, szarpnął nią tak mocno, że prawie wyrwał mu ją ze stawu. Przygniótł go kolanem do ziemi.
- Leż kurwa! - krzyknął, ale Noriega jeszcze raz się szarpnął.
- Przecież wiesz, że tego nie zrobiłem... - rzucił, ale Beck już zakładał mu na nadgarstka kajdanki, zacisnął je i szarpnął go w górę. Doskoczył do nich drugi policjant, który złapał Madoxa z drugiej strony, Jerry za narkotykowego.
W tym czasie senator Kane wyglądał przez okno w swojej prywatnej salce, gdzie wylądował po operacji, widział migoczące na podjeździe czerwono-niebieskie światła. Widział też jak pakowali do samochodu Madoxa zakutego w kajdanki. Wyciągnął z kieszeni telefon i krzywiąc się wybrał jakiś numer.

Kilka chwil później Pilar dostała wiadomość od nieznanego numeru.
numer nieznany
16 i pół godziny do godziny zero
zgarnęła go policja, uważaj na paj
Wiadomość...

Capítulo III. El final. Muerte.

: czw paź 22, 2026 11:59 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekelństwa
— Głupota — skwitowała od razu w odpowiedzi na słowa Luciano. — Od tego istnieje program ochrony świadków — spojrzała na niego znad telefonu, a potem złapała kontakt wzrokowy z Vero, ktora zabierała się do wyjścia. Właśnie na takie przypadki zostały stworzone wszystkie procedury, które umożliwiały kobietom, takim jak one składać odpowiednie zeznania i w tym samym czasie być objęte odpowiednią ochroną i zapleczem finansowym. — No co? Chcesz mi powiedzieć, że tu u ciebie w piwnicy są bezpieczne? Sam mówiłeś, że Pająk już tu był — przewróciła oczami. Za nic nie zgadzała się z argumentami Beniteza. Wszędzie te kobiety były bardziej bezpieczne niż tu. Poza tym, dlaczego kurwa dalej były w Toronto? Czemu Luciano nigdzie tego nie zgłosił, żeby można je było odesłać do domu? Przecież połowa z nich pewnie miała własne rodziny i życie w Europie. Miałą go nawet o to spytać, dowiedzieć się więcej, ale wtedy muzyczna wspomniał o tym, że Kanę chciał wepchnąć Madoxa na miejsce Luny.
— Co kurwa? — warknęła, nie gryząc się w język. — Popierdoliło go? — aż podniosła się z krzesła i huknęła telefonem o blat stołu. Po pierwsze, wyjątkowo podejrzany był fakt, że Luciano o tym wiedział. Zdawał się mieć informacje, których nie miał dosłownie nikt, włączając w to samego Madoxa i Pilar, a po drugie co to był za durny pomysł? Ani jej się godziło, żeby jej własny mąż został przewodniczącym gangu. Pierdolonym szefem, który zajmował się handlem ludźmi.
Chwilami wydawało się jej, że nie było limitów w ich relacji, że byliby w stanie wszystko przetrwać. Cóż… chyba właśnie znaleźli swoje granice. A przynajmniej Pilar, bo szczerze chyba nie byłaby w stanie być z człowiekiem, który na boku handlował żywym towarem, który zmuszałby kobiety do gwałtu, a potem je zabijał. Narkotyki to jedno i udział Emptiness w tym wszystkim, ale kurwa handel? Nie było nawet takiej opcji.
— Madox by się w życiu na to nie zgodził — powiedziała to tak pewnie jak chyba nic innego tego wieczoru. Patrząc Luciano prosto w oczy.
— Skąd ta pewność?
— Nie i tyle. Znam swojego męża.
— Może tylko ci się wydaje, że go znasz? — wtrącił, nie odpuszczając. A ona w pierwszej chwili prychnęła. Głośno. Aż poczuła to gdzieś w klatce piersiowej, bo co on pierdolił? Oczywiście, że była pewna, że go znała. Jednak im dłużej patrzyła na pewną siebie twarz Luciano… tym bardziej wątpliwości zaczynały napływać do jej głowy. Czy mogła być pewna? Czy znana go naprawdę na wylot? Przecież ciągle coś przed nią ukrywał.
— Pierdolisz — fuknęła, kręcąc głową. Nie chciała teraz dać się wciągnąć mężczyźnie w jego kierki. Szczególnie, że za nic mu nie ufała. Luciano natomiast wyglądał, jakby chciał coś dodać w temacie. I może nawet by to zrobił, gdyby Vero nie wróciła do nich z druga kobietą, a do tego rozpłakało się jakieś dziecko. Dookoła znowu zrobił się chaos, Benitez doskoczył do swoich podopiecznych, a Noriega… znowu wkuriona sięgnęła po telefon.
Znowu patrzyła na nagranie, które wysłała jej Helena.
I znowu.
Przybliżała je i oddalała, przesuwała palcem klatką po klatce przyglądając się słabej jakości materiałowi, i kiedy Luciano nawijał coś do Iso, że powinien to obejrzeć lekarz, Pilar ściągnęła brwi do siebie. Przysunęła twarz jeszcze bliżej wyświetlacza… i wtedy to zobaczyła.
Serce podeszło jej do pierdolonego gardła, a krzesło, na którym wcześniej siedziała huknęła do tyłu. Zrobiła tak dużo hałasu, że wszyscy się na nią obejrzeli, wraz z płaczącym dzieciakiem. A do tego na telefon przyszełedł jej sms.
— Musze iść — mruknęła i nawet nie czekając na jakąkolwiek reakcje po prostu wyleciała po schodach w górę.

