Strona 1 z 1

She just wanted a dress...

: wt paź 20, 2026 2:58 pm
autor: Elsa Eriksen
Zwykły wypad do sklepu za miasto. Niby nic wielkiego, ale od kiedy blackout wyoutował ją z pracy to każde wyjście z domu traktowała jak najlepszą na świecie rozrywkę, nawet jeśli chodziło tylko o zakup papieru toaletowego, po który i tak musiała swoje odczekać, bo mieszkańcy Toronto ewidentnie szykowali się na wojnę bądź inną apokalipsę.
Kilka dni temu, podczas bezwiednego scrollowania internetu w poszukiwaniu przyjemnych odmóżdżaczy – bo ile można czytać o teoriach spiskowych odnośnie ataku wojsk USA na Kanadę – natknęła się na stronę internetową jednego z butików. Z ciekawości wklikała się w link, bo naprawdę nie planowała nic kupować. W końcu brak pracy szybko sprowadził ją i jej podejście do pieniędzy na ziemię. Ale widząc tę przepiękną sukienkę, oczy jej się zaświeciły, a rozmarzony uśmiech od razu wpełzł na bladą twarzyczkę. I początkowo odłożyła telefon, zabierając się po chwili za porządki w ogrodzie… to i tak nie potrafiła przestać o niej myśleć. Była po prostu śliczna – długa, ale nie ciężka, w srebrno-niebieskim kolorze, jednak najpiękniejsze były tłoczone na spódnicy śnieżynki. Nie mogła jednak podjąć decyzji o zakupie samodzielnie, więc nie przejmując się czymś równie błahym jak umycie ubrudzonej od ziemi buzi, pognała do Dantego, przedstawiając mu zdjęcia kreacji. I jeśli myślała, że ostudzi jej zapał i wspomni, że chyba nie był to najlepszy moment na wywalanie pieniędzy na szmaty i inne pierdoły, to się mogła zdziwić. Dlatego kiedy i on dał jej zielone światło, od razu wrzuciła do koszyka, zapłaciła i… dostała maila, że w grę wchodził tylko odbiór osobisty.
I właśnie w ten sposób wylądowali w aucie i jechali do małego miasteczka pod Toronto. A to tylko po to, żeby Elsa mogła poprawić sobie humor związany z brakiem pracy. Na miejscu kierowcy posadziła Dantego, bo czuła, że z tej ekscytacji związanej z odbiorem sukienki, nie będzie mogła skupić się na drodze. I była to najwyraźniej dobra decyzja, zważywszy na jej chichoty czy dreszcze podniecenia, które zaczęły się jak tylko zapięła pasy.
– Aaaaa! Widziałeś jaka ona była piękna! Idealna! Taka… taka inna, niby elegancka, ale te jej odsłonięte ramiona i widoczne obojczyki mogą być też całkiem sexy, nie? I założę ją na pewno na swoje urodziny w tym roku. Dlatego jakbym miała umrzeć przed to pamiętaj, żeby mnie do trumny w nią ubrać. Albo jak wyląduję w szpitalu to też masz mi ją przywieźć. A jak ktoś się będzie dziwnie patrzył to każ im spadać i wypchać. Tak w gratisie… – Była przeszczęśliwa. Dobrze się nawet składało, że butik nie oferował wysyłki swoich towarów, bo dzięki temu mogli wydostać się ze swoich czterech ścian i spędzić wspólnie czas na czymś innym niż leżenie na kanapie czy wychodzenie na długie spacery z psami.
I w tej chwili do niej dotarło, że w sumie nie zapytała chłopaka czy może miał inne plany na to popołudnie. Nie zmuszała go przecież do życia w zamknięciu, więc nie dziwiło ją jak wychodził, mówiąc, że umówił się z jakimiś znajomymi. Ale tym razem, kiedy go najzwyczajniej w świecie poinformowała, że jadą za miasto po pokazywaną mu wcześniej sukienkę, nie wymigiwał się dziwnymi wymówkami. A przecież by jej powiedział, gdyby kolidowało to z jego napiętym harmonogramem spotkań… prawda?
– Nie chciałeś się dziś widzieć z Erikiem? Albo Billym? – zapytała nagle, odwracając się na fotelu w jego stronę, aby móc wygodniej obserwować jego reakcję. To pytanie też jej uświadomiło, że tak naprawdę nie znała większości jego kolegów. Eric był Erikiem, a Billy znajomym Larsa ze studiów, więc kojarzyła go głównie dlatego, ale pozostali? Przecież jak wychodził do baru to nie zawsze w towarzystwie któregoś z wymienionej dwójki.
Wtedy też zauważyła, że jechali przez las, a jak sprawdzała drogę na nawigacji tuż przed wyjazdem to mieli trzymać się ciągle głównej drogi. Poczuła dziwny ścisk w żołądku, bo sytuacja zaczynała przypominać ich małą przygodę we Włoszech, tylko tym razem jechali ich autem, a nie jakimś z wypożyczalni, no i co najważniejsze – Dante był trzeźwy i bez kaca.
– Dobrze jedziemy? Przegapiliśmy jakiś zjazd na autostradę? – Niepewność w jej głosie była dosyć wyraźnie słyszalna. Z jednej strony nie chciała urazić jego umiejętności posługiwania się nawigacją, ale z drugiej… chyba zaczynała się obawiać, że nie dojadą do butiku na czas i nie wróci do domu z wymarzoną sukienką.