W tym samym czasie Beck wcisnął już Noriege do lodówki.
Nie był delikatny. Szarpał nim i popychał, jakby nagle stracił do niego resztki szacunku. Cóż, gdzieś już to oboje widzieli i wtedy dosadnie okazało się, że Madox był niewinny. Jak widać kolega z policji zdążył już zapomnieć o swoich niesprawiedliwych osądach i gotowy był wydawać nowe.
Beck miał dobre serce, ale też był kurewsko zerojedynkowy. Jeśli ktoś mu zaszedł za skórę, potrafił zmienić swoje nastawienie o sto osiemdziesiąt stopni i nie mieć za grosz litości. A Noriega? Noriega dopuścił się nie tylko morderstwa, ale w dodatku na jednym z nich. Na następny komendanta, a to zaś zasługiwało na karę.
— Gówno nie zrobiłeś, śmieciu — warknął, przepychając go na odpowiednie siedzenie. — Wszystko widać na nagraniu. Będziesz się tłumaczyć na komendzie — nawet nie chciał słyszeć o tym, że to nie był on. Własnego głosu rozsądku też nie chciał słuchać. Lubił Goerga. Był dla niego jak ojciec. To on wprowadził Becka do policji i namówił Eliota, żeby go awansowali. Beck dużo mu zawdzięczał, a teraz ten gryzł piach od środka. Wszystko przez Noriegę. — Czemu to zrobiłeś, co? Co on ci zrobił?

:stickcri: :stickcri: :stickcri:

Capítulo III. El final. Muerte.

: sob paź 24, 2026 1:50 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
- I dlatego wolałbym, żeby siedział tu Madox, a nie ty - rzucił bez ogródek Luciano patrząc w ciemne, ogniste oczy Pani Noriega - myślisz, że Luna nie ma wtyczek na komisariacie? Wiesz dlaczego twój mąż od lat prowadzi Emptiness? Chociaż przed nim odjebali dwóch właścicieli? Bo nigdy nie ufał do końca policji, wszyscy gadają, że dla nich robi, ale ile razy wodził ich za nos, dlatego półświatek go szanuje, dlatego jest dla nich cenny, bo nikt nie pierdoli się z gliną, a jednocześnie nie bawi się z mafią, a on tak - niby Luciano pracował w przytułku, niby pomagał tym biednym kobietom, ale wychodził z niego latynoski, ognisty temperament, on też nie owijał w bawełnę. Mówił prosto z mostu, jakby też czuł, że to mogła być ich ostatnia rozmowa, decydująca, zbliżająca ich do godziny zero.
Dlatego zaraz nawijał jej o tym, że Rodrigo i Kane chcieli wypchnąć Madoxa na miejsce Luny. Kiedy Pilar się uniosła to powiódł za nią spojrzeniem. Chyba nie spodziewał się takiej reakcji, a może właśnie tak?
Odchylił się na krześle opadając plecami na oparcie.
- To Kane doprowadził do tego, że Luna chce dorwać twojego męża, boi się go, czuje się zagrożony, przecież wcześniej nie wchodzili sobie w drogę, a teraz... Madox jest pionkiem w tej grze, dwóch gigantów, ale... on ma naprawdę szansę... - urwał, kiedy Pilar powiedziała tak pewnie, że Madox by tego nie zrobił. Luciano nie był tego taki pewny...
Może nawet powiedziałby coś jeszcze, ale dziecko się rozpłakało, Iso poczuła się gorzej, a Luciano ruszył do niej, chwilę później zresztą z miejsca poderwała się też Pilar wywracając krzesło z hukiem. Zanim Benitez zdołał cokolwiek zrobić, to ona już zniknęła, a oni znowu zostali sami. Zdani tylko na siebie.

Madox siedział już w policyjnym wozie, z tyłu, za kratą, z przodu Beck i Jerry, który na dzisiejszą akcję wkręcił się tylko dlatego, że sam też znał Georga. Jones na komisariacie był szanowany, lubiany, może nawet bardziej niż Eliot. Noriega dostał już w łeb, miał rozwaloną wargę i poobijane żebra, policjanci wcale nie byli delikatni, kiedy go powalili, a potem szarpali pakując do lodówy.
- Nie bądź głupi Beck, nie zrobiłem tego, byłem wtedy z Pilar - Madox szarpnął się do przodu. A Beck specjalnie przyhamował tak, że Noriega wyrżnął łbem w kratkę, która odozialeła go od funkcjonariuszy.
- Pilar, Pilar... ona też przez ciebie tylko cierpi Noriega, myślisz, że jak ona to przeżyje, kiedy pójdziesz siedzieć? Bez przerwy w coś ją wpierdalasz - Madox też to czuł, że bez przerwy ściągał na Pilar problemy. Kiedyś prowadziła swoje sprawy, a teraz... wiecznie ryzykowali w imię czego?
Miłości.
Ale kurwa. Jeśli mieliby kiedyś za to płacić najwyższą cenę? Miłość wielu zaprowadziła już do grobu, a oni też ciągle tańczyli na krawędzi, z oddechem Śmierci na karku.
- A miała zadatki na bycie naprawdę dobrą śledczą - Beck dodał gazu, klinika była poza miastem, dlatego przed nimi rozciągał się jeszcze kawałek drogi - a teraz... - nie dokończył, bo Jerry obejrzał się przez ramię.
- Beck jakiś samochód za nami jedzie - rzeczywiście za policyjnym wozem podążał jakiś czarny SUV. Kolejny pojawił się po ich prawej stronie, a kiedy Beck chciał dodać gazu, to trzeci z impetem zajechał im drogę. Policjant nie zdążył zahamować, w powietrzu wybrzmiał dźwięk gniecionej blachy, tłuczonego szkła. A potem strzał...
Chaos, pierdolony chaos.
Policyjne syreny mieszały się z krzykami. Dwa kolejne wozy policyjne dojechały, padły kolejne strzały. Jerry krzyknął, że wychodzi, drzwi wozu zostawił uchylone, Beck był zamroczony, uderzył głową w deskę rozdzielczą. Madox zdążył się odsunąć na drugą stronę, kiedy szkła posypały się do wozu, chociaż poczuł na policzku piekący ból, a na języku smak krwi, kiedy znowu walnął w kratę. Próbował się wyswobodzić z kajdanek. Kopał w drzwi, ale nic z tego, był uwięziony. Dookoła samochodu zrobiło się zamieszanie. Ktoś uderzył w okno samochodu, jakieś ciało osunęło się po szybie zostawiając na niej krwawą plamę. Metaliczny zapach krwi unosił się w powietrzu. Zapach... śmierci.