Dante Levasseur

She just wanted a dress...

: pn paź 26, 2026 6:31 pm
autor: Dante Levasseur
Zdecydowanie nie nadawał się na jakiś tam głos rozsądku. Z czego zresztą Elsa doskonale powinna zdawać sobie sprawę, nie podejrzewając go chyba o to, że zapytany o zakup sukienki, miałby wnikliwie przeanalizować ich – albo raczej głównie jej – budżet i oszczędności, konieczne wydatki i to, czy aby na pewno powinni pozwalać sobie na jakieś trochę bardziej zbędne zakupy. Bo takich przemyśleń oczywiście nie miał. Zapytany o zdanie, w zasadzie niezbyt dokładnie zerknął nawet na pokazaną mu sukienkę, po prostu dochodząc do wniosku, że skoro jej się podobała i miała ochotę ją kupić, to… co niby stało na przeszkodzie?
Nie przewidział wprawdzie, że taka odpowiedź będzie wiązała się z tym, że już wkrótce obydwoje mieliby wylądować w samochodzie, w drodze po sukienkę. Ale też niespecjalnie przeszkadzał mu taki obrót spraw. Może i podobna wycieczka nie była najbardziej emocjonującą – choć Elsa pewnie mogłaby mieć na ten temat odmienne zdanie – jaka mogłaby się im przytrafić, ale… wciąż lepsze to od bezczynnego tkwienia w domu. Albo powtarzania po raz kolejny zdecydowanie zbyt dobrze już znanej aktywności – niezależnie od tego, czy miałby to być wspólny spacer z psami, czy jego wypad do jakiegoś baru, pubu, czy wyjątkowo szemranej miejscówki, którą ktoś ze znajomych miałby uznać za idealną do wypicia kilku głębszych.
– Żartujesz sobie? W trumnie tylko by się zmarnowała. Jak nie zdążysz jej założyć, to przynajmniej dalej będzie można ją odsprzedać – zerknął w jej stronę z uśmiechem, może i nie podzielając jej ekscytacji na myśl o zakupie jakiejś tam sukienki, ale wciąż ewidentnie rozbawiony całą tą jej paplaniną. Zwłaszcza, że w kwestii tego, jak bardzo wspaniała miałaby to być sukienka, musiał jej uwierzyć na słowo. Ledwie przecież rzucił okiem na pokazane mu zdjęcie, dostrzegając na nim tyle, że… była to sukienka. Jakaś jasna. Z jakimiś ozdobami, tłoczeniami, czy innymi tam haftami – bez większej różnicy. Zwłaszcza, że co do tego szczegółu też musiał już zaufać swojej dziewczynie na słowo. Sam za bardzo nie zwrócił na to uwagi, wyłapując po prostu pomiędzy kolejnymi jej zachwytami, że o czymś takim chyba wspominała.
Zerknął za to w jej stronę, marszcząc lekko brwi i próbując sobie przypomnieć, czy faktycznie umawiał się z kimś na ten konkretny wieczór. Skoro o to pytała… pewnie istniała taka możliwość. Jeśli jednak rzeczywiście tak było, musiał mu ten fakt kompletnie wylecieć z głowy. A skoro tak, to najwyraźniej można było też dojść do wniosku, że nie było to jakieś wyjątkowo ważne spotkanie.