El olor a muerte flotaba en el aire ⋆°.☾⋆.ೃ࿔*:⋆

Capítulo III. El final. Muerte.

: sob paź 24, 2026 2:23 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Nie mogła w to uwierzyć.
Przecież to było niemożliwe.
To nie mógł być on. A jednak był. Sprawdziła to już dziesiątki razy, kiedy wybiegła od Luciano i wyleciała na opustoszałe ulice Toronto. Dochodziła piąta. O tej porze miasto normalnie powoli budziło się do życia, słońce gdzieś za horyzontem czaiło się do pobudki, a teraz? Teraz nie było nikogo. Budziki nie zadzwoniły, światła się nie paliły, telefony podłączone do ładowarki na noc wcale się nie naładowały… wszyscy spali. Tylko nie ona.
Nie ona i nie pierdolony komisariat, który zawzięcie szukał jej męża jako głównego podejrzanego o morderstwo zastępcy komendanta. I znalazł. Chociaż przecież ona doskonale wiedziała, że to nie Madox. Po pierwsze bo całą dobę spędził u jej boku. Nawet na moment się nie rozdizlili na tyle, żeby zdążył zajechać na komendę, a po drugie… no przecież kurwa widziała kto to był.
Na nagraniu, które ktoś wykonał z ukrycia, na którym widać jak ”Noriega” strzela do Georga było coś jeszcze. Lustro. Trochę ukryte, z tyłu. Nie było go widać przez cały czas, dopiero jak oprawca podniósł rękę z tatuażem ze skrzydłami i jak odpowiednio się przybliżyło. Nie trzeba było być orłem, żeby zobaczyć dwie rzeczy, które od razu się ze sobą nie zgrywały. Po pierwsze to, że na drugiej ręce nie miał nic. A przecież Madox na swojej miał r ó ż ę, o której nie każdy wiedział, bo była z Rio, wiec świeża, a do tego koliberka. To już wystarczajaco mogło wyczyścić Noriegę z zarzutów. Problem był jednak w tym, co można było zobaczyć patrząc kawałek wyżej. Na odbicie twarzy.
— Kurwa… odbierz! — warknęła do siebie, przebiegając przez kolejną przecznicę. Numer na komisariat był kompletnie niedostępny, u Becka od razu włączała się poczta, a Eliot… nie odbierał. Jeden sygnał, drugi, jedenasty… nie miała pojęcia jak wiele razy próbowała się już do niego dodzwonić, ale bateria na jej telefonie sugerowała jasno, że nie miała dużo czasu.
Na nic kurwa nie było czasu.
Bo jeśli to, co napisał jej ktoś z nieznanego numeru było prawdą, Noriega miał przejebane. Przecież dobrze wiedziała, co zrobili mu ostatnim razem, gdy myśleli, że ją skrzywdził, a to? Morderstwo na zastępcy komendanta? W dodatku na k o m e n d z i e? Nie będą mieli dla niego żadnej litości. Tego była akurat pewna. Szczególnie, że dookoła panował pieprzony blackout. Kamery nawet gdyby chciały to nie działały. Mogli zrobić z nim co tylko chcieli…
— Ja pierdole — przyjebała w jakiś pierwszy lepszy śmietnik, czując, jak serce podchodzi jej do samego gardła. Bała się. Tak kurewsko się o niego bała. Nie myślała już o Lunie ani tym co powiedział Luciano. Jedyne wokół czego kręciły się jej myśli to Madox. Pieprzony Madox Noriega, który zaledwie w rok wypierdolił jej życie kompletnie od góry nogami. Sprawił, że nauczyła się kochać. Że wyzwoliła w sobie tak skrajne emocje z głębi duszy, o których istnieniu nawet nie miała pojęcia. I chociaż brzmiało to ckliwie, to on naprawdę był sensem jej egzystencji, a myśl, że coś mogło mu się stać… przyprawiała ją o mdłości. Wariowała. A bezsilność jeszcze wszystko potęgowała.
Wbiegła na most nad ekspresówką. Jeszcze raz sprawdziła telefon. Eliot dalej nie odbierał. Nie miała zamiaru zostawiać mu wiadomości na poczcie, bo przecież tego nikt kurwa nie czytał, a komisariat był przecież na drugim końcu miasta. I chociaż wolałaby porozmawiać z nim na lini… no nie zostało jej nic tylko wysłać głosówkę. Weszła szybko w wiadomości i widząc ostatnie dwie kreski przy baterii, złapała w płuca więcej powietrza.
— Eliot, kurwa, posłuchaj mnie! — wydyszała, biegnąc wzdłuż wiaduktu. — To Dalton. Dalton strzela do Jonesa. W trzydziestej sekundzie, jak podnosi rękę widać na prawo lustro za filarem. Kurwa mać. Nie wiem, kto to nagrał ani jak udało mu się wyjść z zakładu, pewnie przy blackoucie, ale to musiało być ustawione. Błagam cię kurwa… nie róbcie mu krzywdy — głos jej się załamał. Może z braku powietrza w płucach, a może na samą myśl, jak mogli wysłać jej męża do piachu zanim jeszcze dojadą na komisariat. — To nie on — dodała jeszcze cicho i puściła wiadomość nim… sekundę później wyładował się jej telefon i oficjalnie została odcięta.
Serce łomotało jej w piersi.
Potrzebowała pomocy.
Podwózki, telefonu… czegokolwiek.
I to właśnie dlatego zaraz po zbiegnięciu ze schodów, skierowała się w lewo, w dzielnice, w której mieszkała Pati.