Bo o takim by przecież nie zapomniał, prawda?
– Nie, z nikim się nie umawiałem. Chyba. Czemu pytasz? – powrócił spojrzeniem do drogi przed nimi, woląc mimo wszystko nie zakończyć tej ich przejażdżki przed czasem – na jakimś drzewie, łosiu, czy czymkolwiek innym, co niespodziewanie miałoby pojawić się przed maską. Choć chyba ryzyko było niewielkie – gdyby się nad tym zastanowić, od dłuższego czasu nie minęli chyba nawet żadnego innego samochodu. Przelotne zerknięcie we wsteczne lusterko mogłoby za to wystarczyć, żeby zorientować się, że również za nimi nie było absolutnie nikogo. Jedynie pusta droga, drzewa po obu jej stronach i… w zasadzie jedno wielkie nic.
Znów zerknął w jej stronę, kiedy zadała kolejne pytania. W kolejnej chwili na krótko zawiesił spojrzenie również na wyświetlanej przez nawigację mapce, by tylko upewnić się w tym, że cały czas jechali dokładnie według jej instrukcji.
– Przecież nie było żadnego… Poczekaj – niewiele myśląc, sięgnął po swój telefon – wciąż przynajmniej przytrzymując kierownicę jedną ręką – również na nim upewnić się co do słuszności wybranej trasy. Tyle, że w ten sposób mógł upewnić się co najwyżej w tym, że najwyraźniej w środku lasu Internet nie działał najlepiej i że żadna mapa nie zamierzała pojawić się na ekranie telefonu. Choć przynajmniej podniósł spojrzenie w odpowiednim momencie, by w kolejnej chwili odruchowo wcisnąć hamulec w podłogę i uniknąć wpakowania się wprost w leżące na drodze drzewo. Kwiecista wiązanka przekleństw najpewniej miała to hamowanie usprawnić. I to całkiem skutecznie, skoro ostatecznie samochód zatrzymał się tuż przed pniem, nie zahaczając o niego w żaden sposób.
– No to tędy raczej nie przejdziemy… – mruknął, kierując spojrzenie najpierw w stronę Elsy, by upewnić się, że podczas tego gwałtownego hamowania nic się jej nie stało, a w kolejnej chwili ponownie na telefon. Z tym, że ten wciąż pozostawał dokładnie tak samo bezużyteczny.
– Sprawdzisz jakąś inną trasę? Mój telefon nie łapie zasięgu. A tutaj… – próba sprawdzenia alternatywnej trasy w nawigacji wyświetlanej przez samochód, skończyła się jedynie tym, że ekran po prostu zrobił się czarny. – Aha, no zajebiście. Dobra, może po prostu… skręcimy gdzieś i jakoś to objedziemy.
Czy miał zamiar zasugerować w pierwszej chwili, że mogliby po prostu zawrócić do domu? Bardzo możliwe. W porę jednak przypomniał sobie, jak bardzo Elsie zależało na tej sukience, tym samym zmieniając nieco pierwotną wersję swojej wypowiedzi. Zaraz też wrzucił wsteczny, by wycofać spod tego nieszczęsnego drzewa i nawrócić w poszukiwaniu jakiejkolwiek drogi, w którą faktycznie mogliby skręcić.