W tym samym czasie na jednej z ulic za miastem po raz kolejny wybrzmiał huk.
Kilka ptaków odleciało spłoszonych z drzew. Pewnie kruki. One zawsze zwiastowały wszystko co najgorsze… śmierć, wojnę, przemijanie. Dwie osoby leżały na chłodnym asfalcie, wijąc się z bólu. Gdzieś obok była kałuża krwi. I chociaż Madox nie mógł dokładnie widzieć, co się działo, kto z kim walczył, tak po chwili mógł słyszeć, jak ktoś rozprawia się z drzwiami, za którymi siedział.
Nie była to jednak kwestia przekręcenia klucza, a raczej wyłamanie zamka łomem. Coś trzasnęło, trochę dymu z przepalonej opony wdarło się do środka, a kiedy przyjrzał się dokładniej, mógł zobaczyć mężczyznę. Miał na sobie czarną bluzę i kominiarkę na twarzy.
— Wysiadaj, Noriega — warknął ostro, machając ręką i przy okazji rozglądając się dookoła. — No już, kurwa! — był przyjacielem, czy może wrogiem? Ciężko było stwierdzić, ale jedno było pewne: na pewno nie był z policji. No i pytanie co na to funkcjonariusze w dwóch kolejnych radiowozach, którzy właśnie podjeżdżali na miejsce.

¡bajar, Noriega!

Capítulo III. El final. Muerte.