Elsa Eriksen

She just wanted a dress...

: śr paź 28, 2026 8:52 pm
autor: Elsa Eriksen
Gdyby miała się tak dłużej nad tym wszystkim zastanowić, a przede wszystkim nad tym, dlaczego w ogóle pytała Dantego w jakimś tam stopniu o zgodę na zakup – wcale nie tak taniej – sukienki, to musiałaby w końcu przyznać, że na pierwszy plan wysuwała się jej próżność i najzwyklejsza w świecie chęć podobania się swojemu chłopakowi. Pokazując mu zdjęcia kiecki chciała chyba usłyszeć – poza tym oczywistym pewnie, kup sobie jakiś komplement, jakieś nawiązanie do tego jak cudownie będzie w niej wyglądać. Ale nic takiego nie miało miejsca. Nie poddawała się jednak. Wpakowała go do auta z podświadomą nadzieją, że może jak ją przymierzy w sklepie to wtedy się nieco ośmieli. Była w końcu w stanie zrozumieć, że nie miał zbytnio rozwiniętej wyobraźni – na co wskazywały co rusz to nowe kłopoty, w które się pakował, a których konsekwencji też nie był w stanie przewidzieć – i trudno było mu ubrać Elsę w te nowe fatałaszki w swoich myślach.
Ale dopiero, kiedy z charakterystyczną dla siebie ekscytacją opowiadała mu na nowo o tej sukience, opisując jaka sukienka była sexy, jak pięknie odsłaniałaby JEJ obojczyki, a on jedynie stwierdził, że w sumie to byłoby szkoda ją zakopać skoro nadawałaby się do dalszej sprzedaży, poczuła jak ta mała żyła na jej skroni zaczyna pulsować.
— Serio, Dante? Serio? Z tego wszystkiego wyłapałeś tylko tekst o tym, żeby ubrać mnie w nią do trumny? I wiesz co? Nie ma odsprzedawania. Masz mnie w nią ubrać, a potem jeszcze spalić. Koniec. Kropka. Taka jest moja ostatnia wola — prychnęła, krzyżując ramiona pod biustem i opierając głowę o chłodną szybę. Była jednak za bardzo podirytowana, żeby skupić się na drodze. W innym wypadku może wcześniej udałoby jej się zorientować, że znajdowali się w lesie, w którym najwyraźniej być nie powinni. A ona powoli zaczynała wątpić czy on w ogóle przyglądał się tym wcześniej pokazanym fotografiom, czy po prostu przytakiwał jej na wszystko dla świętego spokoju. Z jednej strony powinna być wdzięczna, że w takim razie zgodził się z nią pojechać i jeszcze usiąść za kierownicą zamiast wyjść na miasto z kumplami, ale z drugiej… czy wymaganie choć odrobiny zaangażowania było myśleniem życzeniowym? Chociaż wożenie jej tyłka, aby mogła sobie odebrać jakąś szmatkę — bo chyba powoli traciła radość z samego zakupu — było już swego rodzaju zaangażowaniem, więc… czego ona jeszcze od niego oczekiwała? I jak miała mu to zakomunikować skoro sama nie wiedziała?
Odetchnęła jeszcze cicho, pytając po chwili o jego alternatywne plany. Słysząc jednak, że w to popołudnie nie zamierzał się z nikim innym spotykać, uśmiechnęła się pod nosem. Czyli to i tak miał być ich wspólny czas.
— Po prostu od kiedy siedzę na tyłku w domu to zaczęłam zauważać jak ciebie często w nim nie ma. Albo że możesz wyjść z niego dosłownie w ciągu sekundy. — Bo to była prawda. Imprezy, wyjścia z kumplami na piwo do parku… wiedziała, że wcześniej też jego życie kręciło się w okół tych i podobnych rozrywek, ale kiedy nie widziała jak zamykał za sobą drzwi, zostawiając ją samą… to nie odczuwała tego aż tak.