: sob paź 24, 2026 3:51 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Wysiadaj, Noriega! No już, kurwa!
Madox nawet się nie stawiał, dał się wyciągnąć z samochodu facetowi w kominiarce. Gość szarpnął go w kierunku czarnego SUVa, ale zaraz... Twarz Madoxa opryskała krew, którą trysnęła gdy mężczyzna dostał kulkę, prosto w ramię, wypuścił gnata. Noriega się do niego wyrwał, ale przecież ręce miał skute z tyłu. Pojawili się policjanci.
- Noriega stój! Stój kurwa, bo cię rozwalę! - tym raz zawołał za nim jakiś pies. Poznał głos Eliota.
Rusz się... Stój...
Niech się kurwa zdecydują. Madox zrobił krok do przodu, jakiś facet w kominiarce wystartował do niego, za plecami znowu krzyk.
- Stój bo strzelam... - a potem padły strzały, jeden... Madox poczuł go na ramieniu. Drugi huknął mu gdzieś koło głowy, a trzeci powalił go na ziemię. Czuł jak ciepła krew spływa mu po ramieniu, czuł...
Dostał tępym przedmiotem w głowę i nie czuł już nic więcej.
Ciemność. I samotność.

Pati miała w policji swoje wtyki, wielu gliniarzy ją lubiło. Była trochę jak Madox, sprzedawała informacje, tylko dodatkowo robiła to wy wysokich szpilkach i ołówkowej spódnicy, która podkreślała jej walory, co działało jeszcze na jej korzyść. Dlatego udało jej się uprosić komendanta, żeby na przesłuchanie stawiła się rano, sama, z własnej nieprzymuszonej woli, grzecznie, kiedy już się wyśpi i wypindrzy, bo przecież musiała się prezentować. Nie mogła zostać wywleczona z mieszkania w pidżamie, czy potarganych włosach. To powiedziała Eliotowi, kilka razy przy tym nazywając go swoim kotkiem...
Pati umiała wszystko odpowiednio rozegrać, wchodziła gdzieś i od razu rozsiewała aurę femme fatale, pasowało do niej określenie kobiety pięknej i niebezpiecznej. Umiała korzystać ze swojego uroku, umiała też... dopierdolić.
I dzisiaj od kilku godzin wcale nie leżała grzecznie w łóżeczku, z opaską żelową na twarzy i w złuszczających skarpetkach na stópkach. Patricia wracając z bankietu u senatora, chociaż miała ochotę ten wieczór spędzić z pięknym torontońskim księciem, Galenem Wyattem, to musiała go odesłać.

22:30 dzień wcześniej
- Pati, ale... jedźmy do mnie - Wyatt układał smukłe palce na kształtnym udzie latynoskiej piękności. Siedzieli w jego Lamborghini, prowadził Hao Chang.
- Nie dzisiaj baby, mam jedną sprawę do załatwienia, możesz mnie podwieźć do Emptiness? - Galen składał już mokre pocałunki na jej szyi, ale na dźwięk tej nazwy odsunął się.
- Do Emptiness? A czemu akurat tam? Mówiłaś, że jest zamknięte, podpalili je... - zdystansował się od niej, ale tym razem to Patricia przytuliła się do jego klaty, opierając mu rękę na torsie.
- No tak, ale jestem tam z kimś umówiona - wyjaśniła.
- Z kim? - od razu wypalił Galen, chociaż chyba nie spodziewał się odpowiedzi, a jednak...
- Z twoim dyrektorem finansowym - odpowiedziała spokojnie Patricia, a Galen spojrzał na nią wielkimi, błękitnymi jak bezchmurne niebo ślepiami.