— Albo jak jednym SMS-em potrafisz odwołać swoje plany. — dodała od razu, pozwalając sobie na cichy chichot. Bo przecież, kiedy go prosiła o wspólny wieczór to chyba nigdy jej nie marudził, że powinna szybciej go o tym informować, bo przecież miał już milion lepszych spraw do roboty. A przynajmniej nigdy nie robił tego na tyle głośno, aby mogła to usłyszeć.
Zaraz jednak miejsce chichoty zajął cichy jęk. Czując jak Dante wbija nogę w pedał hamulca sama odruchowo przycisnęła swoją stopy do podłogi, jakby miało to pomóc w szybszym i efektywniejszym hamowaniu. Auto na szczęście się zatrzymało, a ona opadła gwałtownie na oparcie fotela, pozostawiając lekko rozchylone usta, przez które wydobywał się jej przyspieszony oddech. Na pytanie chłopaka kiwnęła tylko głową i wyciągnęła z kieszeni płaszcza komórkę, ale wystarczyło kilka sekund, aby mogła stwierdzić, że nie mogła mu pomóc w znalezieniu drogi. Nawigacja postanowiła paść nie tylko w samochodzie, ale także i w jej telefonie.
— Nie mam chyba zasięgu… — wymamrotała. I naprawdę spodziewała się, że w następnych słowach zaproponuje po prostu powrót do domu i udanie się po tę nieszczęsną kieckę innym razem, dlatego momentalnie odwróciła się w jego stronę, gdy stwierdził, że pojadą na około. I chyba promienniejszego uśmiechu na jej twarzyczce nie widział już bardzo długo.
Przez cały ten czas, kiedy Dante próbował znaleźć jakąś boczną ścieżkę, w którą mogliby skręcić, tym samym omijając to nieszczęsne drzewo, które zablokowało ich pierwotną drogę, ona odświeżała nawigację, licząc, że w końcu uda się znaleźć trasę do butiku. Jednak wkrótce znów się musieli zatrzymać. I to — no kto by pomyślał — z powodu tej samej przerośniętej kłody.
— No to chyba jakieś jaja… — jęknęła, wysiadając z auta. — To wygląda jak wstęp do jakiegoś słabego horroru… — Stanęła na palcach, wyciągając zaciśnięty w dłoni telefon do góry, tak jakby liczyła, że te kilkadziesiąt centymetrów różnicy sprawi, że magicznym sposobem na ekranie pojawi się chociażby ta jedna kreska.
— Może jak przejdziemy przez las to uda się złapać zasięg? Najwyżej jakiś psychopata nas złapie i przed poszatkowaniem zapyta o nasze polisy ubezpieczeniowe… ale poza tym to nic nam nie grozi. — Złapała go za dłoń i nawet jeśli protestował to na nic się to zdało, ponieważ już zaraz ciągnęła go w głąb lasu.
Nie była pewna, ile czasu już tak spacerowali. Świeciła im latarką z telefonu, który na szczęście miał całkiem sporo baterii, aby nie wpadli w żadne bagna ani nie napotkali się z zaskoczenia na żadne dzikie zwierzę. Ale na nic jej to było, bo zaraz jej but zahaczył o wystający korzeń, przez co zachwiała się niebezpiecznie, a z jej gardła wyrwało się krótkie, pełne oburzenia piśnięcie. Odruchowo zacisnęła palce na dłoni Dantego, a ręka, w której trzymała telefon, przechyliła się na bok. Snop światła latarki przeciął gęstwinę drzew i krzewow, i padł na coś, czego z pewnością nie spodziewała się zobaczyć pośrodku tego przeklętego lasu.
Samochód. Stary pick up.
— O, chyba nie jesteśmy tu sami. Może ktoś na grzyby przyszedł?

Rzut kostką - numer 11

Dante Levasseur