Co kurwa?
Madox ocknął się... gdzieś, napierdalała go głowa, ramię i bok, nie wiedział jak mocno oberwał, bo czuł się jak gówno, na głowie miał czarny worek, leżał chyba w jakimś bagażniku, poruszył się, ale nie mógł się wyprostować, mało miejsca. Zarył głową w ściankę starając się ściągnąć z siebie worek, ale nic to nie dało. Trzęsło nim, więc wciąż jechali, docierały do niego jakieś podniesione głosy, gdzieś z daleka, z wnętrza samochodu może? Nabrał powietrza w płuca, żebra zabolały, i ten cholerny bok, w ustach czuł smak krwi, czuł też, że do skóry lepiła mu się koszulka, też prawdopodobnie upierdolona czerwoną cieczą. Nie mógł ruszyć ręką. Nie mógł też się skupić, bo w głowie pulsował mu ten tępy ból...

Pati w tym czasie siedziała przy kuchennym stoliku w swoim apartamencie, patrzyła na wyświetlacz telefonu, z którego... wysłała do Madoxa wiadomość z adresem. Jakiś mężczyzna kręcił się po jej mieszkaniu, za jej plecami, ale ona zdawała się tym wcale nie przejmować.
Jej telefon zawibrował. Jedna krótka wiadomość, od nieznanego numeru.

Mamy go.

Pten cuidado, cariño ☪︎ ִ ֶ֢࣪⋆

Capítulo III. El final. Muerte.

: sob paź 24, 2026 5:23 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Jakim cudem Dalton wydostał się z ośrodka?
To pytanie dzwoniło w jej głowie już od dobrych kilku minut.
Nie potrafiła zrozumieć, co się stało. Jak w przeciągu zaledwie kilku marnych godzin od odcięcia w mieście prądu zadziało się tak wiele. Jak Nick, który był przecież zamknięty w zakładzie, był w stanie z niego wyjść, załatwić sobie podrobiony tatuaż Noriegi, jego kurwa kurtkę, broń i jeszcze wymierzyć do swojego byłego przełożonego. Zabić go.
Nic tu nie trzymało się kupy.
Wiedziała, że brakowało im wiele elementów układanki, jednak na ten moment wszystko wyglądało, jakby z całego obrazka do ułożenia miała tylko środkowe puzzle. Ani kurwa jednego z brzegiem. Ani jednego punktu startowego. Kolory blindowały się ze sobą i nic, dosłownie nic do siebie nie pasowało. Stresowało ją to. Nie lubiła nie wiedzieć. A już tym bardziej, kiedy na szali było życie jej męża.
I to w tym wszystkim było najgorsze. To, że nie miała pojęcia, co się z nim działo. Gdyby byli razem, może i wszystko waliłoby im się na głowę, ale przynajmniej mieliby pewność, że są w tym razem, a tak? Tak Pilar nawet nie widziała, gdzie go szukać. Bo na pewno nie na głównej komendzie.
Przeszła kolejną przecznice. Nogi bolały ją już tak mocno, skórę miała tak bardzo pozdzieraną, że gdyby nie adrenalina, jaka szalała w jej żyłach, pewnie już dawno upadłaby na ziemie i nie była w stanie wstać. Jednak szła do przodu. Nie zatrzymywała się. Łapała ciężko powietrze, aż nie stanęła pod budynkiem, który zapamiętała, kiedy raz podjechała tu z Madoxem, kiedy musiał odebrać od Pati jakieś dokumenty do klubu. Nigdy nie była w środku, bo czekała wtedy w samochodzie, ale pamięć do adresów akurat miała nienaganną.
Zdawała sobie sprawę jak wczesna godzina była, jednak światło w jednym z pomieszczeń jasno świadczyło o tym, że Particia już nie spała. Albo jeszcze. Po cieniach przemieszczających się przy firance miała wrażenie, że były tam dwie osoby, ale w sumie nigdy nie interesowała się tym, czy managerka Emptiness miała kogoś na stałe. W sumie nic o niej nie wiedziała. Jedynie to, że na bankiecie tego dnia była z… kurwa. Aż przystanęła na moment. Bo jeśli tam był Galen… to może nawet i dobrze? Niby w ostatnim czasie mieli dość kiepskie relacje, ale przecież nie odmówiłby jej pomocy. Nawet u Kane’a się o nią martwił, chciał dla niej dobrze. Zafiksowała się na tym tak mocno, że aż przyśpieszyła i po chwili już wciskała palec na dzwonek.
W środku nastąpiło jakieś poruszenie. Krzesło szurnęło o podłogę, może nawet jakieś głosy, a zaraz kroki do samiuśkich drzwi, w których stanęła znajoma twarz. Pati była zdziwiona. Umiała dobrze chować emocje, jednak to akurat Pilar zobaczyła w jej oczach bez żadnego zdziwienia. Nie spodziewała się jej. W sumie czemu by miała?
— Pilar? — spytała, zaciskając szlafrok na ciele, chociaż kawałek bluzki, jaka wystawała spod materiału jasno sugerował, że nie miała na sobie pidżamy. Byłī to małe detale, które normalnie zainteresowałyby ją bardziej, gdyby była w formie, ale jej myśli i tak krążyły wokół Madoxa do tego stopnia, że po prostu w głowie machnęła na to ręką.
— Potrzebuje twojej pomocy — wydyszała, opierając się o framugę, a zaraz potem ładując się jej do mieszkania. Nie miała zamiaru pytać ani się prosić. W tamtym momencie była na tyle zdesperowana, że po prostu wlazła na chama do środka, nie przyjmując odmowy. — Galen tu jest?
— Co?
— No czy Galen tu jest? — dopytała, wbijając do holu, a potem prosto do salonu, gdzie widziała drugą sylwetkę przed domem. Miała nadzieje, że Galen po prostu właduje ją w auto i podwiezie gdzie trzeba. Szkoda tylko, że pomieszczenie było puste. Jedynie kilka świeczek stało na blacie kuchennym.
— Nie ma tu Galena, o czym ty mówisz — Pati dogoniła ją w kilka kroków i ułożyła dłoń na jej ramieniu. — Sama jestem — wyjaśniła, a Pilar odwróciła się do niej z impetem i spojrzała w ciemne oczy. Wierzyła jej? No kurwa nie miała innego wyjścia. Przecież nie miała innych dowodów niż własne oczy.
— Sama? — dopytała, jeszcze wodząc spojrzeniem po mieszkaniu.
— Sama. Co się dzieje?
— Dobra, daj mi twój telefon — kompetnie zignorowała jej pytanie. — Musze zadzwonić — do Eliota przede wszystkim. Dowiedzieć się, czy odsłuchał jej wiadomość, czy znalazł Madoxa i może do Galena? Żeby jej pomógł. Problem w tym, że kiedy ruszyła do komórki Pati, która leżała na ladzie, managerka doskoczyła do niej szybciej i zgarnęła do dłoni.
— Powiesz mi pierwsze o co chodzi — warknęła równie ostro, wciskając telefon do kieszeni szlafroka. — Nachodzisz mnie w środku nocy, jesteś cała… podenerwowana. Wcześniej Madoxa szukała policja, musze jechać rano na komisariat, Pilar co się dzieje? — naciskała, a Noriega czuła, że jeszcze trochę i zaraz jej się uleje. Nie chciała mówić o tym wszystkim na głos. Nie chciała materializować tego wszystkiego, co właśnie się działo, a tym bardziej nie rozumiała, czemu Pati po prostu nie chciała jej dać pierdolonego telefonu.
— Ale co ja mam ci kurwa powiedzieć? — krzyknęła w końcu, patrząc jej intensywnie w oczy. — Wszystko się pierdoli, Pati. Madoxa zgarnęła policja, chcą mu pewnie najebać za morderstwo którego nie popełnił i kurewsko się boje, że go doszczętnie połamią, dlatego musze zadzwonić do Eliota i powiedzieć mu co naprawdę się stało, dlaczego czy możesz do kurwy nędzy dać mi ten telefon?!

:stickpls: